Najnowsze

Polska na „śmieciówkach”

Przed wyborami kandydat do reelekcji obiecywał uszczknięcie Funduszu Płac (wbrew przeznaczeniu PO-rząd wykorzystuje go do zasypywania dziury budżetowej), by 100 tysięcy młodych ludzi zapewnić zatrudnienie na rok. Co potem – nie wiadomo.

 

Przy prawie dwumilionowym bezrobociu to nic, czyli tyle, co marketing wyborczy. Tak jakby PO-administracja nie znała rozwiązań z innych krajów, gdzie przedsiębiorcy – zatrudniając bezrobotnych – uzyskują ulgi podatkowe.

Ponad 300 tysięcy osób pracuje w sieciach handlowych na „śmieciówkach”. Wiele z nich musi korzystać z zasiłków pomocy społecznej. W ten sposób podatnicy dopłacają do zysków (najczęściej transferowanych) handlowców. Zatrudniają - a właściwie wyzyskują - oni głównie kobiety (ponad 70 proc. pracowników), ale ich ciężkie warunki pracy, niskie wynagrodzenia czy praca w niedziele nie są przedmiotem zainteresowania ani feministek, ani ministerki równości, nie mówiąc o rzecznikach praw wszelakich.

Caritas archidiecezji krakowskiej udzielała w zeszłym roku pomocy 46 tysiącom osób (o 10 tysięcy więcej niż w poprzednim). Coraz więcej ludzi nie dojada, choć pracuje. Sześciu milionom obywateli kraju grozi ubóstwo, wbrew PO-rządowej propagandzie o wzroście PKB (notabene produkt narodowy brutto sprytnie zastąpiono „krajowym”). Chociaż resort pracy przebąkuje o rynku pracownika, to pracodawcy robią, co chcą, m.in. nie wypłacając wynagrodzenia (w zeszłym roku 2603 z nich nie wypłaciło pensji 83,3 tysiącom pracowników).

Cokolwiek by jednak nie bębnili propagandziści, to bezrobocie młodzieży jest wyznacznikiem kondycji gospodarki. Eurostat podaje, że ponad 20 proc. młodych pozostaje bez zatrudnienia. Ich sytuacja na rynku pracy nie zmienia się, mimo deklaracji resortu edukacji o miliardzie euro na szkolnictwo zawodowe (tak jakby od tego miało przybyć miejsc pracy). Niemniej młodzi nie buntują się. Aż 41 proc. z nich zamierza wyjechać z kraju, by dołączyć do blisko trzech milionów już przebywających za granicą. To prawdziwa klęska, bo warszawska administracja nie potrafiła wykorzystać wyżu demograficznego. Tymczasem Pierwsza Dama – nie dostrzegając zjawiska eurosierot - utrzymuje, że emigracja to szansa dla młodego pokolenia. Natomiast zdaniem prof. Janusza Czapińskiego, „dyżurnego” socjologa medialnego, emigracja po prostu zmniejsza potencjał buntu.

Transformacyjny kapitalizm nomenklaturowy tworzyli aparatczycy (szacuje się, że 40 proc. struktury biznesu). Ich stosunek do „klasy robotniczej” był jak z „Kapitału” Karola Marksa. Zaniżanie płac i narzekania na wysokie koszty pracy to sprawdzone metody wyzysku pracowników. Z kolei zagraniczne firmy robią łaskę, że inwestują w Polsce, eksploatując tanią siłę roboczą. Wszystko to dzieje się jakby poza państwem, które właściwie nie prowadzi polityki gospodarczej; poza kodeksem pracy i prawami pracowniczymi. W kampanii reelekcyjnej Bronisław Komorowski przypomniał sobie, że dobrze byłoby, gdyby skarbówka interpretowała przepisy na korzyść podatników. Prostacki, demagogiczny populizm miał ukryć fakt, że skorzystałyby na tym głównie duże firmy, dysponujące rozległą obsługą prawną.

Stała praca - przywilejem

Sądząc po PO-rządowej propagandzie, celem gospodarki nie jest jej zrównoważony rozwój ani dobrostan obywateli, lecz szybkość w dochodzeniu do standardów zachodnich krajów (tak, jakby one stały w miejscu). Tak więc w tym roku średnie wynagrodzenie przekroczyło 4 tys. zł (brutto), czyli ok. 3 tys. do ręki (ok. 750 euro). Rzecz w tym, że dwie trzecie zatrudnionych tego nie osiąga. Zresztą nawet gdyby pracujący otrzymywał średnią, to – mając na utrzymaniu żonę i dwoje dzieci – rodzina żyje na poziomie minimum socjalnego. Co do innych krajów, to Czesi dostają ok. 900 euro, zaś Belgowie czy Holendrzy – 3,5 tys. euro.

Kosztem średniego wynagrodzenia jest czas pracy – jeden z najdłuższych w cywilizowanych krajach. Według OECD – 1918 godzin rocznie (dla porównania: Niemcy – 1388 godzin, Holendrzy – 1380). Niemniej krajowy GUS jest dokładniejszy. Co dwunasty zatrudniony pracuje ponad 50 godzin tygodniowo (zgodnie z kodeksem obowiązuje 40-godzinny tydzień pracy), zaś samozatrudnieni i dwuetatowcy - nawet 60 godzin tygodniowo. Pracuje się więc na okrągło – w piątek, świątek i niedzielę - jakby Wałęsa nie obalił komuny, wprowadzając wolne soboty.

Związkowcy, którzy przecież przyczynili się do zmian ustrojowych, do tej pory nie zdołali przeforsować, by płaca minimalna sięgała połowy średniej krajowej. I nieprędko do tego dojdzie, bo w przyszłym roku ma być zwiększona o 30 zł (obecnie – 1750 zł brutto). Ta niewielka kwota to środek unijnej tabeli. Niemniej to żadna satysfakcja porównywać się z Rumunią czy Bułgarią. Nawet Grecja w kryzysie płaci więcej (ok. 3 tys. zł), nie mówiąc o Niemczech (ok. 6,4 tys. zł) czy Wielkiej Brytanii (ok. 6,3 tys. zł). Mimo to – biorąc pod uwagę skalę bezrobocia – minimalna pensja jest wymarzonym wynagrodzeniem dla 1,3 miliona osób.

Krajową patologią rynku pracy stały się „umowy śmieciowe” (okresowe). Pracuje na nich od dwóch milionów (resort pracy) do trzech milionów (GUS) zatrudnionych. Móc zarabiać, choć byle jak – bez perspektyw emerytalnych czy praw pracowniczych – to lepiej niż być na bezrobociu. Resortowe rozwiązanie problemu „śmieciówek” idzie raczej po myśli przedsiębiorców (33-miesięczne kontrakty terminowe, czwarta umowa staje się bezterminowa). Przybywa też agencji pracy tymczasowej (już ponad 5 tysięcy), z których korzysta ponad 700 tysięcy ludzi. Młodzi, z których blisko 60 proc. musi zatrudniać się bez etatu („śmieciówki”, „terminówki”), mają zapewne nadzieję, że dożyją lepszych czasów.

Bo można…

Chociaż reklamujący się wrażliwością społeczną rząd SLD obniżył przedsiębiorcom podatki do 19 proc. (w innych krajach to ok. 40 proc. lub więcej), to oni wciąż narzekają, nawet gdy korzystają ze zwolnień w strefach ekonomicznych. Pracownik nie jest dla nich partnerem czy przedmiotem wyzysku, lecz tylko kosztem. Ten zaś trzeba obniżać. To możliwe, bo sprzyja temu bezrobocie, z którym PO-rząd nie potrafi sobie poradzić. Jest więc gorzej niż w XIX-wiecznym kapitalizmie, gdy przedsiębiorca płacił pracownikowi tyle, by ten mógł utrzymać żonę i dwoje dzieci (jedno z nich będzie w przyszłości pracowało na starych rodziców, a drugie – na kapitalistę).

Pracodawcy grożą, że wyższa płaca minimalna uniemożliwi im zatrudnianie pracowników (zahamują spadek bezrobocia) bądź będą poszerzali „szarą strefę” (zatrudniając nieformalnie), na co mogą sobie pozwalać wobec niewydolności Państwowej Inspekcji Pracy. Taka prostacka demagogia może realizować się w praktyce tylko w krajowej gospodarce. Tym bardziej, że przedsiębiorcy nie przebierają w środkach, zatrudniając podających się za turystów przybyszy zza wschodniej granicy. Taką deregulacją rynku pracy nikt się jednak nie przejmuje. Zaś urabianie opinii społecznej możliwe jest dzięki sponsoringowi medialnemu. Czyli więcej pracy dla całkiem miłych imigrantów. Ukoronowaniem działalności gospodarczej postkomunistyczno-transformacyjnego biznesu ma być „konstytucja przedsiębiorców”, którą PO-rząd przygotowuje przed wyborami sejmowymi. Interpretacja przepisów skarbowych będzie dla biznesmenów korzystna, ponieważ działają rzetelnie i uczciwie.

Biznesowe lobby przeforsowało elastyczny czas pracy i usankcjonowanie „śmieciówek” (jedna trzecia zatrudnionych). Usłużne media kolportują mit o wysokich kosztach pracy, podczas gdy Eurostat podaje, że są one jednymi z niższych na kontynencie. Ugruntowują opinie o niskiej wydajności krajowych pracowników, gdy ona rośnie wielokrotnie szybciej niż wynagrodzenia. Rzadko wspominają o dyskryminacji starszych pracowników czy mobbingu, nie mówiąc o niechęci do młodych matek. W konsekwencji to przedsiębiorcy decydują w dużej mierze o demografii. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź – sformułowana przez banki, stosujące drakońskie prowizje – jest prosta: bo można.

Neoliberalna dżungla

Jeżeli pracownik nie jest dla pracodawcy partnerem, lecz przedmiotem wyzysku, to wszelkie mówienie o prawach pracowniczych jest traktowane jako nieuzasadnione roszczenie. Tylko w naszym kraju zagraniczne firmy pozwalają sobie na blokowanie zrzeszania się pracowników. Nie bez udziału wymiaru sprawiedliwości. Poznański sąd nie tylko utajnił proces związkowców, przeciwstawiających się mobbingowi w sklepie Aelia, lecz także zakazał rozpowszechniania biuletynu związkowego, opisującego ten proceder. I nic to, że zwolniono szefa organizacji związkowej, chronionego ustawowo. Trzeba jednak dodać, że na zainteresowanie sądu mogą liczyć tylko posiadający umowę o pracę.

Związkowcy uważają, że największymi przeszkodami w rozwoju gospodarki są niskie płace, „śmieciówki” i elastyczne formy zatrudnienia. Widać, że regulacje ustawowe robione są pod pracodawców, niezależnie od kondycji gospodarki. Niemniej dyżurni socjologowie utrzymują, że nie będzie rewolucji z powodu niskich zarobków. Bezrobocie wciąż wysokie, ale praca dla wybranych. W końcu młodzi pracownicy (w tej grupie ponad 600 tysięcy bezrobotnych) mogą przecież wyemigrować. A związkowcy niech nie podskakują. PO-seł Michał Jaros wykazał się historycznym obliczeniem: podobno związkowcy kosztują podatników 250-300 mln zł (tak jakby posłowie, urzędnicy kancelarii premiera czy prezydenta pracowali społecznie…).

Niewidzialna ręka

Rządzący państwem, którego obywatele muszą zarabiać na życie (i rozmnażać się) na obczyźnie, powinni stanąć przed Trybunałem Stanu. Tymczasem Pocztę Polską podgryza firma zatrudniająca pracowników na „śmieciówkach”. Tak jak w przypadku kredytów denominowanych w obcej walucie, nie widać państwowego regulatora. Korzystają szefowie państwowych spółek, unikając ustawy „kominowej”. Kupując najdroższy gaz w Unii Europejskiej, można w rok zarobić tyle, ile pracownik (otrzymujący średnią krajową) przez cały życie. Korzystają zagraniczne firmy, nielegalnie wywożące kapitał, unikając opodatkowania. Global Financial Integrity raportuje, że w latach 2003-2012 wytransferowano w ten sposób 53 miliardów dolarów. Z kolei Międzynarodowy Fundusz Walutowy krytykuje PO-rząd (skądinąd chytry i fiskalny) za nieudolność w ściąganiu podatków (rozbudowany aparat fiskalny o zanikającej odpowiedzialności).

Im mniej państwa, tym lepiej dla gospodarki – głosiły transformacyjne liberały-aferały. Osiągnięcia tej filozofii w górnictwie podsumowała Elżbieta Bieńkowska w rozmowie z Pawłem Wojtunikiem. Z jednej strony - „banda na bandzie”, z drugiej – „piją, lulki palą”. Hasła: „pierwszy milion można ukraść”, a „polityka nie musi być uczciwa, lecz skuteczna”, to motto ostatniego 25-lecia. Transformacyjny, nomenklaturowy quasi-kapitalizm, pasożytujący na robotnikach, którzy obalili komunę. I tylko gazetowi propagandziści mogą się cieszyć, że od 2008 roku siła nabywcza pensji minimalnej wzrosła „już” o 55 proc. Niemniej skoro jest tak dobrze, to dlaczego liczba samobójstw wzrosła ponad dwukrotnie w porównaniu z okresem PRL?

W rzeczywistości transformacyjnego przaśnego neoliberalizmu trudno posądzać przedsiębiorców, by kierowali się wskazaniami katolickiej nauki społecznej. Liczy się zysk – tu i teraz. Więc nie człowiek przed pracą czy kapitałem, lecz odwrotnie. Trudno też domagać się przyzwoitości od zagranicznych firm, gdy mogą poczynać sobie, jak w koloniach, gdy Polską Rzeczpospolitą Grubokreskową rządzą rynki finansowe. Niemniej to na państwo spada odpowiedzialność za politykĘ gospodarczą i kształtowanie ram wolności gospodarczej.

Jerzy Pawlas