W niedzielę 15 lutego w Orłowie na Mazurach odbył się pierwszy w Polsce uroczysty pogrzeb Żołnierzy Wyklętych z III Wileńskiej Brygady NZW, którzy staraniami Fundacji Niezłomni zostali ekshumowani w październiku 2014 r.
Po zidentyfikowaniu szczątków dowódcy oddziału (ppor. Jana Boguszewskiego ps. „Bitny) i pobraniu materiału genetycznego od pozostałych bohaterów poległych pod wsią Gajrowskie w 1946 r. w walce z przeważającymi siłami NKWD, UB i MO, po wielu latach doczesne szczątki spoczęły na poświęconej ziemi na cmentarzu parafialnym w pobliskim Orłowie, gdzie staraniami samorządu gminnego założono formalnie kwaterę wojenną - pierwszą w Polsce kwaterę przeznaczoną dla Żołnierzy Wyklętych.
- Czułem smutek stojąc nad trumnami moich kolegów z Brygady, dzisiaj jeszcze w większości nieznanych z imienia i nazwiska. Prawdopodobnie wszystkich ich gdzieś na szlaku poznałem. Czułem ból w sercu po tylu latach, grzebiąc niezłomnych żołnierzy, moich kolegów obok których stałem 70 lat temu - mówi „Naszej Polsce” kapitan Jerzy Widejko ps. „Jureczek”, najmłodszy partyzant z Wileńskiej Armii Krajowej III Brygady „Szczerbca” (część żołnierzy tamtejszej AK walczyło później w szeregach Narodowego Zjednoczenia Wojskowego).
– Z drugiej strony, poza smutkiem, czułem też radość, że znaleźli się ludzie tacy, jak prezes Fundacji Niezłomni Wojciech Łuczak i tylu innych organizatorów poszukiwań, ekshumacji, identyfikacji, a zwłaszcza uroczystości pogrzebowych – mówi kombatant. – Dzięki temu pamięć o bohaterach nie zginie. Tak jak już teraz nie zginie pamięć o moich kolegach, którzy przedarli się tu do wsi Gajrowskie aż z Wileńszczyzny i bili się tu o Polskę niepodległą. Ja wtedy zostałem w Oddziale Partyzanckim Samoobrony Wileńskiej AK „Komara” – wspomina kapitan Widejko, który do oddziału został przygarnięty jako sierota, mając 11 lat i pełniąc w oddziale takie funkcje, jak pomocnik rusznikarza, łącznik czy zwiadowca.
– Tu część żołnierzy odnaleziono. Ja z kolei mam innych kolegów pod Wilnem. Dwudziestu z nich spoczywa w mogile, częściowo jako NN, nieznani, niezidentyfikowani, a tabliczkę nagrobną wciąż kradną zwykli złomiarze… Tam też chciałbym pojechać znowu. Tam też chciałbym świeczkę zapalić, a ich grób odnowić i restaurować – mówi kapitan Widejko.
Andrzej Pilecki chowa ojca…
- W pewien sposób utożsamiałem się z całą tą ceremonią pogrzebową w Orłowie. Trumny prawdziwych rozmiarów. Żołnierze Wojska Polskiego, rekonstruktorzy, strzelcy, młodzież, chrześcijański rytuał pochówku zmarłych. To wszystko po tylu latach. W pewnym momencie czułem, jakbym ojca chował… - mówi Andrzej Pilecki, syn rotmistrza Witolda Pileckiego. – Składam podziękowania tym wszystkim, którzy w całej Polsce poświęcają swój czas i siły by poszukiwać zapomnianych bohaterów i przywracać im pamięć – dodaje Andrzej Pilecki po uroczystościach pogrzebowych w Orłowie.
Syn rotmistrza od lat oczekuje na wyniki poszukiwań, badań i identyfikacji genetycznej z powązkowskiej „Łączki”, gdzie według IPN bezpieka miała pogrzebać z innymi ofiarami totalitaryzmu sowieckiego m.in. Witolda Pileckiego. Jak dotąd, wszystkie zapowiedzi medialne o odkryciu szczątków rotmistrza nie potwierdziły się. - Czasami myślę, że może ojca wywieźli w jakieś inne miejsce, aby go nigdy nie odnaleziono. Innego znów dnia wraca mi nadzieja, że jest tam na „Łączce” i kiedyś będę mógł mu w konkretnym miejscu zapalić świeczkę. Z drugiej strony, jak kiedyś powiedziała moja siostra: grobem ojca jest cała Polska – dodaje syn Rotmistrza Pileckiego.
– Tyle że o ile ojciec znany jest w całej Polsce, to wielu żołnierzy, którzy oddali życie za ojczyznę, leży w masowych mogiłach bezimiennie i nikt o nich nie wspomni. Dlatego cała inicjatywa od poszukiwań przez ekshumację, próby identyfikacji i pogrzeb żołnierzy w Orłowie przywraca bohaterom im należne miejsce i jest spełnieniem chrześcijańskiego obowiązku, by godnie pogrzebać zmarłych – puentuje Andrzej Pilecki.
To nie koniec ekshumacji, ale…
- Pogrzeb w Orłowie był pierwszym pogrzebem, można powiedzieć państwowym, zamykającym sekwencję kolejnych etapów, bez których nie byłoby tej wzruszającej uroczystości. Kwerenda historyczna, badania nieinwazyjne, prace ekshumacyjne, archeologiczne, antropologiczne, dokumentacyjne, identyfikacyjne (także w aspekcie badań genetycznych) - to wszystko wymagało czasu, poświęceń, ale udało się i dzisiaj mogliśmy pożegnać zmarłych bohaterów zabitych w nierównej walce pod wsią Gajrowskie w 1946 r. przez NKWD, UB i MO – mówi „Naszej Polsce” Wojciech Łuczak, prezes Fundacji Niezłomni.
– Niestety, w Polsce nasza inicjatywa, której finalizacją był pierwszy w naszym kraju uroczysty pogrzeb Żołnierzy Wyklętych, spotyka się także z przeciwnościami. Niektóre instytucje państwowe stoją na straży swojego monopolu na pamięć o polskich bohaterach, tymczasem setki „Łączek” czekają na odkrycie i upamiętnienie, na ekshumacje bohaterów, na pochówek z honorami wojskowymi i religijną ceremonią – mówi prezes Łuczak.
- Nam udało się przeprowadzić pierwszy sezon prac pod wsią Gajrowskie i stąd ekshumacja oraz pogrzeb dziewięciu żołnierzy NZW. Pozostali kolejni zabici i pochowani w innej lokalizacji. Wydaje nam się, że znamy to miejsce. Jesteśmy już po pierwszych badaniach nieinwazyjnych, georadarowych, ale wojewoda warmińsko-mazurski nie chce wydać zgody na prace ekshumacyjne… Czekamy na odpowiedź z ministerstwa na nasze odwołanie od tej odmownej decyzji. Na pogrzebie w Orłowie było kilku posłów, samorządowcy, organizacje pozarządowe, Wojsko Polskie, Związek Strzelecki „Strzelec”, ZWZ, harcerze, rekonstruktorzy, a zwłaszcza kombatanci i rodziny poległych, ale nie wiem, czy to przekona obecne władze do wsparcia dalszych prac poszukiwawczo-ekshumacyjnych. Być może przywracanie pamięci Niezłomnym nie jest na rękę wielu politykom… - dodaje Wojciech Łuczak.
Robert Wit Wyrostkiewicz
Artykuł ukazał się w najnowszym tygodniku "Nasza Polska" 24.02.2015 nr 8 (1006) .
