Z prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem i sowietologiem z Zakładu Historii Imperiów i Europy Wschodniej Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, rozmawia Magdalena Kowalewska
- Czy powinniśmy bać się Rosji?
- Mamy podstawy do obaw związane z polityką, którą realizuje konkretna elita rządząca Rosją. Ta elita wywodzi się ze służb specjalnych totalitarnego państwa i na przykładzie Ukrainy widać, że jest gotowa do rozwiązań siłowych, nawet tych o najbardziej brutalnym charakterze. Skoro mamy jednoznaczne potwierdzenie strącenia samolotu z pasażerami cywilnymi dokonanego przez tzw. rosyjskich separatystów, ludzi uzbrojonych przez Kreml, jeżeli mamy do czynienia z zagarnięciem kawałka terytorium sąsiedniego państwa i przygarnięciem go do Rosji, czy nie jest to wystarczające do obaw dla Polski - kraju, który jest także sąsiadem Rosji?
Rosja Władimira Putnia zdecydowała się na program modernizacji swoich sił zbrojnych, na który na lata 2011-2020 przewiduje 650 miliardów dolarów. Czy mamy powody obawiać się? Wystarczy policzyć nasz budżet wojskowy. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, co obciąża dziedzictwo stosunków polsko-rosyjskich, czyli dwuipółwiekowy okres bezpośredniego panowania albo pośredniego zarządzania naszymi ziemiami polskimi przez imperium rosyjskie, to mamy do czynienia z tragicznymi doświadczeniami, z najbardziej brutalnymi formami władzy nad Polakami. Nasuwa się pytanie, czy to wszystko powoduje, że nasze obawy w roku 2015 należy potraktować w kategoriach chorobliwej fobii, czy raczej w kategoriach jednak realnego rachunku doświadczeń i współczesnych wyzwań. Wydaje mi się, że możemy jednoznacznie udzielić odpowiedzi. Mamy do czynienia z dramatycznym wyzwaniem, przed którym nie ma łatwej drogi ucieczki. Mam na myśli słowa pani premier Kopacz o schowaniu się w kuchni ze swoim dzieckiem. Niestety, wobec tak niebezpiecznego sąsiada nie da się uprawiać polityki w taki sposób. Nie mamy takiej kuchni, w której moglibyśmy schować się przed Rosją.
- Konflikt na Ukrainie cały czas trwa. Zabijani są nie tylko wojskowi, ale także cywile. Jak Pan ocenia sankcje nałożone na Rosję? Osiągnęły one swój zamierzony cel?
– Należy postawić sobie pytanie, co było celem Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Czy zamierzonym celem było rzucenie władzy Władimira Putina na kolana, cofnięcie tych wszystkich faktów dokonanych, które w stosunku do Ukrainy uczynił Putin, z przyłączeniem Krymu do Rosji na czele, czy celem sankcji nakładanych przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone było coś innego.
Sankcje te są z jednej strony odpowiedzią na poczucie zagrożenia. Unia Europejska czuje się zagrożona działaniami Władimira Putina, ponieważ została złamana pewna reguła gry w życiu międzynarodowym. Przełomem było, jeszcze raz powtórzę, zabranie terytorium jednego państwa i przyłączenie go do innego państwa. Mówienie o precedensie, jakim rzekomo miałoby być oderwanie pod auspicjami Stanów Zjednoczonych Kosowa od Serbii, jest o tyle nieprawdziwie, że Kosowo nie zostało przyłączone do Stanów Zjednoczonych, natomiast Krym został przyłączony do państwa, które dokonało agresji. Myślę, że częściowo sankcje są odpowiedzią na poczucie zagrożenia i na obawy przed tym, że Rosja może próbować dalej grać w podobny sposób i tworzyć kolejne dokonane fakty, których nie akceptują przywódcy państw Unii Europejskiej.
W przypadku Stanów Zjednoczonych sankcje są też odpowiedzią na stałą krytyką pod adresem administracji prezydenta Obamy, na jej niezwykłą ugodowość i słabość w stosunku do wcześniejszych objawów brutalnej imperialnej polityki Władimira Putina. Obama musi ulec częściowo tej presji. Jednak myślę, że cele sankcji są bardziej ograniczone. Nie chodzi o obalenie Władimira Putina i zmianę ustroju wewnętrznego Rosji, są one tylko znakiem ostrzegawczym dla Putina. Wróćmy do poprzedniego sposobu naszych wzajemnych stosunków, kiedy to Rosja rozmawia z Unią Europejską jako jej najważniejszym i kluczowym parterem gospodarczym na Wschodzie, który rezygnuje z uciekania się do używania siły. Sankcje pod tym względem nie odegrają skutecznej roli, bo Putin nie zrezygnuje z używania siły. Myślę, że wynika to z natury reżimu, który on uosabia. Reżimu, który wywodzi się ze służb specjalnych totalitarnego państwa, którego członkowie i przywódcy są wyszkoleni nie tylko, żeby oszukiwać i totalnie kłamać, ale cechują się czymś więcej: świadomą zdolnością do fizycznego eliminowania przeciwnika. Tego nie trenuje się na Zachodzie. Przeciętny polityk, który demokratycznie zostaje wybrany na premiera, prezydenta czy kanclerza w krajach zachodnich, nie był uczony na żadnym etapie swojej kariery, jak zabijać swoich przeciwników. Natomiast tego uczeni są ludzie, którzy są pułkownikami, majorami, ci, którzy kiedyś byli kursantami szkół KGB. Tej mentalności nie da się zmienić sankcjami.
Cały wywiad można przeczytać w najnowszym tygodniku "Nasza Polska" z 24.02.2015 nr 8 (1006) .
