Najnowsze

Ratunek na trudne czasy

Z Lechem Makowieckim, poetą, kompozytorem, muzykiem, rozmawia Teresa Brykczyńska.

 

- Jest Pan autorem wielu ballad patriotyczno-historycznych, a grono ich wielbicieli stale się powiększa. Warto jednak przypomnieć, że śpiewa Pan od wielu lat, zaczynając w latach 70. od piosenki studenckiej…

- Miałem być inżynierem budowy okrętów i sławić imię polskiego stoczniowca na wszystkich morzach i oceanach świata… Niestety, na Politechnice Gdańskiej spotkałem niewłaściwych ludzi. Na moim roku był np. Rudi Schuberth. Razem stawialiśmy pierwsze kroki na licznych wtedy przeglądach i festiwalach studenckich. Udało mi się nawet wylansować dwa rajdowe „hiciory”: „Kiedy Góral umiera” i „Hej, Przyjaciele”. Efekt tego był taki, że dyplom powędrował do szuflady, a moje hobby stało się profesją. Muzycznie przeszedłem długą drogę – od „Krainy Łagodności” po country-rocka („Babsztyl”). W 1986 r. wspólnie z żoną, Bożeną Makowiecką, i skrzypkiem Leszkiem Bolibokiem założyliśmy familijną grupę pop-folkową „Zayazd”, znaną chociażby z Pikników Country w Mrągowie, z którą związany jestem do dnia dzisiejszego.

- Ale to, co robi Pan teraz (nawiązuję tu do Pańskich ostatnich, autorskich płyt), znacznie odbiega od komercyjnych produkcji country-folkowych…

- To prawda. Zawsze przywiązywałem bardzo dużą wagę do śpiewanych przez nas tekstów, a z upływem czasu nasiliło się to jeszcze bardziej. Jestem już za stary, żeby opowiadać słuchaczom o rzeczach błahych, tworzę więc autorskie ballady podejmujące w sposób wrażliwy tematykę patriotyzmu, tradycji, polskiej kultury i historii. Wiem, że to zakrawa wręcz na edukację szukającego swej tożsamości młodego pokolenia Polaków – i tak właśnie jest. A dlaczego pieśń? Bo kto powiedział, że nauka musi być nudna? Ballada, teledysk czy film fabularny są znacznie łatwiej przyswajalne przez małolatów niż opasłe tomy podręczników.

- Słuchając nagrań z płyt „Katyń 1940”, „Patriotyzm” czy „Obudź się, Polsko” odnoszę wrażenie, że wraca Pan do źródeł…

- Sam czuję, że zatoczyłem koło, wracając do gitarowych, bardowskich ballad, jednak w większości moje nowe utwory nie przypominają tamtych songów z „Krainy Łagodności”. Gdy dramaturgia przekazu tego wymaga, lubię podeprzeć się sekcją rockową czy dynamiczną gitarą elektryczną. Jednak w żadnej z mych piosenek hałas nie zagłusza przesłania, a to jest niestety częsty błąd młodych kapel rockowych śpiewających o patriotyzmie. Tu tekst MUSI docierać do słuchacza – niezależnie, czy jest to heavy metal, czy hip-hop.

- Dodałabym tutaj, że przez ten tekst przebija duma z bycia Polakiem…

- Uważam Polaków w swej masie za naród wspaniałych, pracowitych, dobrych, mądrych i odważnych ludzi (oczywiście na tle innych nacji w danej epoce). Tę pewność daje mi wiedza o tym, co spotykało nasz kraj w ciągu ostatniego tysiąclecia. Jak na ex-inżyniera przystało, za najważniejszy przedmiot w szkole uważam… historię! Wszystko już było i dlatego znając przeszłość łatwiej nam będzie uniknąć zagrożeń, jakie niosą nadchodzące, nowe i trudne czasy. Ludzie się nie zmieniają, zmieniają się jedynie środki rażenia „siły żywej przeciwnika”.

- Dużo Pana utworów mówiących o polskiej, najnowszej historii, ma równocześnie odniesienie do czasów współczesnych. Czy to świadoma konwencja?

- Żyją jeszcze ludzie, którym udało się przetrwać II wojnę światową i ubeckie katownie: żołnierze, partyzanci, sanitariuszki, więźniowie obozów koncentracyjnych, robotnicy przymusowi, sieroty z Wołynia, więźniowie polityczni itd. A mimo to na oczach całego świata trwa zakłamywanie prawdy o tamtych czasach. Łatwo więc wyobrazić sobie, co będzie się działo, gdy zabraknie tych ostatnich świadków historii. Będzie ona relatywizowana i pisana na nowo. Nie możemy pozwolić na to, aby obdzierano nasz naród z honoru, z bohaterstwa, obarczając wręcz współwiną za wojenną hekatombę. Trwa opluwanie kraju, w którym żyje najwięcej „sprawiedliwych wśród narodów świata”, w którym za ukrywanie rodziny żydowskiej groziła kara śmierci i w którym za tę pomoc zamordowano najwięcej obywateli.

Pół biedy, jeśli robią to inne kraje (vide: niemiecki „hit” filmowy „Nasze matki, nasi ojcowie”) - oni walczą o swój interes propagandowy, zacierają i rozmywają swoje winy. Gorzej, gdy polskie państwo angażuje się w takie przedsięwzięcia, wspierając finansowo różne „Pokłosia” itp. Nawet poprawny zdawałoby się film Agnieszki Holland „W ciemności” nie pozwolił – zgodnie z prawdą historyczną – ocalić głównemu bohaterowi 21 Żydów. Reżyser i autorka scenariusza uznała, że wystarczy na potrzeby filmu uratować 11 osób. Dlaczego? Że niby niewiarygodne? Zbyt bohaterskie? To skandal! Na miejscu spadkobierców podałbym producenta do sądu o celowe umniejszanie rzeczywistych zasług mojego przodka.

- Czy nadal jesteśmy wielkim narodem, pomimo niemal całkowitej wymiany elit? Czy teraz nie są preferowane zupełnie inne wartości niż te, którymi kierowali się nasi dziadkowie i ojcowie? Tak jak Pan śpiewa: „Bawmy się, bawmy, do upadłego. (…) Historia uczy, lecz nie każdego”.

- Na pewno drzemie w nas podskórnie ogromny potencjał. Ale nie oszukujmy się: w samym tylko Katyniu wymordowano kwiat przedwojennej inteligencji. Oficerami byli wtedy nauczyciele, lekarze, naukowcy, prawnicy, inżynierowie, literaci, poeci, artyści itd., stąd ogromna strata jakościowa dla naszego społeczeństwa. Niemcy również zaczęli okupację od planowego i systematycznego wyniszczania polskich elit. Najlepsi, najwartościowsi z nas ginęli w Auschwitz, w Powstaniu Warszawskim, pod Monte Cassino, w łagrach syberyjskich. Po wojnie UB rozpoczęło polowanie na resztki polskich patriotów. Rtm. Pilecki, gen. Fieldorf „Nil” i inni ścigani byli i tępieni z ogromnym zaangażowaniem „ludowej władzy”, przy ogromnym wsparciu sowieckich namiestników. Część narodu zastraszono, część pozyskano do współpracy, kupując lojalność przywilejami.

Czy jest możliwe odwrócenie tego trendu? Uważam, że tak. Pomimo lansowania zachowań hucpiarskich typu „róbta co chceta” i lewackiej demoralizacji, młodym ludziom imponują ich rówieśnicy z „Szarych Szeregów”, „żołnierze wyklęci”, marynarze z ORP „Orzeł”, piloci z dywizjonu 303. Podam prosty przykład: moja córka po obejrzeniu filmu  Antoniego Krauzego „Czarny Czwartek” wróciła do domu zapłakana.  Patrząc na chłopców pałowanych na filmie przez ZOMO i SB wyobraziła sobie kolegów ze swojej klasy maturalnej.

- Czy to katastrofa smoleńska skłoniła Pana do wzbogacenie swojego repertuaru o utwory patriotyczne i historyczne?

- Utwory zaangażowane pisałem od zawsze. Na płycie pt. „Patriotyzm” jest kilka ballad napisanych przeze mnie jeszcze na studiach, a jeden nawet przed maturą. Jako twórca komercyjny (żyłem z grania i śpiewania) mimo wszystko miałem taki wewnętrzny imperatyw, musiałem wręcz napisać co jakiś czas coś od serca, coś nawiązującego po sienkiewiczowsku do dawnej Polski i jej dziejów. A że te ckliwe, sentymentalne ballady lądowały ostatecznie w szufladzie? Cóż, taki był wtedy rynek muzyczny. W latach 90. zachłysnęliśmy się wszyscy kapitalizmem. Zdawało się nam, że mamy już upragnioną wolność. Nawet Jacek Kaczmarski, gdy przyjechał z emigracji, uskarżał się na brak zainteresowania i koncertów. Nikt nie chciał nagrywać i wydawać na płytach łzawych, patriotycznych opowieści.

Trochę mnie to martwiło, zwłaszcza, że czytałem bardzo dużo dokumentów i książek historycznych. Tak np. powstał „Katyń 1940 (ostatni list)” – ballada o żołnierzu żegnającym się z życiem, którą napisałem w ciągu 5 minut, na bazie swoistego deja vu. I nie poprawiłem potem ani jednego słowa. Planowałem premierę teledysku na 10 kwietnia 2010 r. Dzień wcześniej zapowiedziałem go w „Teleekspressie”. Co stało się potem – wszyscy wiemy. Zdaje się, że TVP do tej pory nie wyemitowała wideoklipu, za to na You Tube na bazie tej ballady powstało około setki amatorskich filmików…

- A wracając do katastrofy smoleńskiej - dzieli Pan czas na przed i po tym zdarzeniu?

- Zdecydowanie tak. Po 10 kwietnia przełamałem się, zacząłem wyciągać z zakurzonych szuflad zapomniane utwory, pisać nowe, nagrywać kolejne płyty związane z polskością, publikować patriotyczne wiersze. Ta moja deklaracja o sercu z prawej strony miała też inny skutek uboczny: telefony przestały nagle dzwonić, kilku przyjaciół odsunęło się ode mnie, liczba koncertów drastycznie zmalała. Przetrwaliśmy ten trudny czas. Okazało się, że ludzi myślących podobnie jak ja jest znacznie więcej. Nawiązały się nowe znajomości i przyjaźnie, rozdzwoniły się inne telefony. Otrzymałem propozycję regularnego pisania do „Naszego Dziennika”. Po dwóch latach publikacji wierszowanych felietonów uzbierało się tego na tomik pt. „Pro Publico Bono”, będący poetyckim przesłaniem „ku pokrzepieniu serc”. Wraz z wydanymi w tym czasie płytami („Katyń 1940”, „Patriotyzm”, „Obudź się, Polsko” i „Zayazd u Mistrza Adama”) moja misja naprawy Rzeczypospolitej zaczęła rozrastać się, łączyć z działaniami innych twórców, dla których Polska w tradycyjnej postaci i zawołanie „Bóg-Honor-Ojczyzna” nie są archaicznym wymysłem.

- Podobno Pańskie piosenki stają się pomocą dydaktyczną w liceach…

- Nie tylko w liceach. Mam sygnały, że nauczyciele akademiccy omawiają je na wykładach. „Wołyń 1943”, „Quo vadis, Polonia”, „Honor i Gniew” - to ponoć ulubione pozycje uczniów i studentów. Ballada „Patriotyzm” cytowana była na egzaminach maturalnych, wzbudzając popłoch wśród niektórych egzaminatorów…

- Zamiast podręczników lub książek historycznych proponuje Pan ballady?

- Od czegoś trzeba zacząć. Jeśli młody człowiek wzruszy się „Ostatnim Nabojem” (historia „Roja”) czy „Balladą o rotmistrzu Pileckim”, to potem zapewne łatwiej sięgnie po książkę o „żołnierzach wyklętych” lub opasły tom rozprawy historycznej Sławomira Cenckiewicza. A jeśli posłucha naszych mickiewiczowskich ballad, chętniej przeczyta „Pana Tadeusza”, „Potop”, Krzyżaków”.

- Czuje się Pan ich spadkobiercą? Sienkiewicza, Mickiewicza, Konopnickiej?

- Daleko mi do nich, ale jeśli to, co robię, choć trochę uwrażliwia młode pokolenie na piękno naszej tradycji wolnościowej, to moje działanie ma sens. Piszę o tym wyraźnie w słowie wstępnym do mojej książki „Pro Publico Bono”: „nie szukajcie w tych wierszach geniuszu poetyckiego; szukajcie w nich PRAWDY”.

- I dlatego sięga Pan do naszej wrażliwości i do naszych emocji?

- Żadna z tych ballad nie powstała na zamówienie. Wszystkie utwory napisałem pod wpływem jakiegoś impulsu. Obejrzałem film dokumentalny, przeczytałem książkę, zobaczyłem stare zdjęcie – i już nie mogłem spać. I tak do rana powstawał kolejny utwór, pieśń, komentarz muzyczny. Ludzie chyba wyczuwają tę szczerość przesłania, stąd tyle wyrazów sympatii przesyłanych dziś przez słuchaczy pod moim adresem.

- W 2008 r. wygrał Pan konkurs TVP na scenariusz o wysiedleniach Polaków przez Niemców podczas II wojny światowej. Na podstawie tego scenariusza miał być nakręcony film. I cisza?

- O konkursie dowiedziałem się w ostatniej chwili. Rzutem na taśmę wysłałem moją opowieść: rodzina dziadka wysiedlona została przez Niemców za notoryczne odmawianie podpisania volkslisty. Dziadek przypłacił to życiem, ojciec (wtedy 12-letni chłopak) – robotami w Niemczech. Taka polska wersja „Naszych Matek, Naszych Ojców”, tyle że napisana w 2008 r.

- I co było dalej?

- Jury zachwyciło się tą historią. Podpisałem umowę z TVP, stworzyłem dwugodzinną fabułę filmową i 7 odcinków serialu telewizyjnego. Scenariusze oceniono bardzo pozytywnie, zainkasowałem pieniądze i… zmieniła się władza w Telewizji Polskiej. Projekt powędrował na półkę. I tylko czasami tzw. scenarzyści-profesjonaliści sięgają po niego, kradnąc mi co ciekawsze sceny. Znajduję je czasami w nowych serialach pojawiających się na małym ekranie i szlag mnie trafia. Mam nadzieję, że jeśli władza na Woronicza znowu się zmieni, sfilmujemy wreszcie tę prawdziwą, rodzinną sagę wojenną.

- Pisał Pan jeszcze musicale. Czy i one wędrowały na półki?

- Przed 2010 rokiem popełniłem musical pt. „Grunwald”, który miał być wystawiony na 600-lecie bitwy. Udało mi się pokazać tylko fragment tego widowiska z pieniędzy, które wyłożyło stowarzyszenia biznesowe w Olsztynie. Wystąpiła orkiestra Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej, było Bractwo Rycerskie (jako żywa scenografia), tańczył zespół tańca dawnego, śpiewał zespół wokalny Riwiera, no i rzecz jasna nasz „Zayazd”. Przyjęcie spektaklu było genialne, nie poszły jednak za tym większe pieniądze i sprawa umarła śmiercią naturalną…

Więcej szczęścia miałem ze śpiewanym Mickiewiczem. Teatr Muzyczny w Gliwicach wystawił spektakl „Mickiewicz” z balladami z naszej płyty „Zayazd u Mistrza Adama”. Byłem na premierze – spodobało się zarówno VIP-om, jak i młodzieży (a to najtrudniejsza publiczność). Finałowe standing ovation bardzo mnie dowartościowało, a jakże…

- Czuje się Pan niedoceniony jako artysta? Zepchnięty na margines z uwagi na niepoprawność polityczną?

- Nie, absolutnie nie. Natura nie znosi próżni. Pojawił się już w Polsce tzw. drugi obieg, prawie jak tajne komplety. Być może „owoc zakazany” przez media mainstreamowe smakuje lepiej. W tym roku byliśmy już w USA, Kanadzie, Australii – wszędzie pilotując sadzenie katyńskich Dębów Pamięci. Jako twórca odebrałem też kilka nagród, a na koncerty w Polsce przychodzą po równo staruszkowie-kombatanci i młodzież szkolna. To dobrze rokuje na przyszłość! Ja mam już swoje lata (ostatnio zostałem nawet dziadkiem), więc bardziej niż o sobie myślę o tych, co przyjdą tu po nas. Ta Polska, o której marzyły całe pokolenia rodaków, musi być wywalczona przez obecną młodzież. To będzie ich kraj, ich Ojczyzna. Ja mogę tylko wskazywać kierunki, dawać wskazówki, pokazywać autorytety, przyzywać legendarnych bohaterów.

- Czuje się Pan nauczycielem młodego pokolenia?

- Udało mi się (tak mi się wydaje) znaleźć klucz do ich serc. Zło ma diaboliczną siłę przyciągania, ale gdzieś tam, w głębi duszy każdy z nas chciałby być pozytywnym bohaterem. Takim, jak żołnierze Armii Krajowej, jak rotmistrz Pilecki, jak Orlęta Lwowskie. Młodzież nie jest zła sama z siebie. Ona tylko potrzebuje dobrych, właściwych wzorców. I ja im te przykłady do naśladowania podaję na tacy, a właściwie – na płytach i w książce.

- Uczy Pan dumy z bycia Polakiem?

- Wbrew temu, co nam wciskają lewackie i postkomunistyczne indywidua, mamy prawo być dumni ze swej przeszłości. Legnica, Grunwald, Wiedeń, Bitwa Warszawska postawiły tamę różnym tyraniom – od tatarskiej, teutońskiej, tureckiej, po bolszewicką. Na tle innych narodów zachowywaliśmy się nad wyraz przyzwoicie: nie zdradzaliśmy sojuszników, walczyliśmy zawsze „za wolność naszą i waszą”, a Polska była w Europie najlepszym azylem dla prześladowanych nacji. Nawet uratowani od holocaustu Żydzi dziwili się irracjonalnej postawie pomagających im Polaków. Sami przyznawali, że gdyby sytuacja się odwróciła, nigdy nie ryzykowaliby życia własnych rodzin dla ratowania obcych sobie ludzi.

- Jakie Pan ma plany na przyszłość?

- Na realizację czeka jeszcze mnóstwo projektów – muzycznych, literackich. Ot, chociażby muzyczny „Dekalog” czy studyjna rejestracja reszty zalegających jeszcze po szufladach ballad. Właściwie ogranicza mnie nie brak weny czy tematów, lecz brak gotówki na ich sfinalizowanie. Nagrania piosenek czy teledysków (że o filmach już nie wspomnę) kosztują, i to bardzo dużo, a chętnych do sponsorowania  patriotycznych projektów mamy jak na lekarstwo. Dlatego powoli i sukcesywnie sam finansuję swoje pomysły na tyle, na ile mnie stać. Bez grantów, dotacji, dopłat. Ale ma to też swoje dobre strony: nikt nie wymusza na mnie „jedynie słusznej linii”, nikt nie cenzuruje moich tekstów ani poglądów.

Chciałbym upowszechnić, zaszczepić młodym Polakom szacunek dla naszej przeszłości i miłość do Ojczyzny, składającej się przecież ze wszystkich polskich rodzin. Idą bardzo trudne, ciekawe czasy. Wszystko, co pomoże nam je przetrwać - idea, jedność, skuteczność w działaniu - jest tu nie do przecenienia. I coraz więcej rodaków zaczyna to rozumieć.