Tadeusz M. PłużańskiMokotów kolęda

Tadeusz M. Płużański29 grudnia, 202010 min
Potrzebujemy Twojej pomocy, żeby wciąż tworzyć niezależne, wolne media. Jak możesz nam pomóc?

 

Za pomocą Pay Pal'a:
Za pomocą przelewu tradycyjnego:

 

Fundacja „Będziem Polakami”
ul. Podhalańska 3
85-123 Bydgoszcz
PKO BP PL04 1020 1462 0000 7902 0326 0783
Tytuł przelewu: darowizna na cele statutowe

Święta Bożego Narodzenia AD 2020 za nami. W czasach, kiedy ma być to przeżycie bez Boga, a Matka Boża z czarną parasolką i w maseczce z błyskawicą ma nam proponować prawo wyboru: aborcja/brak aborcji, warto wspomnieć Wigilie ludzi, którzy mieli Polskę w sercu i za to cierpieli, a często ginęli.

„Nadeszła wreszcie tak oczekiwana wigilia. Dla przytłaczającej większości Polaków dzień szczególny, jedyny dzień w roku – pisał Stanisław Krupa ps. „Nita”, żołnierz batalionu „Zośka” o świętach Bożego Narodzenia 1948 r. w książce „X Pawilon. Wspomnienia AK-owca ze śledztwa na Rakowieckiej”. – Dla nas, w 13-tej celi był to dzień jak co dzień. O 6-tej rano pobudka. Zgrzyt klucza, szczęk otwieranych drzwi, bieg po ułożone w kostkę i wystawione na noc na korytarz ubranie oraz buty. Mycie nad kiblem. Normalne przesłuchania, z normalnym biciem i innymi szykanami. A menu – też jak co dzień: na śniadanie litr lury zwanej kawą (oczywiście zbożówka), porcja czarnego, gliniastego chleba; obiad – litr buraczano-brukwiowej zupy, kraszonej olejem, bądź dorszami ze łbami i wnętrznościami, na kolację – pół litra wodnistej zupki i o połowę mniejsza niż rano porcja kawy”.

Nastrój udzielił się oddziałowemu

Męczony przez czerwonych bandytów na Rakowieckiej bohater Powstania Warszawskiego pisał dalej: „I zupka, i kawa tego wigilijnego dnia były takie same jak zawsze, ale my jedliśmy je inaczej niż zwykle. Ledwo zamknęły się drzwi za wydającymi kolację, Piecia stanął na środku celi i zawołał niemal donośnym głosem: „Proszę do opłatka!” Postawiliśmy swoje zupki, gdzie kto stał, na podłodze i otoczyliśmy Piotrusia. On zaś wyciągnął ręce z cienkimi czarnymi placuszkami. Właśnie na ten cel zbierał parę dni wcześniej miękisz. Razem z Józkiem Batorym [członek IV Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, zamordowany na Mokotowie 1 marca 1951 r.] ugniatali ów chleb i przygotowali wcale zgrabne opłatki. Ze wzruszeniem łamaliśmy się tym czarnym opłatkiem i składali sobie życzenia, oczywiście wolności.

…Jakoś zapomnieliśmy o naszej zupce. Usiedliśmy ciasno pod ścianą i ktoś zanucił kolędę… „Bóg się rodzi, moc truchleje…” Staraliśmy się śpiewać jak najciszej, żeby nie sprowokować oddziałowego. Nie chcieliśmy, aby nam tę naszą wigilię zakłócił ordynarnymi wyzwiskami. Mimo to nasz śpiew rósł, potężniał. Do porządku przywołało nas stukanie w drzwi. To oddziałowy, ale stukał dziwnie delikatnie, nie otworzył też drzwi i nie wrzasnął: „ciszej do cholery!” Widocznie i jemu udzielił się wigilijny nastrój”.

Niejedna popłynęła łza

A tak opisał Wigilię w 1948 r. w tym samym więzieniu mokotowskim Wacław Gluth-Nowowiejski, ps. „Wacek” – w Powstaniu Warszawskim żołnierz Zgrupowania „Żmija”: „Opowiadał mi Władysław Minkiewicz, że u nich w celi starali się godnie uczcić święta Bożego Narodzenia. Wcześniej trwały przygotowania. Pilnie ćwiczył chór pod kierunkiem Tadeusza Macińskiego. W Wigilię było dzielenie się opłatkiem i powszechne życzenie — PRZETRWAJMY! Ze wzruszającym, patriotycznym przemówieniem wystąpił Kazimierz Pużak, przewodniczący podziemnego parlamentu (Rady Jedności Narodowej). Ksiądz Edward Grzechnik odprawił mszę świętą. To niezwykła postać mokotowskiego więzienia. W każdą niedzielę odprawiał mszę. I w każdy poniedziałek pakowano go za to do karca. (…)

W mojej celi nr 34 nie było księży. Mimo to przed świętami Bożego Narodzenia więźniowie będący bliżej Pana Boga czynili przygotowania do uroczystej wieczerzy. I tego dnia na widok pierwszej gwiazdki dali sygnał. „Hej, kolęda, kolęda, Mokotów kolęda…”. Stanęli ci w „kieracie” i podnieśli się polegujący. Umilkł gwar. Ktoś bardzo bliski Pana Boga powiedział kilka wzruszających słów. Tłum ruszył do „stołu” wzniesionego z sienników, nakrytego cudem zdobytym prześcieradłem. Leżało na nim kilkadziesiąt okruchów chleba — nasze opłatki. Niejedna popłynęła łza”.

Śpiewaliśmy szeptem

Henryk Kończykowski ps. „Halicz”, żołnierz Batalionu „Zośka”, w 1951 r. był przetrzymywany w więzieniu karno-śledczym nr III w Warszawie, zwanym „Toledo”: „W więzieniu na Ratuszowej w 1951 r. były maleńkie cele, a w każdej po 12 osób. Pamiętam głód i brud. Jedną pajdkę chleba zachowaliśmy specjalnie na wigilię. Ten kawałek chleba podzieliliśmy na 12 malutkich części. Strażników na czas Bożego Narodzenia było znacznie więcej. Czegoś musieli się bać… Więźniowie składali sobie życzenia. Ale co to mogły być za życzenia, gdy wielu z nas czekało na egzekucję… Pukaliśmy też w ściany do naszych sąsiadów w niewoli. W naszej celi miałem najłagodniejszy wyrok – 15 lat więzienia. Czego sobie wtedy życzyliśmy? Aby wyjść na wolność. Myślałem sobie wtedy, że wyjdę z więzienia w wieku 50 lat i wiedziałem, że koledzy z celi mogli tylko o takim scenariuszu pomarzyć. Nie wolno nam było śpiewać kolęd, więc śpiewaliśmy szeptem. Gdyby kogoś złapali na śpiewaniu, to dostałby za to co najmniej dwa dni głodówki. Prezentów oczywiście być nie mogło. Modliliśmy się. W celi byli żołnierze od „Łupaszki”, był profesor z Delegatury Rządu na Kraj, pilot z Anglii, żołnierze z okolic Ciechanowa, Sierpca…

Tadeusz Płużański

Felietony i komentarze nie zawsze odzwierciedlają poglądy i opinie redakcji. 

Udostępnij:

Tadeusz M. Płużański

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

four + nine =