ZagranicaNiezamówione przesyłki z tajemniczymi nasionami, rzekomo pochodzące z Chin budzą niepokój

Karol Kwiatkowski Karol Kwiatkowski8 sierpnia, 202016 min

W ostatnich tygodniach do USA i UE trafiały niezamówione przesyłki z tajemniczymi nasionami, rzekomo pochodzące z Chin – budząc niepokój. Historia zna wiele przypadków rozprzestrzeniania gatunków inwazyjnych i patogenów zagrażających uprawom, ekosystemom i zdrowiu ludzi. Barszcz, nawłoć czy kudzu to tylko wierzchołek góry lodowej.

W przesyłkach, które trafiły do USA, amerykańskie ministerstwo rolnictwa zidentyfikowało kilkanaście gatunków roślin – ozdobne, owocowe, warzywa, zioła i chwasty, w tym hibiskusa, kapustę, lawendę, miętę, gorczycę, różę, rozmaryn i szałwię. Część odbiorców zdążyła wysiać otrzymane pocztą nasiona.

Rzecznik chińskiego MSZ Wang Wenbin, zapytany w ubiegłym tygodniu o nasiona trafiające do USA, odparł, że poczta chińska poprosiła już pocztę amerykańską o przekazanie niewłaściwie oznaczonych przesyłek do Chin, by można było przeprowadzić dochodzenie. Podkreślił, że etykiety na przesyłkach były fałszywe.

Dziennik „Indianapolis Star” twierdzi, że w paczkach wysłanych do amerykańskiego stanu Waszyngton były m.in. nasiona szarłatu. Według gazety roślina ta jest „szkodliwym chwastem”, który w stanie Indiana stanowiłby poważne zagrożenie dla upraw soi, które zajmują tam w tym roku 5,5 mln akrów.

Wiele gatunków szarłatu to cenione rośliny uprawne, entuzjastom zdrowej żywności znane lepiej jako amarantus. Problem w tym, że niektóre gatunki szarłatu (jak Amaranthus palmeri) stały się „superchwastami”, równie odpornymi na hebicyd Roundup, co genetycznie zmodyfikowana soja.

Choć na razie polskie służby zajmujące się bezpieczeństwem fitosanitarnym nie informują, by dotarła do nich tego rodzaju przesyłka, Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa wydała 30 lipca komunikat: „W związku z pytaniami, które do nas trafiają, uprzejmie informujemy, że w przypadku otrzymania takiej paczki i jej otwarcia należy nasiona zniszczyć”. Zalecono ich palenie nasion przy zachowaniu bezpieczeństwa pożarowego. „Niemniej, mając na uwadze inne możliwe zagrożenia (np. bioterroryzm), w naszej opinii wskazane jest raczej nieotwieranie podejrzanych opakowań i zgłoszenie tej sprawy policji lub do zespołu zarządzania kryzysowego, działającego przy Wojewodzie” – dodała Inspekcja. Komenda Główna Policji prosi o telefoniczne lub osobiste zgłaszanie przesyłek nasion policji bądź PNIORi.

Obawy mogą się okazać bezzasadne, ale rozsądnie jest dmuchać na zimne. Historia zna bowiem wiele przypadków, gdy niekontrolowany obrót produktami pochodzenia roślinnego sprzyjał rozprzestrzenianiu gatunków inwazyjnych i patogenów zagrażających uprawom, lokalnej florze i zdrowiu ludzi. Wiele regionów stworzyło mechanizmy, by temu zapobiec.

Wiele krajów nie zezwala na wwożenie nasion, owoców i warzyw. Od końca 2019 r. do UE turyści mogą wwozić tylko pięć typów owoców: ananasy, kokosy, duriany, banany i daktyle. Nie wolno też przywozić pochodzących spoza Wspólnoty warzyw, nasion i kwiatów. Chodzi nie tylko o zagrożenie gatunkami inwazyjnymi, ale również grzybami, bakteriami czy wirusami, na które nie są odporne rodzime gatunki. Możliwe jest też zawleczenie szkodników upraw, na przykład owadów.

W przypadku będącej krajem rolniczym Nowej Zelandii turystów witają na lotnisku celnicy z wyspecjalizowanymi w wykrywaniu żywnościowej kontrabandy psami. Przemycone w plecaku i niezadeklarowane jabłko może kosztować kilkaset dolarów kary. Podobne wyczulone są władze słynącej ze swoich sadów Kalifornii.

By spowodować problemy – wystarczy, że nasiona przyczepią się do odzieży, bagażu czy włosów lub utają w grudce błota na turystycznym bucie, nie mówiąc już o tych, które trafiły do przewodu pokarmowego człowieka wraz ze zjedzonym owocem. Nie bez powodu w parkach narodowych Islandii czy Nowej Zelandii można zobaczyć tabliczki zabraniające wypróżniania się na ich terenie (poza oficjalnymi toaletami). W znanym z Władcy Pierścieni nowozelandzkim parku Tongariro można przeczytać: „Keine Scheisen in Natur!” (to jedyny obcy język, jakiego tam użyto, oprócz urzędowego angielskiego).

W przeszłości skażenie ziarna zarodnikami grzyba buławinki czerwonej czyli sporyszem wielokrotnie prowadziło u ludzi, którzy je spożyli, do halucynacji i przykurczów mięśni, prowadzących z martwicy tkanek. Zatrucie sporyszem czyli ergotyzm było dawniej określane jako „ogień świętego Antoniego” lub „święty ogień”. W roku 994 w Akwitanii zmarło z tego powodu ok. 40 tys. ludzi, w roku 1951 u wielu mieszkańców francuskiej wsi Point Saint-Esprit wystąpiły halucynacje, a zmarło 7 osób. Obecnie dzięki programom ochrony roślin i oczyszczaniu ziarna siewnego sporysz prawie nie występuje w zbożach.

Chyba najbardziej tragicznym skutkiem zawleczenia choroby roślin była zaraza ziemniaczana w Irlandii. W XIX wieku kartofle stały się tam podstawą wyżywienia miejscowej ludności, toteż zawleczony z Ameryki, grzybopodobny pierwotniak Phytophora infestans spowodował klęskę głodu w latach 1845-1849. Z głodu i chorób zmarło wówczas ok. 1,5 miliona ludzi, do czego przyczyniła się także polityka władz brytyjskich. Dwa miliony wyemigrowały, głównie do USA. Był wśród nich Patrick Kennedy, przodek prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Pamięć o Wielkim Głodzie na wieki poróżniła Irlandczyków i Anglików.

Nieporównanie mniej tragiczne, choć też dotkliwe skutki, miało zawleczenie z USA do Europy atakującej winorośl mszycy filoksery. W latach 1863-1897 z powodu choroby brakowało nie tylko wina, ale i koniaków czy brandy. Wtedy to zaczęła się międzynarodowa kariera cenionej w Wielkiej Brytanii whisky. Dziś, gdy dające wino wysokiej jakości winnice można znaleźć nie tylko w Europie, ale także w Kalifornii, Chile, Afryce Południowej czy Nowej Zelandii, winiarze świecie nie muszą się az tak obawiać chorób i szkodników.

Prace nad patogenami, które mogłyby zniszczyć uprawy przeciwnika, prowadzono na przykład w Związku Radzieckim podczas Zimnej Wojny, o czym wspomina w książce „Biohazard” Ken Alibek.

Oprócz bakterii, wirusów czy szkodników zagrożeniem związanym z nieznanymi nasionami mogą być same rośliny – tzw. rośliny inwazyjne. W Polsce za gatunek obcy uznaje się gatunek występujący poza swoim naturalnym zasięgiem w postaci osobników lub zdolnych do przeżycia: gamet, zarodników, nasion, jaj lub części osobników, dzięki którym mogą się one rozmnażać. Według specjalistów w środowisku przyrodniczym Polski występuje około 3500 gatunków roślin naczyniowych, z czego aż 30 proc. to rośliny obcego pochodzenia. Jednak tylko około 1,5 proc to gatunki inwazyjne – czyli obce, których wprowadzenie czy zawleczenie wywołuje zagrożenie dla lokalnej różnorodności biologicznej i/lub gospodarki człowieka. Gatunki inwazyjne mogą zmieniać środowisko, wypierać rodzime gatunki konkurując z nimi lub ograniczając dostępność pożywienia, powodować szkody gospodarcze i zagrożenie dla zdrowia człowieka.

Zdarzają się i pożyteczne inwazje – jak w przypadku gryki, nie bez powodu nazywanej niegdyś kaszą tatarczaną. Trafiła ona do Polski wraz z najazdami Tatarów.

Niektóre gatunki roślin – jak palma kokosowa – same rozpowszechniły się do tego stopnia, że wszelkie tropikalne wakacje kojarzymy z ich widokiem. Palma kokosowa rozpowszechniła się dzięki swoim pływającym i odpornym na słoną wodę owocom. Dla kontrastu znacznie większe i mające niezwykły, podwójny kształt orzechy lodoicji seszelskiej (Lodoicea maldivica) też pływają, ale słona woda im szkodzi. Dlatego lodoicja rośnie tylko na 2 wysepkach archipelagu Seszeli.

Autorzy opublikowanego w roku 2016 na łamach PNAS artykułu naliczyli 1300 inwazyjnych gatunków zagrażających uprawom. Jak zaznaczyli, największym zagrożeniem są one dla gospodarek ubogich państw Afryki subsaharyjskiej, natomiast największe straty finansowe mogą przynieść głównym producentom żywności – Chinom i USA. Te dwa państw o ogromnej wymianie handlowej są zarazem najczęstszym źródłem inwazji. Dalsze miejsca zajmują Japonia, Niemcy, Francja i Korea Południowa.

Co ładniejsze rośliny inwazyjne sprowadzono do Europy jako ozdobne – np. żółto kwitnąca nawłoć kanadyjska z Ameryki Północnej czy azjatycki rdest. Wypierają one rodzime gatunki, ale przynajmniej są miododajne, a nawłoć nawet lecznicza. Znacznie gorzej poszło z importowanym z Kaukazu barszczem Sosnowskiego – to ogromne zielsko miało być paszą dla bydła, ale okazało się niejadalne, trujące i parzące. W kontakcie ze skórą i w obecności światła słonecznego, w szczególności ultrafioletowego, powoduje oparzenia II i III stopnia. U zwierząt po spożyciu świeżych roślin może wystąpić stan zapalny przewodu pokarmowego, krwotok wewnętrzny i biegunka. Jedyny pożytek mają z niego pszczoły, ponieważ jest rośliną miododajną.

Sprowadzona z Ameryki do Francji przez Jeana Robina robinia akacjowa, zwana często akacją, rozprzestrzeniła się niemal na wszystkie kontynenty (poza Antarktydą). Daje dobre twarde drewno i znakomity miód, ale zachowuje się jak chwast. Tak łatwo odrasta z korzeni, że masoni kładą jej liście na grobach jako symbol nieśmiertelności.

Eichornia gruboogonkowa (Eichhornia crassipes) czyli hiacynt wodny pochodzi z Amazonii, ale został rozprzestrzeniony w ciepłych i tropikalnych rejonach wszystkich kontynentów – tak bardzo, że wypiera gatunki miejscowe, zagraża hodowli ryb (utrudniając dopływ tlenu), a nawet żegludze. Stwarza też świetne warunki do namnażania się moskitów. Ładne kwiaty oraz możliwość wyrobu mat i koszy tego nie rekompensują.

Jako najbardziej inwazyjna roślina często wymieniany jest należący do rodziny bobowatych opornik łatkowaty (Pueraria montana), znany też jako kudzu. Naturalnie występuje w Azji południowo-wschodniej, Oceanii i Japonii, jednak został zawleczony do Ameryki Północnej i Środkowej, południowe Afryki centralnej Azji, w region Kaukazu i na Ukrainę. Tam stał się uciążliwym chwastem, dosłownie duszącym swoimi pnączami inne rośliny. To, że dostarcza mocnego włókna i naturalnych leków na grypę, alkoholizm czy nadciśnienie, jest słabym pocieszeniem. (PAP)

Udostępnij:

Karol Kwiatkowski

Karol Kwiatkowski

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

5 × one =