Tadeusz M. Płużański„Badacze” Rotmistrza

Tadeusz M. Płużański Tadeusz M. Płużański25 maja, 202013 min

Trzeba było wielu lat od 1989 r., by ktoś ponownie, wzorem komunistów, podniósł rękę na Rotmistrza i jego najbliższych współpracowników. Starał się Ich znów wyklinać, zdradzać, zabijać. Robią to „badacze”– od lewa do prawa. I ta „prawa” zdrada bardziej gorszy, bo maszeruje pod sztandarami duchowości i niepodległości.

Gorszący jest również moment. Kiedy Witold Pilecki jest z takim mozołem rozpoznawany na „Łączce”, i kiedy z takim mozołem odkopywana jest pamięć o Nim. I tu pojawiają się „badacze”. Przybywają znikąd, bo raczej nie z nieba. Podbijają patriotyczne serca, jako jedyni słuszni, prawdziwi znawcy prawdziwych faktów. Jako pierwsi dotarli, zbadali. A że fakty są inne – wielokrotnie sprawdzone, zweryfikowane – tym gorzej dla faktów. A że prawda od dziesięcioleci znana – nie o prawdę tu chodzi. Ale niewielu zajrzy za kotarę, by poznać powody, inspiracje. A plan – zapewniam Państwa – jest iście szatański.

Plan resortowych ojców był prosty – rozpracować, wydać, zamordować. Znane resortowe metody. Jak ta, żeby aresztowanych członków grupy Pileckiego rozgrywać przeciw sobie, informując jednego, że drugi powiedział o nim wszystko.

Resortowe dzieci z oczywistych powodów (Pilecki zamordowany, pozostali członkowie grupy też dożyli swoich dni) powtórzyć tego nie mogą. Ale mogą mordować inaczej – mordować pamięć. Jak to zrobić? Znów według wypróbowanej zasady: dzielić, konfliktować. Ale najlepiej odwrócić uwagę. W jaki sposób? Z oprawców przerzucić winę na ofiary. Poszkodowanych uczynić sprawcami. Bohaterów zdrajcami. To też znane dobrze manipulacje. Kto ma być bohaterem? Nie Kukliński, tylko Jaruzelski. Nie Pilecki tylko Cyrankiewicz.

A kto najgłośniej krzyczy: bij komunę? Komunista. Kto oskarża o tajną współpracę? Donosiciel. Kto namawia do radykalnych działań, tak jak wcześniej do „zamachów na czołowe osobistości Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego” (wymierzony w grupę Pileckiego raport Brzeszczota)? Prowokator.

Cel jest jasny. Wybielić swoich. Resortowi szpicle, mordercy mają chodzić w chwale. A ich resortowe rodziny odzyskiwać dobre imię, rzekomo brukane przez lata. Bo to przecież oni są prawdziwymi ofiarami. Przypominam sobie scenę z teatru telewizji „Śmierć rotmistrza Pileckiego”. Szef Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie Jan Hryckowian przed ogłoszeniem wyroku śmierci na Pileckiego bardzo cierpi, razem z żoną płacze nad swoim losem. Cierpi bardziej od Pileckiego. Podobną scenę można nakręcić o Bierucie, Cyrankiewiczu, Różańskim, Kuchcińskim, Alchimowiczu. Ale oni chcą więcej. Chcą być świętsi od świętego polskiego patriotyzmu. Oprawcy świętsi od Pileckiego.

Do szczęścia potrzebny już tylko jeden krok. Znaleźć „badacza”, który to wszystko uwiarygodni. Że nie potrafi czytać akt – nieważne. Że akta są znane od lat – również nieistotne. Bo przecież nie o prawdę tu chodzi. Bo gdyby tak było, „badacz” wiedziałby o kilku generaliach. Przede wszystkim o tym, że grupa Rotmistrza była rozpracowywana od wielu miesięcy (grupa też o tym wiedziała, i na moment aresztowania oraz złożenie zeznań była przygotowana), a bezpieka wiele o nich wiedziała od kapusiów właśnie. „Badacz” wiedziałby również, że – już na Rakowieckiej – resortowi „śledzie” swoje pytania protokołowali często jako odpowiedzi przesłuchiwanych. W resortowych kazamatach takie praktyki były absolutną rutyną. Możliwe zatem, że pytanie brzmiało: „Czy z tobą, taki i owaki, współpracowała Maria Szelągowska?”. Wobec wiedzy ubeka Pilecki wcale nie musiał tego potwierdzać. Albo podpisywał leżąc skatowany w kałuży krwi. A w aktach przeczytamy, że Pilecki zeznał: „Z Marią Szelągowską współpracowałem”. I współczesny „badacz” będzie myślał, że zrobił to dobrowolnie, bez żadnego przymusu.

Warto przypomnieć „badaczom” słowa Rotmistrza wypowiedziane podczas procesu przed wspomnianym Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie (3-15 marca 1948 r.): „Protokoły z przesłuchań podpisywałem, przeważnie ich nie czytając, bo byłem wówczas bardzo zmęczony”. A mój Ojciec na sali sądowej mówił: „Nie zeznawałem w śledztwie, by oskarżony Pilecki miał zająć się likwidacją funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego” (wspomniany, przygotowany przez donosiciela-prowokatora raport Brzeszczota). W odpowiedzi na dodatkowe pytanie prokuratora-majora Czesława Łapińskiego, Tato jeszcze raz podkreślił: „W śledztwie takich zeznań nie składałem. W wielu wypadkach oficer śledczy nie zapisał tego, co zaznaczałem”.

Skoro nie dowodzi to tortur, w takim razie czego? Może w sanatorium na Rakowieckiej Pileckiemu czy Płużańskiemu nie służyło powietrze, albo wstawali z łóżka lewą nogą? Powiedzmy „badaczom”, że na sali sądowej siedzieli ci sami ubecy, którzy wcześniej „pracowali” z aresztowanymi. Nie ma również pewności, czy oskarżeni użyli dokładnie takich słów. Może Pilecki mówił wprost: „Byłem torturowany”, tylko sędzia Hryckowian kazał zaprotokołować: „zmęczony”, aby ukryć fakt znęcania się.

Dopowiedzmy także „badaczowi”, że za to „zmęczenie”, któremu poddawani byli członkowie grupy Pileckiego zapadł w latach 90. ubiegłego wieku wyrok na jedną z bestii z Rakowieckiej – Eugeniusza Chimczaka, choć za kratki – ze względu na stan zdrowia – oczywiście nie poszedł. A nie zastanowiło „badacza”, dlaczego Rotmistrz powiedział żonie, że Auschwitz przy Rakowieckiej to było nic, igraszka? Przecież nie dlatego, że zupa była zbyt zimna.

Czy „badacze” chcą dowieść, że stalinowskie śledztwa to były normalne rozmowy, w których więźniowie szczerze, bez przymusu prezentowali swoje poglądy, a nawet swobodnie polemizowali ze swoimi „opiekunami”? To może – pójdźmy dalej – bezpieka rzeczywiście stała na straży bezpieczeństwa obywateli i legalnego państwa, chroniła demokrację ludową przed bandytami i szpiegami? Jeśli tak, to resortowi ojcowie i ich resortowe dzieci już wygrały!

A może „badacze” chcieliby, żeby resortowi śledczy w aktach ujawniali swoje metody: „biłem rotmistrza Pileckiego gumową pałką, następnego dnia wyrywałem mu paznokcie, a nazajutrz mój kolega miażdżył mu jądra”? „Z żony Płużańskiego, która była w ciąży, wybiłem dziecko, a potem wtrąciłem do karceru, żeby nie brudziła mi podłogi, tylko gdzie indziej się wykrwawiła. Żeby mi nie krzyczała i nie bredziła”.

Takich zapisów w protokołach śledztwa oczywiście nie ma i nie będzie. Ale co to „badaczy”, inspirowanych przez resorciaki, obchodzi. Bohaterami ma być nie Pilecki (no ten to może trochę), Płużański, ale Kuchciński i Alchimowicz.

A „badacze”, gdyby tylko chcieli być badaczami bez cudzysłowu, o tym wszystkim by wiedzieli, znali konteksty, potrafili weryfikować, porównywać, kojarzyć fakty i sprawy. Po prostu znaliby niezbędną w warsztacie historyka: krytykę źródeł. A tak… A tak prace „badaczy” Pileckiego można porównać do „dzieł” prof. Jana Tomasza Grosa, czy Jan Grabowskiego. Oni także odkrywają na nowo historię Polski.

I jeszcze słowo o dzieleniu grupy Rotmistrza przez „badaczy”. Wśród wywiadowców mieli być lepsi i gorsi. Jedni bardziej się przykładali, inni mniej (to oczywisty absurd, pamiętając, że siatka Pileckiego była siatką wywiadowczą, wojskową z hierarchią, dyscypliną). Ale to mniejsze przykładanie się, z czego ma wynikać? Znów z akt sprawy, czyli z tego, co zapisali resortowi „śledzie”. Pogratulować, ale przecież nie o prawdę tu chodzi. A prawda brzmi: Rotmistrz Witold Pilecki podczas śledztwa i procesu brał na siebie całą winę. W wierszowanym liście „Dla Pana Pułkownika Różańskiego” (Mokotów, 14 maja 1947 r.) zapisał:

„Dlatego więc piszę niniejszą petycję

By sumą kar wszystkich – mnie tylko karano,

Bo choćby mi przyszło postradać me życie –

Tak wolę – niż żyć wciąż, a w sercu mieć ranę”

Tadeusz Płużański

Udostępnij:

Tadeusz M. Płużański

Tadeusz M. Płużański

Zobacz także

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

1 × 1 =