Artykuł to biograficzny szkic poświęcony arcybiskupowi Józefowi Teodorowiczowi (1864–1938) w 75. rocznicę jego śmierci. Tekst przedstawia dzieje polskich Ormian i ich asymilacji, drogę Teodorowicza od gimnazjum w Stanisławowie po godność metropolity lwowskiego obrządku ormiańskiego, jego działalność polityczną w Galicji, Austrii i odrodzonej Rzeczypospolitej, dorobek pisarski i chrystologiczny, a wreszcie powojenne losy jego pamięci i grobu.
Ormianie w Rzeczypospolitej – historia asymilacji
W każdej społeczności, która w okresie międzywojennym miała status mniejszości narodowej, znajdowali się także ci, którzy nie chcieli jej współtworzyć, a za swoją wspólnotę uznawali naród polski. Bywały również osoby, które – jak się zdawało – miały wszystkie kulturowe cechy Polaków, a mimo to wybierały zupełnie inną przynależność narodową. Zjawiska te określa się zwykle terminem asymilacja, czyli zmiana identyfikacji narodowej, której na ogół towarzyszy przyswojenie obcych cech kulturowych. Asymilacja może być całkowita bądź tylko częściowa – ta druga nie zawsze uniemożliwia uczestnictwo w wybranej wspólnocie narodowej. Tak czy inaczej w narodzie polskim były (i są) osoby obcego pochodzenia całkowicie w nim zasymilowane, a także takie, które w mniejszym lub większym stopniu czuły się jeszcze związane z inną grupą etniczną. Zwraca się na nie uwagę zwłaszcza wtedy, gdy są to postacie historyczne.
Wśród licznych grup obcego pochodzenia, żyjących od wieków na ziemiach polskich, za wyjątkową trzeba uznać Ormian. Ich wyjątkowość polega między innymi na tym, że w dużej mierze ulegli asymilacji. Osiedlali się już w średniowieczu na ziemiach ruskich, z czasem wcielonych do Rzeczypospolitej, gdzie zajmowali się głównie handlem i rzemiosłem. Owych przybyszów ze Wschodu bardzo wiele dzieliło od mieszkańców grodów południowo-wschodniej Polski, toteż raczej nie asymilowali się w nowym otoczeniu. Przede wszystkim byli innego wyznania – należeli do Armeńskiego Kościoła Apostolskiego. W 1630 r. zawarli jednak unię z Kościołem katolickim, dzięki czemu stali się katolikami, choć obrządku ormiańskiego. Jako katolicy napotykali już o wiele mniej barier na drodze do asymilacji. Najbogatszych i najbardziej zasłużonych dla Polski przyjmowano do stanu szlacheckiego. Gdy ziemie południowo-wschodniej Polski jako Galicja Wschodnia trafiły w wyniku rozbiorów do Austrii, Austriacy próbowali skaptować ormiańskie elity – bezskutecznie, gdyż Ormianie byli na ogół polskimi patriotami.
Rodem z Galicji
Galicja, w której mieszkała większość polskich Ormian, stanowiła dość specyficzną część monarchii austro-węgierskiej, a następnie również II Rzeczypospolitej. Był to bowiem obszar mieszany etnicznie: zamieszkiwała go ludność polska, ukraińska i żydowska oraz inne drobne grupy. Wiele nacji żyło także na pobliskiej Bukowinie, gdzie spotykało się nadto duże skupiska Rumunów. Takie zróżnicowanie prowadziło niekiedy do konfliktów, choć te największe inspirowały siły polityczne spoza tych krain.
Spośród galicyjskich Ormian wywodził się Józef Teofil Teodorowicz – wybitna osobistość w całych ich dziejach, a zarazem jeden z najznamienitszych Polaków. Urodził się 25 lipca 1864 r. w majątku Żywaczów koło Horodenki na Pokuciu. Jego ojciec Grzegorz i matka Gertruda z Ohanowiczów należeli do rodów szlacheckich. Teodorowiczowie przybyli do Polski w połowie XVII w., prawdopodobnie z Krymu. Rozmaite koleje losu podzieliły ród; ta jego część, z której pochodził Józef, osiadła wokół Stanisławowa i pieczętowała się herbem „Serce”. Jej szlachectwo potwierdził Wydział Stanów Galicyjskich w 1792 r., a więc już za panowania Austriaków.
Grzegorz Teodorowicz wcześnie zmarł na gruźlicę. Choroba ta zabrała również dwoje z czworga jego dzieci; Józefowi udało się z niej wyleczyć. Gertruda Teodorowicz po śmierci męża przeniosła się do Stanisławowa, zapewne z powodu edukacji dzieci. Tam Józef ukończył w 1882 r. gimnazjum. Podobno miał niemałe zdolności plastyczne – szczególnie zachwycano się jego karykaturami. Po maturze podjął jednak studia prawnicze na niemieckojęzycznym uniwersytecie w Czerniowcach.
Młody student prawa przeżył kryzys religijny. Stracił wówczas wiarę, co wśród wykształconej młodzieży niekiedy się zdarzało. Jego matka żarliwie modliła się o nawrócenie syna przed obrazem Matki Boskiej Łaskawej w kościele ormiańskim w Stanisławowie. Józef wkrótce odrzucił niewiarę. Zrezygnowawszy ze studiów prawniczych, przeniósł się do Lwowa, gdzie podjął studia teologiczne na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza. Po ich ukończeniu, 2 stycznia 1887 r., arcybiskup Izaak Mikołaj Isakowicz wyświęcił go na kapłana.
Archidiecezja Lwowska Obrządku Ormiańskiego (AOL), której kapłanem został Teodorowicz, była dość nietypową cząstką Kościoła katolickiego na ziemiach polskich – nie tylko dlatego, że w jej świątyniach sprawowano liturgię w języku staroormiańskim (grabar) i zachowywano pewne odrębności nieznane obrządkowi łacińskiemu. Przede wszystkim była to bardzo niewielka archidiecezja, licząca zaledwie kilka tysięcy wiernych w Galicji i na pobliskiej Bukowinie. W związku z tym kariera kilkunastu jej kapłanów przebiegała inaczej niż księży w zwykłych kościelnych jednostkach administracyjnych: awansowali szybko, obejmowali urząd proboszcza, dziekana, otrzymywali godność kanonika czy prepozyta. Z powodu małej liczby wiernych wszystko to miało jednak specyficzną wagę. Poza tym księża ormiańscy, nie mając zbyt wielu obowiązków duszpasterskich, poświęcali się działalności charytatywnej, naukowej czy politycznej. Tak właśnie postępował Teodorowicz.
Temat kontynuujemy w artykule: Ks. Władysław Gurgacz „Sem” – jezuita wyklęty, kapelan PPAN
Po święceniach przez krótki czas pracował jako wikariusz w parafii archikatedralnej we Lwowie, a potem przez trzy lata w rodzinnym Stanisławowie. Następnie objął probostwo w Brzeżanach. W każdym z tych miejsc, obok pracy duszpasterskiej, z zapałem oddawał się działalności społecznej i patriotycznej. Trudno szczegółowo opisywać jego rozliczne poczynania. Wystarczy wspomnieć, że w Brzeżanach założył szkołę dla analfabetów i organizował pomoc charytatywną dla najuboższych. W swoich kazaniach nierzadko zawierał treści narodowe. Kazanie wygłoszone z okazji setnej rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja stało się nawet osobną publikacją, z której dochód autor przeznaczył na potrzeby swojej parafii. W 1897 r. opuszczał Brzeżany z tytułem honorowego obywatela miasta.
Kolejnym miejscem jego pracy był Lwów, gdzie otrzymał godność kanonika gremialnego kapituły ormiańskiej. W stolicy Galicji Wschodniej również nie ograniczał się do duszpasterstwa. Ponieważ w tamtym czasie za jedno z najważniejszych zadań Kościoła uważano rozwój prasy, młody kanonik podjął się go z wielką gorliwością, choć dziedzina ta była mu całkiem nieznana. Założył Bractwo Wydawnicze Świętego Józefa, dzięki czemu z czasem możliwe stało się utworzenie nowych pism: w 1897 r. „Ruchu Katolickiego”, a w 1900 r. jego kontynuacji pod tytułem „Przedświt”. Teodorowicz był redaktorem tych periodyków i często zamieszczał w nich swoje artykuły, przykuwające uwagę wysokim poziomem literackim. Nie zapomniał też o ubogich, o czym świadczy m.in. utworzenie przez niego kolejnej szkoły dla analfabetów. Nic dziwnego, że mając tak wielkie pasje społecznikowskie, rychło został członkiem Rady Miejskiej.
Arcybiskup lwowski
W 1901 r. zmarł arcybiskup Isakowicz. Duchowieństwo Archidiecezji Lwowskiej Obrządku Ormiańskiego wybrało na jego następcę Teodorowicza. Wybór ten zatwierdzili papież oraz cesarz, a 2 lutego 1902 r. odbyła się konsekracja.
Przed nowym arcybiskupem piętrzyły się problemy. Kler ormiański się starzał, a wśród Ormian brakowało kandydatów do stanu kapłańskiego. Niektóre kościoły wymagały remontów, zwłaszcza czternastowieczna katedra we Lwowie. Nieustannej troski wymagały instytucje związane z AOL: benedyktynki ormiańskie, mające klasztor we Lwowie i prowadzące tam szkołę dla dziewcząt; Zakład Naukowy im. Józefa Torosiewicza, czyli bursa dla uczącej się we Lwowie młodzieży męskiej; Publiczny Zakład Zastawniczy „Mons Pius”, bank zastawniczy pod patronatem Kościoła, wzorowany na podobnych instytucjach we Włoszech. Szczególnie ten ostatni wymagał pilnej interwencji, wiązał się bowiem ze skandalem. Otóż jego dyrektor, ksiądz Jan Mordyrosiewicz, sprzeniewierzył znaczną część kapitałów bankowych, lokując je potajemnie w rozmaite przedsięwzięcia finansowe, nierzadko przynoszące poważne straty. Owładnięty pasją wynalazczą, wydał też spore sumy na opatentowanie swoich wynalazków. Arcybiskup Teodorowicz musiał zatem jak najszybciej postarać się o pieniądze, które z „Mons Pius” wykradł nieuczciwy dyrektor.
Sprawy archidiecezji zaczęły układać się pomyślniej dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym. Nie brakowało już księży, bo arcybiskup pozyskał kilku kapłanów obrządku łacińskiego, a nawet z Armenii. Zakończono remonty w kościołach parafialnych, a także trwającą kilkadziesiąt lat restaurację katedry lwowskiej – jedynego przykładu średniowiecznej, ormiańskiej architektury sakralnej w tej części Europy. Mimo kłopotów przetrwała szkoła benedyktynek ormiańskich, która jako szkoła powszechna i gimnazjum dostosowała się do obowiązującego w kraju systemu szkolnictwa. Instytucja ta, choć związana z ALO, służyła raczej społeczności polskiej, kształciły się w niej bowiem zazwyczaj panienki z polskich rodzin. Do Zakładu im. Torosiewicza, którego utrzymanie nastręczało wielu kłopotów, przyjmowano natomiast niemal wyłącznie chłopców obrządku ormiańskiego. Nadal prosperował też bank „Mons Pius”, przezwyciężając kolejne kryzysy.
Dobre funkcjonowanie Archidiecezji Lwowskiej w latach dwudziestych i trzydziestych było możliwe dzięki temu, że metropolitę wspierało wiele osób świeckich, nierzadko majętnych i wpływowych. Z ich inicjatywy powstał w 1927 r. „Posłaniec św. Grzegorza”, pierwsze czasopismo polskich Ormian, a w 1930 r. utworzono Archidiecezjalny Związek Ormian – organizację stawiającą sobie za cel integrację społeczności ormiańskiej w Polsce. Mając w swej archidiecezji tak aktywny laikat, Teodorowicz mógł poświęcać się działalności nie tylko religijnej.
Największą pasją arcybiskupa była polityka. Zapewne nie zyskałby takiej sławy, gdyby zajmował się jedynie duchowymi potrzebami niewielkiej społeczności Ormian-katolików; rozgłos przyniosła mu bowiem działalność polityka – polityka polskiego. Autonomia posiadana przez Polaków w Galicji umożliwiała podejmowanie rozmaitych akcji zmierzających do utrzymania odrębności narodowej, a w konsekwencji do odzyskania niepodległości. Trzeba przyznać, że potrafili z tych możliwości korzystać, skoro udało im się nawet pod koniec XIX wieku objąć najważniejsze funkcje w państwie. Galicyjski Ormianin Dawid Abrahamowicz był wówczas przewodniczącym Izby Posłów w austriackiej Radzie Państwa. Teodorowicz zajął się polityką nieco później i choć nigdy nie sprawował władzy wykonawczej, na scenie politycznej bynajmniej nie był statystą.
Polityk narodowo-katolicki
3 grudnia 1905 r. papież Pius X ogłosił list „Poloniae populum”, w którym zwracał się do wiernych żyjących w zaborze rosyjskim. Krytykował w nim ruchy rewolucyjne i wszelkie poczynania wywołujące zamieszki, zalecając rozwagę i umiar. List został bardzo źle przyjęty przez wielu Polaków. Arcybiskup Teodorowicz pojechał zatem do Rzymu, by omówić tę sprawę z jego autorem. Uzyskawszy stosowne wyjaśnienia, opublikował w licznych czasopismach polskich artykuł, w którym dowodził, że list jest w istocie wyrazem szczerego zatroskania o los wiernych narodowości polskiej.
Podczas wizyty w Rzymie Teodorowicz zasugerował papieżowi utworzenie w Watykanie polskiego biura informacyjnego, dzięki któremu najwyższe władze Kościoła otrzymywałyby wiadomości z ziem polskich. Oficjalnie takie biuro nie mogłoby oczywiście funkcjonować – Polski nie było przecież na politycznej mapie świata. Mógłby jednak w otoczeniu papieża przebywać ktoś specjalnie powołany do referowania spraw polskich. Teodorowicz wskazał wtedy prawdopodobnie na ks. kanonika Adama Sapiehę jako osobę szczególnie predysponowaną do takich zadań. On też wkrótce zaczął je pełnić. Polacy zatem, mimo braku własnego państwa, zyskali swojego reprezentanta w Watykanie.
Aktem politycznym był z pewnością udział Teodorowicza w pogrzebie arcybiskupa Floriana Stablewskiego, prymasa Polski, w 1906 r. Przyjeżdżając na tę uroczystość do Poznania, wyrażał poniekąd poparcie dla patriotycznych działań zmarłego. Demonstrował także jedność episkopatu polskiego, którego nie dzielą zaborcze granice. Pobyt w Wielkopolsce posłużył ponadto nawiązaniu kontaktów z jej polskimi mieszkańcami, o których prawa później niejednokrotnie upominał się w kazaniach i publikacjach.
W Galicji przeciwstawił się poczynaniom Michała Bobrzyńskiego, namiestnika Galicji w latach 1909-1913. Z wielką żarliwością krytykował jego reformę prawa wyborczego, ponieważ dzięki niej zbyt wiele władzy zyskałyby ugrupowania reprezentujące ludność ukraińską. Zapewne nie tylko anonimowa broszura „Stańczyk bez teki”, ale przede wszystkim talent dyplomatyczny arcybiskupa przyczyniły się do upadku Bobrzyńskiego.
Arcybiskup aktywnie uczestniczył we wszystkich ważniejszych przedsięwzięciach patriotycznych ostatnich kilkunastu lat zaborów. Coraz uważniej słuchano go w różnych częściach ziem polskich – i to nie tylko dlatego, że był wytrawnym oratorem, lecz także z powodu mądrości zawartej w jego słowach.
Zasiadał w galicyjskim Sejmie Krajowym. Był również posłem Izby Panów, wyższej izby parlamentu austriackiego, w której zasiadali biskupi oraz osoby nominowane przez cesarza, głównie z arystokracji. 30 czerwca 1917 r. wygłosił słynną mowę o sprawiedliwości dziejowej, która domaga się rekompensaty za krzywdy wyrządzone Polsce. Tą rekompensatą mogła być jedynie niepodległość.
Choć w wyniku pierwszej wojny światowej upadły państwa zaborcze, Polska nie mogła wrócić do granic sprzed 1772 r. Musiała walczyć z Niemcami o Wielkopolskę i Śląsk, z Litwinami o Wilno, z Ukraińcami o Lwów, z Czechami o Cieszyn, z bolszewikami o wszystko. Teodorowicz w każdym z tych działań był w jakiś sposób obecny. Okoliczności zmusiły go do zajęcia się szczególnie sprawami śląskimi. Nabrawszy przekonania, że nuncjusz papieski Achilles Ratti sprzyja Niemcom, wraz z biskupem Adamem Sapiehą doprowadził do jego odwołania.
W Sejmie Ustawodawczym, pierwszym zwołanym po odzyskaniu niepodległości, nie mogło go zabraknąć. To właśnie on 10 lutego 1919 r. wygłosił w katedrze warszawskiej kazanie inaugurujące jego obrady. Pośród licznych stronnictw wiodących spory w polskim parlamencie Teodorowicz zachowywał pewną niezależność, choć jego sympatie polityczne lokowały się zazwyczaj po stronie narodowej demokracji. Z jej poparcia w latach 1919-1921 był posłem ziemi siedleckiej, a w latach 1922-1923 zasiadał w Senacie. Później musiał jednak przerwać karierę polityczną – zażądał tego nowy papież, Pius XI, czyli niedawny nuncjusz w Warszawie Achilles Ratti. Nie mogąc zajmować oficjalnych stanowisk, nie przestał jednak uczestniczyć w życiu politycznym, wspierając swym autorytetem i radą rozmaite przedsięwzięcia.
W służbie Kościołowi
W kolejnych latach Teodorowicz coraz mocniej poświęcał się pracy naukowej i pisarskiej. Imał się jej już wcześniej, o czym świadczą artykuły w poważnych czasopismach, a także dwa tomy medytacji: „Mnie żyć jest Chrystus” z 1919 r. i „Okruchy ewangeliczne” z 1923 r. Jego celem było napisanie obszernego dzieła poświęconego osobie Jezusa z Nazaretu. Materiały zbierał do niego właściwie przez całe życie; w 1911 r. odbył w tym celu podróż do Ziemi Świętej.
Swoje dzieło życia Teodorowicz zaplanował na dwanaście tomów. Zdołał wydać tylko trzy, w księgarni św. Wojciecha w Poznaniu. Rozdziały składające się na tom czwarty w większości ukazały się pod koniec lat trzydziestych jako artykuły w ormiańskim kwartalniku „Gregoriana”, reszta pozostała w rękopisach – niestety niedokończonych. Pierwszy tom, wydany w 1932 r., „Od Betlejem do Nazaretu”, jest pogłębioną refleksją nad Ewangelią Dzieciństwa. Drugi, opublikowany w 1936 r. pod tytułem „Od Jahwe do Mesjasza”, stanowi w dużej mierze studium apologetyczne, w którym autor broni wyjątkowości chrześcijaństwa, podważonej w książce Tadeusza Zielińskiego „Hellenizm i judaizm”. Tom trzeci, wydany w 1937 r., „Herold Chrystusa na tle epoki”, poświęcono Janowi Chrzcicielowi. Ukończone części dzieła niewątpliwie świadczą o wielkiej erudycji i talencie literackim autora. Ponieważ pozostało ono niedokończone, a z powodu rychłego wybuchu drugiej wojny światowej nie zdążono wydanych tomów należycie poznać, dorobek chrystologiczny Teodorowicza wciąż czeka na wnikliwego interpretatora.
Więcej na ten temat w tekście: Ksiądz Jerzy Popiełuszko – biografia, śmierć i przesłanie błogosławionego męczennika
W pierwszej połowie lat trzydziestych arcybiskup odbywał kurację w Marienbadzie i wtedy zainteresował się mistyczką Teresą Neumann z pobliskiego Konnersreuth, a w konsekwencji zjawiskami mistycznymi. Osobne studia na ten temat zaowocowały opublikowaniem w 1936 r. książki „Konnersreuth im Lichte der Mystik und Psychologie”. Do poruszanych przez niego kwestii zawsze odnoszono się w Kościele z mniejszą lub większą ostrożnością – stany mistyczne są bowiem przeżyciami nader subiektywnymi i niełatwo je jednoznacznie oceniać. Także ci, którzy je badają, mogą zostać opacznie zrozumiani. To właśnie przydarzyło się Teodorowiczowi, którego książkę potępiło Święte Oficjum, nakazując wycofać ją ze sprzedaży. Wprawdzie dzięki interwencji przychylnych autorowi hierarchów kościelnych udało się tę decyzję zmienić, lecz całe zajście mogło źle świadczyć o jego kompetencjach naukowych.
W 1937 r. minęło pół wieku od święceń kapłańskich arcybiskupa Teodorowicza i trzydzieści pięć lat jego biskupstwa. Ten podwójny jubileusz obchodzono nader uroczyście. Rozmaite środowiska związane z jubilatem chciały go w jakiś sposób uczcić. Główne uroczystości odbyły się 30 maja w Stanisławowie, z udziałem episkopatu z prymasem Augustem Hlondem na czele oraz przedstawicieli najwyższych władz państwa.
Przeżyte lata, podczas których nie szczędził sił, niewątpliwie go osłabiły. Będąc już w podeszłym wieku, nie zmienił jednak trybu życia. Nie zaniedbywał obowiązków wobec społeczności ormiańskiej, choć chyba najbardziej skupiał się na pracy nad czwartym tomem swojego dzieła. W końcu choroba uniemożliwiła mu jakiekolwiek działanie. Zmarł 4 grudnia 1938 r. Pogrzeb arcybiskupa na Cmentarzu Orląt Lwowskich stał się wielką manifestacją patriotyczną – ostatnią przed wybuchem drugiej wojny światowej.
Przywrócony pamięci
Pierwsza okupacja sowiecka Małopolski Wschodniej zaczęła się mniej więcej na przełomie września i października 1939 r. Zaraz na jej początku do rezydencji arcybiskupa ormiańskiego we Lwowie przyszli funkcjonariusze NKWD z zamiarem jego aresztowania. Zdziwili się, że już nie żyje. Z pewnością w systemach totalitarnych, które na kilkadziesiąt następnych lat zawładnęły Europą środkowowschodnią, nie było miejsca dla takiego Ormianina i Polaka. Nie było miejsca na pamięć o nim.
Zachęcamy do lektury: Zapomniany bohater, który przechytrzył carat. Bł. Honorat Koźmiński i jego tajna armia zakonników
Pamięć ta jednak przetrwała. Wciąż pamiętali o nim Ormianie, których po wojnie wraz z ludnością polską przesiedlono na terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Społeczność ta uległa w PRL niemal zupełnej dezintegracji, a jej renesans nastąpił dopiero w latach osiemdziesiątych. Jednym z pierwszych przedsięwzięć odrodzonej wspólnoty ormiańskiej była sesja naukowa poświęcona zasłużonemu arcybiskupowi, zorganizowana w Krakowie w 1983 r., a więc w 45. rocznicę jego śmierci.
W samym Lwowie, gdzie pozostało sporo miejsc związanych z metropolitą, również wciąż o nim pamiętano, choć władze próbowały te miejsca zniszczyć. Piękną katedrę ormiańską zamieniono na magazyn. Jeszcze większe represje spadły na Cmentarz Orląt Lwowskich, który częściowo zamieniono na wysypisko śmieci. Okazałe miejsce pochówku młodocianych obrońców Lwowa z 1918 r. z pewnością rozsierdzało władze sowieckie, a także nacjonalistycznie nastawionych Ukraińców. W 1971 r. wydano rozkaz likwidacji tej nekropolii. 25 sierpnia czołgi rozjechały groby. Wcześniej jednak grupa czterech Polaków potajemnie przeniosła trumnę ze zwłokami arcybiskupa i umieściła ją w jednym z grobowców na Cmentarzu Łyczakowskim.
Gdy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych upadł komunizm, rozpoczęła się kolejna refleksja nad sprawami narodowymi. Należało ocenić minioną, nierzadko tragiczną przeszłość i wyjaśnić, kto zasługuje na cześć, a kto na potępienie. I choć o jednoznaczne oceny częstokroć bardzo trudno, to arcybiskupa Teodorowicza z pewnością zaliczono do postaci, którym z racji zasług dla narodu należy się szacunek. Niektórzy Ormianie zarzucają mu wprawdzie, że zbyt mało zajmował się obrządkiem ormiańskim, poświęcając się głównie polityce, przez co procesy asymilacyjne w społeczności ormiańskiej za jego czasów przyspieszyły. W dużej mierze jednak to z inicjatywy senatora Łukasza Abgarowicza, który był Ormianinem, Senat Rzeczypospolitej Polskiej 4 grudnia 2008 r. przyjął uchwałę poświęconą zmarłemu przed siedemdziesięciu laty arcybiskupowi, chcąc w ten sposób go upamiętnić. To dzięki usilnym zabiegom środowiska ormiańskiego 7 czerwca 2011 r. ponownie pochowano jego szczątki na odrestaurowanym Cmentarzu Orląt Lwowskich. A zatem to grupa etniczna, z której się wywodził, przechowawszy pamięć o nim, w sprzyjających okolicznościach przywróciła ją całemu narodowi.
Grzegorz Pełczyński




