Pomnik czterech śpiących, czyli Pomnik Braterstwa Broni na warszawskim placu Wileńskim, stał się w 2014 r. przedmiotem procesu dwóch maturzystów, którzy 17 września 2011 r. wypisali na nim i na sąsiednim „pomniku wdzięczności” hasło „czerwona zaraza”. Sprawę umorzono w pierwszej instancji, ale prokuratura nie dała za wygraną i chciała skazania za zniszczenie mienia. Jerzy Pawlas zaczyna od tej sprawy przegląd paradoksów „państwa grubokreskowego”: stołecznych radnych, którzy nie wyobrażają sobie stolicy bez sowieckiego upamiętnienia, sędziego Igora Tulei uczącego aplikantów, beneficjentów okrągłego stołu, mediów broniących oficerów WSI, bezrobotnych absolwentów skazanych na pracę śmieciową, wojewody lubelskiej, która kazała usunąć słowo „ludobójstwo” z projektu pomnika ofiar rzezi wołyńskiej, i radnych blokujących ulicę płk. Kuklińskiego. Wylicza też wyrok na prof. Ryszarda Legutkę i rosyjskie nieruchomości w Warszawie, a całość zamyka ironią wobec „resortowych wykształciuchów”.
Publicystyka
Spolegliwość stołecznych radnych wobec rosyjskich władz można porównać tylko ze spolegliwą nadgorliwością wymiaru sprawiedliwości. Ci pierwsi nie wyobrażają sobie stolicy bez sowieckiego upamiętnienia na placu Wileńskim. Chociaż zarówno „pomnik wdzięczności”, jak i „pomnik braterstwa broni” to obiekty niewypełniające definicji pomnika, a jako przedstawiające komunistyczne symbole – niekonstytucyjne, to warszawsko-praska prokuratura okręgowa upiera się przy zasądzeniu dwóch maturzystów, którzy 17 września 2011 r. wypisali na upamiętnieniach „czerwona zaraza”. Daniel Lubański i Wojciech Broniatowski chcieli w ten sposób „zaprotestować przeciwko publicznej gloryfikacji systemu totalitarnego”. Sprawę umorzono w I instancji, ale – jak widać – wymiar sprawiedliwości nie daje za wygraną. Zamiast za „znieważenie pomników” może skazać za „zniszczenie mienia”. W ten sposób przyjaźń polsko-rosyjska nie ucierpi, zaś do publicznej kasy przybędzie grosza, wydanego na pielęgnację „czterech śpiących”. Można podziwiać dalekowzroczną przebiegłość wymiaru sprawiedliwości, przed którym otwierają się nowe możliwości. Sędzia Igor Tuleya, rekomendujący się właściwym pochodzeniem, co to porównał działalność CBA do „metod stalinizmu”, będzie nauczał aplikantów adwokackich. Nie wiadomo, czy będzie też douczał sędziów, bo ich orzeczenia (tolerancja wobec bluźnierców, bezczeszczących Biblię) i ambicje (postawienie przed sądem kibiców, obwinionych o przerwanie wykładu tow. prof. Baumana) wskazują na właściwe rozumienia roli wymiaru sprawiedliwości w państwie grubokreskowym.
Dzieci okrągłego stołu i gruba kreska
Dzieci okrągłego stołu czyli beneficjenci okrągłostołowej transformacji opowiadają, jak przy tym historycznym meblu zasiadły „dwie wrogie elity”. Gdyby to byli wrogowie, to nie dotrzymaliby umowy, gdy zmieniły się uwarunkowania polityczne. Co do „elit”, to trudno nazwać takimi towarzyszy (moskiewskich nasłańców i namiestników), jak również wybranych przez bezpiekę tzw. demokratycznych opozycjonistów, nierzadko partyjnej proweniencji. Niemniej trzeba owym dzieciom przyznać rację, gdy konstatują, że okrągły stół odsunął w czasie spluralizowanie sceny politycznej i zaistnienie orientacji narodowo-chrześcijańskiej, której tak obawiały się w ruchu społecznym „Solidarność”. Pozostała też gruba kreska, jako zarzewie wieczystej kłótni i pretekst do oskarżeń lustratorów i dekomunizatorów o zoologiczną nienawiść.
Nie sposób przecenić udziału służb specjalnych w rzeczywistości grubokreskowej (FOZZ, gospodarka, media, zakładanie partii politycznych, inwigilacja prawicowej opozycji), niemniej ktokolwiek by wskazywał na te uwarunkowania, zostawał oszołomem, zwolennikiem spiskowej teorii dziejów. Jego racje ginęły pod stosem inwektyw i pomówień. Proces żołnierzy i tajnych współpracowników WSI przed stołecznym sądem rejonowym dowodzi, że zawsze mogą oni liczyć na wyrozumiałość u-PO-rządowionych i „zaprzyjaźnionych” mediów. W ich gościnnych studiach przedstawiciele służb do woli konfabulują (łapali Bin-Ladena, bronili polskich interesów), wskazując na wroga publicznego, jakim jest Antoni Macierewicz. I w tym względzie też znajdują zrozumienie i solidarność pracowników mediów. To działalność sprzeczna z dziennikarskim powołaniem (patrzenie władzy na ręce), ale jak najbardziej pro-PO-rządowa. Bo jest i temat zastępczy, i skłócenie społeczeństwa, nie mówiąc o konserwacji rosyjskich wpływów.
Przeczytaj również: Zdrajca z SLD. Tadeusz Iwiński w obronie pomnika Iwana Czerniachowskiego
Bezrobocie i praca śmieciowa
Produkcja absolwentów wyższych uczelni była (podczas wyżu demograficznego) całkiem opłacalnym przedsięwzięciem, chociaż jakość kształcenia („inspiracje” internetowe) pozostawiała wiele do życzenia, nie mówiąc o możliwościach zatrudnienia. Pozostawała imigracja zarobkowa lub zdanie się na rynek bezrobocia, jaki utrzymuje PO-rząd. Marzeniem jest więc praca śmieciowa, niewolnicza. Szczęśliwy zatrudniony nie liczy sobie godzin pracy, nawet w niedziele pozostaje na elektronicznej smyczy, zawsze gotowy na wezwania pracodawcy. Jego prawa pracownicze są na poziomie wczesnego kapitalizmu (niemożność zrzeszania się). Taka sytuacja pozostaje jednak poza zainteresowaniem mediów. Oburzają się na paromilionową dotację do papieskiego muzeum, gdy PO-rząd „transferuje” miliardy z OFE. Nie dostrzegają 100 tys. bezrobotnych, jakich przybyło w styczniu, a reklamują kilkadziesiąt osób, protestujących przeciw wspomnianej dotacji.
Młodzi szczecinianie (reklamowani w mediach) organizują wsparcie dla majdanowych demonstrantów, nie dostrzegając (co jest też udziałem mediów), że ich województwo jest już w dużej części wyprzedane tzw. słupom, czyli zagranicznym inwestorom. Mogłoby się wydawać, że od resortu obrony można by wymagać większego kontaktu z rzeczywistością, gdy ten nie odżegnuje się od pochówków na reprezentacyjnym stołecznym Cmentarzu Wojskowym komunistycznych zbrodniarzy. Z kolei nieświadomość historycznych uwarunkowań wykazuje Jolanta Szołno-Koguc, wojewoda lubelska, dla której „zbrodnia” wołyńska nie jest ludobójstwem. Kazała usunąć to słowo z projektowanego pomnika. To równie małostkowe, jak blokada przez PO-radnych nadania jednej ze stołecznych ulic imienia płk. Ryszarda Kuklińskiego. Zastanawia wszakże konsekwencja w takim PO-stępowaniu przeciw wiarygodności PO-państa.
Wymiar sprawiedliwości państwa grubokreskowego
Grubokreskowy wymiar sprawiedliwości nie jest w stanie osadzić komunistycznych zbrodniarzy, ale skazuje prof. Ryszarda Legutkę, filozofa i europosła PiS, za nazwanie wrocławskich uczniów domagających się usunięcia krzyża „rozpieszczonymi smarkaczami”. PO-Rząd nie jest w stanie odzyskać stołecznych nieruchomości, zawłaszczonych przez rosyjskich dyplomatów, ale w błyskawicznym tempie ograbia polskie lasy. Lewacko-liberalny rejwach zagłusza te paradoksy, bo resortowe wykształciuchy czuwają na posterunku. Oni też sprawiają, że jakiekolwiek przedsięwzięcie artystyczne, finansowane przez państwo, musi być skażone „resortowym” (polonofobicznym) widzeniem. W filmie o Kuklińskim reklamuje się KOR-owskich internowanych. W filmowej adaptacji „Kamieni na szaniec” reżyser Robert Gliński reinterpretuje historię, czyniąc bohaterstwo niepotrzebnym szaleństwem, a powstanie – nieporozumieniem. W tej sytuacji nie trzeba nawet likwidować IPN, bo resortowe wykształciuchy łacno udowodnią, że „na prawicy jest więcej resortowych dzieci niż w centrum i na lewicy”.
Jerzy Pawlas
ⓘ Informacja o publikacji
Felieton Jerzego Pawlasa pt. „Resortowe wykształciuchy” ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym tygodnika „Nasza Polska” nr 9 (956) z dnia 25 lutego 2014 roku, s. 18. Reprint na portalu naszapolska.pl w ramach digitalizacji archiwum redakcji. Wszelkie prawa do oryginalnego tekstu zastrzeżone – Jerzy Pawlas / „Nasza Polska”. Zdjęcia: archiwum „Nasza Polska”, skan wydania nr 9 (956)/2014, s. 18.



