Ratujmy naszą Ziemię!

Barbara Gąsior-Chrzan13 marca, 202313 min

Komisja Unii Europejskiej przygotowuje prawne regulacje, fit for 55 (gotowi na 55), w sprawie zmniejszenia, a następnie całkowitego wyeliminowania emisji dwutlenku węgla, CO 2. To główny szkodnik klimatu. Inne gazy cieplarniane też mają udział w tym procesie. Skąd te gazy i dlaczego jest ich tak dużo?

Okazuje się, że to my wszyscy ludzie wraz ze zwierzętami jesteśmy ich producentami. Im więcej jesz, tym więcej metanu produkujesz. Pomnóż tą liczbę przez osiem miliardów ludzi. Do tego dodaj zwierzęta hodowlane, krowy i świnie. Oh! Na samą myśl o tym brakuje tchu, nie mówiąc o braku świeżego powietrza. Chlorofil roślin nie nadąża z produkcją tlenu. Co robić, co robić? Najprościej zmniejszyć pogłowie zwierząt hodowlanych. O zmniejszeniu liczby ludności na razie nie słychać. Unijne dyrektywy ściśle określą ilość mięsa jaką rocznie będziemy mogli zjeść. Proponuje się białko zastępcze w postaci owadów. Czy to jest nowa i odkrywcza propozycja? Wcale nie. Z lektury Bibli dowiadujemy się, że szarańcza i korzonki były jedynym pożywieniem  Jana Chrzciciela, gdy ten przebywał na pustyni.

Można domniemywać, że również Jezus Chrystus żywił sie tymi rarytasami w czasie 40-dniowego postu na pustyni, gdzie był poddawany wyrafinowanemu kuszeniu przez szatana i tym pokusom nie uległ. Z tego przykładu możemy wnioskować, że taka dieta ma fenomenalny wpływ na mózg dając niezwykłą jasność myśli. Ich idee przez dwa tysiące lat fascynowaly tłumy i także dzisiaj znajdują wyznawców i naśladowców.

Jedzenie szarańczy przez wszystkich może się okazać niebezpieczne, bo nie wiadomo co mogłoby się stać gdyby wszystkim jedzącym ją rozjasniły sią umysły?

 Pojawia się tutaj pytanie czy wystarczy szarańczy, koników polnych i pająków do codziennego żywienia ośmiu miliardów ludzi? Można do tego dorzucić jedwabniki z dodatkowym pożytkiem dla przemysłu odzieżowego. Dżdżownice niekoniecznie, bo jako ślepe od urodzenia, czyli upośledzone przez naturę, mogą być objęte ochroną i zakazem ich spożywania przez naczelne.

 Co sie stanie gdy już zjemy wiekszość lub wszystkie owady? Kto będzie zapylał kwiaty? A może kwiatów już nie bedzie, bo właściwie to po co kwiaty?

Dwukrotnie w moim życiu były okresy racjonowania mięsa. W początku lat 50-tych ubiegłego wieku, gdy nad Europą Środkowo-Wschodnią powiewał wielki czerwony sztandar ze złotym sierpem i młotem w rogu i obliczem Marksa, Engelsa, Lenina i jeszcze wtedy mocno trzymającego się Stalina, mięsa jadło sie niewiele z powodu jego braku w sprzedaży. Niektórzy na obrzeżach miast hodowali kury albo króliki. Byli też tacy, którzy mieli świnkę w wannie, ale to tylko w mieszkaniach w blokach.

Raz w tygodniu, w niedzielę, mieliśmy na obiad mięso z kury wyhodowanej przez nas na podwórku. Ja z bratem, jako dzieci, mięsa z tej kury absolutnie nie chcieliśmy jeść. Jak tu jeść zaprzyjaźnioną kurę? Siedzieliśmy przy stole i łzy spadały nam do talerza z rosołem. Ojciec bardzo się tym denerwował. Czasy były ciężkie i on dokładał starań, aby zapewnić nam, chociaż raz w tygodniu, białko zwierzęce, a my tego nie chcieliśmy jeść.

Po raz drugi brak żywności mieliśmy w latach 80-tych ubiegłego wieku. Rząd, by ratować sytuację i zapobiec rozruchom społecznym, wprowadził kartki na deficytowe towary. Każdemu przydzielono 2,5 kilograma mięsa, bądź mięsnych produktów, na miesiąc. O produkcji gazów cieplarnianych czy dwutlenku węgla nikt wtedy nawet nie wspomniał. Możliwe, ze rząd i społeczeństwo nie było wtedy świadome szkód dla planety ziemi. Posiadanie kartek wcale nie gwarantowało kupna mięsa. Liczyły się wtedy bliskie znajomości z kierowniczką sklepu mięsnego.

Urzędnicy Unii Europejskiej proponują osiem sztuk nowej odzieży rocznie na osobę. To prawda, że mamy przepełnione odzieżą szafy i wciaż kupujemy nową. Często, prawie nie używaną, oddajemy ja „na biednych”. Nawet Afryka już nie chce takich prezentów.

W okresie kulminacji stalinizmu trudno było ze wszystkim, także z odzieżą. Wiekszość ubrań szyła nam mama. Często były to przeróbki. Swetry ludzie robili sami na drutach. Później pojawiły się maszyny do robienia swetrów i ich posiadaczki przyjmowały zamówienia na wykonanie wybranych modeli. Płaszcz szył nam krawiec i był to model unisex w szaro-burą jodełkę. Płaszcz zapinał się na prawą stronę, przeciwnie niż to było przyjęte dla dziewcząt. Gdy ja wyrastałam z tego płaszcza, brat go przejmował i wtedy zapięcie pasowało do męskiej strony. Wieczorem po odrobieniu lekcji, każdego wieczoru, cerowałam dziury na piętach w pończochach tzw patentowych, które nie miały wzmacniającego dodatku syntetycznego. Rano ubierałam je idąc do szkoły. Telewizji wtedy nie było i ewentualnie mama czytała nam książeczki z serii „poczytaj mi mamo”.

Podróże samolotem nie były dostępne dla zwykłych ludzi. Podróże odbywano pociągiem albo rowerem. Mieliśmy cztery rowery. Ojciec sam je poskładał z porzuconych i niekompletnych poniemieckich modeli. Robiliśmy  rodzinne wycieczki rowerowe do okolicznych lasów i pól.  W tym składaniu rowerów, a także innych czynnościach technicznych uczestniczył mój brat. Dzięki temu w dorosłym życiu nie potrzebował do napraw rzemieślników. Począwszy od naprawy motorów aż do wybudowania domu dawał radę sam i nawet studia na Politechnice nie odebrały mu tych umiejętności.

Śmieci nie stanowiły problemu tak jak to jest obecnie. Plastiku nie było. Śmieci sortowało się bez administracyjnego przymusu. Papier, szkło i szmaty sprzedawało się w punkcie skupu. Szkoły organizowały zbiórkę makulatury, a uzyskane pieniądze dokładano np. do wycieczek szkolnych. Kto mógł uprawiał grządki, na których rosły ekologiczne warzywa. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że są ekologiczne. Termin „ekologia” pojawił się dużo później.  Na  Górnym Śląsku kominy dymiły obficie uszkadzając ludziom płuca, ale wiedza o tym była tłumiona. Liczyła się produkcja.

Wraz z nowoczesnością lawinowo pojawiały się zagrożenia dla zdrowia organizmów żywych, w tym dla człowieka i dla planety ziemi. Matka Ziemia dyszy pod naporem plastiku, dwutlenku węgla, gazów cieplarnianych i zaczyna zmieniać klimat. Robi się coraz goręcej. Czy naprawdę da się zatrzymać ten proces do 2055 roku?

Czy jesteśmy gotowi na program 55 – Fit for 55? Czy tak zaplanowane działania ocalą naszą planetę ziemię?  Czy zminimalizowanie konsumpcji zapobiegnie jej degradacji? Można mieć duże wątpliwości, ale także trzeba miec nadzieję, że to się uda. Pilnie jest nam potrzebna zmiana moralności na moralność ekologiczną opartą na solidnej podstawie. Najlepiej na wierze  w Boga.

Udostępnij:

Barbara Gąsior-Chrzan

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Koszyk

Related Posts

Kiedy i na co umrzesz?

Kiedy i na co umrzesz?

23 października, 2023 1
Wiosna

Wiosna

15 lutego, 2023
Barbara z Nikomedii

Barbara z Nikomedii

21 listopada, 2022 1