GospodarkaCzęściowe otwarcie stadionów wcale nie musi się klubom finansowo opłacać

Paweł Skutecki23 lutego, 202115 min
Potrzebujemy Twojej pomocy, żeby wciąż tworzyć niezależne, wolne media. Jak możesz nam pomóc?

 

Za pomocą Pay Pal'a:
Za pomocą przelewu tradycyjnego:

 

Fundacja „Będziem Polakami”
ul. Podhalańska 3
85-123 Bydgoszcz
PKO BP PL04 1020 1462 0000 7902 0326 0783
Tytuł przelewu: darowizna na cele statutowe

Od połowy października rozgrywki piłkarskiej ekstraklasy toczą się przy pustych trybunach. Kluby chciałyby, żeby kibice jak najszybciej się na nich pojawili, choć przyznają, że częściowe otwarcie stadionów wcale nie musi się im finansowo opłacać.

W Polsce, po przerwie spowodowanej pierwszą falą epidemii COVID-19, kibice wrócili na stadiony piłkarskie w czerwcu, kiedy zezwolono na wypełnienie trybun w 25 procentach. W niektórych regionach kraju możliwe było wypełnienie nawet połowy miejsc, ale od połowy października, kiedy nastąpił znaczny wzrost zakażeń, wszelkie rozgrywki sportowe toczą się bez udziału publiczności.

Kluby wyraźnie podkreślają, że obecność fanów na trybunach to coś więcej niż sam aspekt finansowy, ale też w dobie pandemii liczą każdą złotówkę dwukrotnie.

Wisła Kraków – grając przy zamkniętych trybunach – za wynajem na mecz Stadionu Miejskiego im. Henryka Reymana płaci 33 tys. zł. netto. W momencie udostępnienia go publiczności ta kwota będzie proporcjonalnie wyższa, np. przy możliwości wypełnienia trybun w połowie wyniosłaby 69 tys. zł.

Rzeczniczka prasowa klubu Karolina Biedrzycka przyznała, że na podobnym poziomie kształtują się pozostałe koszty organizacji meczu, w tym zabezpieczenia obiektu, sprzątania i innych koniecznych działań.

„Jest to związane przede wszystkim z wymogami sanitarnymi i utworzeniem dodatkowej strefy dla kibiców w celu dezynfekcji oraz z otwarciem wszystkich sektorów, aby zachować standardy bezpieczeństwa wynikające z przepisów Ekstraklasy SA, PZPN oraz sanepidu. Przy 25-procentowym wypełnieniu trybun kibice zobligowani są bowiem do zajmowania co czwartego krzesełka, a każdy sektor musi zostać starannie przygotowany oraz spełniać wymogi sanitarne. Dodatkowy koszt stanowi zakup środków dezynfekujących, które klub musi zapewnić wszystkim uczestnikom spotkania. Są to płyny do dezynfekcji czy mydła antybakteryjne” – tłumaczyła.

Biedrzycka podkreśliła, że w przypadku otwarcia obiektu w 25 procentach, więcej niż połowę limitu wykorzystają posiadacze sezonowych karnetów, a do wolnej sprzedaży trafi ledwie niewielka liczba wejściówek.

„Koszty organizacji meczu przy 25 procentach znacząco przewyższają zysk ze sprzedaży biletów. Trzeba jednak zaznaczyć, że sumaryczne zestawienie wydatków i przychodów uzależnianie jest od liczby osób zasiadających na trybunach podczas konkretnego meczu. Pomimo tego, ponieważ otwarcie stadionu nawet w 25 procentach pozwoli nam wpuścić wiernych fanów wykupujących karnety, liczymy, że co najmniej takie rozwiązanie wkrótce nastąpi” – nadmieniła rzeczniczka prasowa Wisły.

Z kolei w Cracovii zapewniają, że na ewentualny powrót kibiców na trybuny nie patrzą pod kątem strat lub zysków finansowych.

„Obecność kibiców na meczach jest wartością samą w sobie. Fani są integralną częścią piłki nożnej, bo przecież doping przekłada się na grę drużyny. Bardzo liczymy, że już wkrótce wszystko wróci do normy i sympatycy Cracovii ponownie zasiądą na stadionie przy ulicy Kałuży. To jest dla nas najważniejsze” – powiedział PAP rzecznik prasowy klubu Przemysław Staniek.

Śląsk Wrocław nie ukrywa, że koszty organizacji meczów bez udziału publiczności są znacznie niższe, ale puste trybuny to nic dobrego.

„Najważniejszą kwestią jest bez wątpienia to, że kibice są po prostu nieodłącznym elementem piłkarskiego widowiska. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że +dwunasty zawodnik+ może zagrzać drużynę do walki i wpłynąć tym samym na przebieg spotkania. Dlatego właśnie gra w ciszy jest najbardziej dotkliwa dla piłkarzy, którzy tęsknią za tą atmosferą” – przekazał PAP rzecznik prasowy wrocławskiego klubu Tomasz Szozda.

Na Oporowskiej liczą, że kibice niebawem wrócą na trybuny, chociaż zdają sobie sprawę, iż będzie się to wiązać z zachowaniem pewnych restrykcji sanitarnych.

„Na pewno z wielkim entuzjazmem przyjmiemy informację o możliwości powrotu fanów na trybuny. Oczywiście, spodziewamy się, że nastąpi to w ramach podwyższonego reżimu sanitarnego. Wpływy z dnia meczowego także będą niższe niż w okresie przed pandemią, ale z całą pewnością byłby to przełom w kontekście dalszej rywalizacji w tym sezonie i bardzo wyczekujemy takich wieści” – podsumował Szozda.

Dokładne wyliczenia dot. kosztów organizacji meczu i ich zestawienie z obecnością kibiców przedstawiło Podbeskidzie Bielsko-Biała.

„Jeśli na stadion przyjdzie cztery tysiące kibiców, to zwrócą się koszty organizacji spotkania” – poinformował PAP rzecznik prasowy klubu Marcin Zarębski i dodał, że taki pułap można osiągnąć przy zajęciu czwartej części trybun.

„Wtedy wpływy z biletów pozwolą nam pokryć koszty organizacji. Trzeba jednak pamiętać, że mamy sprzedanych wiele karnetów. Jeśli nadal na obiekt nie będziemy mogli w ogóle wpuszczać fanów, to będziemy zobowiązani oddać pieniądze tym, którzy je wykupili. Możliwość wpuszczenia nawet ograniczonej liczby osób pozwoliłaby nam spełnić swoje zobowiązania” – powiedział.

Jak dodał, obecność widzów ma też niewymierny charakter. „Pomaga drużynie i zapewnia odpowiednią atmosferę na stadionie, co bardzo ważne” – wskazał Zarębski.

Po raz ostatni fani „Górali” mogli oglądać na stadionie swoich ulubieńców w akcji 3 października. Wówczas Podbeskidzie pokonało PGE FKS Stal Mielec 1:0. Na trybunach zasiadło 2 987 kibiców. Trzeba jednak podkreślić, że bielszczanie jesienią grali słabo, a po udanym początku drugiej części sezonu można podejrzewać, że bilety rozchodziłyby się teraz jak ciepłe bułeczki.

Rekord frekwencyjny w tym sezonie ekstraklasy należy do Lecha Poznań. Wrześniowe derby stolicy Wielkopolski z Wartą przy Bułgarskiej obejrzało ponad 17,5 tysiąca kibiców. Jak powiedział PAP rzecznik prasowy „Kolejorza” Maciej Henszel, takich meczów, na których klub realnie zarabiał, było jednak niewiele.

„Chcielibyśmy, by stadiony były otwarte, kibice są dla nas bardzo ważni. Z punktu widzenia ekonomicznego, nie jest to rzecz, która jednak przyniesie wielki zysk. Przy 25 procentach, czyli w naszym przypadku ok. 10 tysięcy kibicach, to albo trochę dokładaliśmy do organizacji meczu, albo wychodziliśmy +na zero+” – tłumaczył.

Henszel zwrócił uwagę, że spora grupa fanów posiadających karnety nie skorzystała z nich, mimo dostępności stadionu.

„W poprzednim sezonie mieliśmy sprzedanych ok. sześciu tysięcy karnetów, ale połowa osób nie korzystała z nich. To wynikało zapewne ze strachu przed pandemią” – ocenił.

Lech jesienią musiał obejść się smakiem, jeśli chodzi o wpływy z biletów na pojedynki w Lidze Europy. Klub już szykował się do uruchomienia sprzedaży (na mecz z Benficą Lizbona przygotowano ok. 10 tys. wejściówek), ale nawrót pandemii COVID-19 sprawił, że wicemistrz Polski grał bez publiczności.

„Wiadomo, że na mecze w Lidze Europy bilety byłyby nieco droższe. Po odliczeniu kosztów, zysk mógłby wynieść około miliona złotych” – wspomniał rzecznik „Kolejorza”.

Jego lokalny rywal – Warta – podejmuje ligowych rywali w Grodzisku Wielkopolskim, oddalonym od Poznania o ok. 50 kilometrów. W rundzie jesiennej odbyły się tam dwa spotkania z udziałem publiczności. Mecz z Lechią Gdańsk obejrzało ok. 2400 osób, a z Piastem Gliwice – 1900. Jak powiedział PAP rzecznik prasowy beniaminka Piotr Leśniowski, mimo wypełnienia pięciotysięcznego stadionu prawie w połowie, klub nie zarabiał na sprzedaży biletów.

„Przy jakichkolwiek ograniczeniach dostępności miejsc, czy to do 25 procent, czy 50, dla nas organizacja meczów jest przedsięwzięciem deficytowym. To wynika też z tego, że gramy w Grodzisku Wielkopolskim, czyli poza siedzibą klubu. Kibice muszą więc dojechać i w związku z tym ponoszą jakieś wydatki. Dlatego też nigdy nie szaleliśmy z cenami biletów, one były stosunkowo tanie. Nigdy nie chcieliśmy przerzucać na naszych sympatyków kosztów organizacji spotkań” – powiedział.

Jak dodał, klub nie może jednak patrzeć na kwestię kibiców na trybunach z perspektywy finansowej.

„Tęsknimy za nimi. Po to rozgrywane są mecze, by oni mogli w nich uczestniczyć. Pod nieobecność kibiców sprzedajemy powierzchnię reklamową, która zlokalizowana jest na trybunach. Jest to jakaś rekompensata za brak wpływów z biletów” – zauważył.

Dariusz Czernik, prezes Górnika Zabrze, którego nowy stadion może pomieścić 24 tys. kibiców, uważa, że temat należy rozpatrywać w dwóch aspektach.

„Po pierwsze – piłka nożna i sport są dla kibiców i obecność każdej liczby fanów to jest dobra wiadomość dla klubu, sportu i wsparcie dla drużyny, którego na boisku często potrzebuje, a w tych czasach byłaby też oznaką powrotu do normalności. To też ważne, bo może małymi kroczkami dojdziemy w końcu do tego, że na mecze będzie chodziło po 15–20 tysięcy ludzi” – powiedział PAP Czernik.

Zaznaczył jednak, że o jakimkolwiek zarobku czy choćby nawet tylko pokryciu kosztów można w Zabrzu mówić dopiero wtedy, kiedy na stadionie jest nieco ponad 10 tysięcy widzów.

„Jak łatwo więc obliczyć, dopiero przy wypełnieniu obiektu Górnika na poziomie 50 procent istnieje jakiejkolwiek pozytywna kalkulacja ekonomiczna. I gdyby od tego pułapu się zaczęło luzowanie obostrzeń pandemicznych, to dla nas byłaby bardzo dobra informacja” – podsumował Czernik.(PAP)

Udostępnij:

Paweł Skutecki

Dziennikarz, działacz społeczny i polityczny. Redaktor naczelny portalu Nasza Polska.

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

eight + 19 =