W warszawskiej burgerowni nie obsłużono ludzi wracających z Marszu dla Życia i Rodziny

Karol Kwiatkowski24 września, 2020111 min

Uczestnikom Marszu dla Życia i Rodziny w Warszawie przydarzyła bardzo przykra przygoda: nie zostali obsłużeni w restauracji, gdyż mieli na sobie naklejkę „Stop aborcji”.

Publikujemy historię zamieszczoną przez Agnieszkę Golańską-Bault w miediach społecznościowych:

„Drodzy! Post będzie dość długi, ale warto przeczytać go do końca. Przetłumaczyłam dla Was z francuskiego tekst, który napisał Marc. Marc jest Francuzem mieszkającym ze swoją żoną Martą w Warszawie. Spotkaliśmy ich na Marszu dla życia i rodziny. Oto co im się przydarzyło w drodze z Marszu do domu.
„Gdy wracaliśmy z marszu dla życia, spotkała nas bardzo przykra przygoda… Pozwolę sobie podzielić się z wami krótką refleksją. Napisałem ją po powrocie.
Po powrocie z marszu dla życia i rodziny w Warszawie, w Polsce. Było nas kilka tysięcy maszerujących spokojnie w obronie, nawet nie wartości, ale po prostu zwykłych oczywistości: dzieci mają prawo się narodzić, mają prawo mieć ojca i matkę, mają prawo do edukacji, która pomoże im w zaakceptowaniu ich naturalnej seksualności i nauczy szacunku do poprzednich pokoleń… Gdyby powiedziano mojej babci, gdy była młoda, że dożyje epoki, w której obrona takich „wartości” wyklucza was i wzbudza nienawiść milionów osób, nie uwierzyłaby.
Na marszu dostaliśmy małą, żółtą naklejkę. Na środku narysowany jest płód w czerwonym kolorze, a pod nim widnieją dwa słowa: „Ratuj mnie!”
Po zakończeniu marszu i końcowym błogosławieństwie następującym po konferencji i mszy świętej, moja żona i ja zdecydowaliśmy się pójść na burgera do małej restauracji znajdującej się nieopodal metra, którym mieliśmy wrócić do domu. Rzeczona restauracja serwuje wegetariańskie burgery i znajduje się w Hali Gwardii. Jest to piękna fabryka z cegieł przekształcona w zadaszony targ, na którym obok stoisk lokalnych rzemieślników działają małe restauracje oraz różne bary typu „street food”. Krótko mówiąc, miejsce dość sympatyczne, choć trochę za bardzo „modne”… Wchodząc, zauważamy wiele wrogich spojrzeń. Wzrok patrzących zatrzymuje się na naszych piersiach, potem krzyżuje ze wzrokiem sąsiadów, wymieniają między sobą jakieś komentarze, potem znów natarczywie się przyglądają z mieszanką pogardy i agresji: nie zdjęliśmy naklejek przyklejonych do naszych ubrań, podarowanych nam na marszu… Na jednym ze stoisk „street food” widzimy słynną „tęczową flagę” z gwiazdą Dawida. Jesteśmy na terytorium wroga. Idąc dalej przez hałaśliwą halę, odczuwamy rosnące w nas poczucie zagrożenia. Gdy czytamy menu, para o nieokreślonej płci śmieje się ostentacyjnie wytykając nas palcem.„Witajcie w krainie tolerancji”, mówię sobie w duchu… Do baru, przy którym stoimy, podchodzi kelner, przygląda się nam uważnie przez swoją antycovidową szybkę z pleksiglasu. Przywitawszy się z nim z uśmiechem, moja żona grzecznie wskazuje kanapkę, którą chce zamówić.
– Kelner:„Czy są Państwo członkami jakiejś organizacji pro-life?”
– Moja żona:„Nie, ale wracamy z marszu dla życia.”
– Kelner:„W takim razie Państwa nie obsłużę”.
Twarz mojej żony przybiera barwy wszystkich kolorów tęczowej flagi, która powiewa w pobliżu. Zamurowało ją. Przejmuję rozmowę: „Bardzo dobrze, w tych okolicznościach, nie chcemy już niczego. Do widzenia.” Biorę moją żonę za rękę, wychodzimy, wciąż oszołomieni wrogością tych ludzi. Wychodząc z fabryki, myślę o tym fragmencie Ewangelii:Gdyby was gdzieś nie chciano przyjąć
i nie chciano słuchać słów waszych,
wychodząc z takiego domu albo miasta,
strząśnijcie proch z nóg waszych.”
Mateusz 10, 14
Zjemy w domu, w spokoju. Na peronie metra znów widzimy te same wrogie spojrzenia. Słyszymy szepty, gdy przechodzimy. Jedna osoba, bez żadnych kompleksów, pokazuje nas palcem. Kilka dni temu, na podobnym peronie metra, dwie lesbijki, obie w bardzo króciutkich szortach i całe w piercingu, całowały się namiętnie. Jedna z nich z dumnie prezentowała swoją torbę w paski w 6 kolorach lobby LGBT. Taki sam tłum, to samo metro: nikt nie ma odwagi spojrzeć. To byłoby homofobiczne. Niech sobie robią co chcą. To ich życie, ich poglądy, ich wybór. Wszyscy starają się je ignorować, dając wyraz „szacunku”. Ale odświętnie ubrana para, on w czarnych spodniach, ona w długiej sukience, która miała odwagę przykleić sobie do ubrania naklejkę o średnicy 6 cm przedstawiającą dziecko, nie…tylko nie to! To jest nie do przyjęcia.
No właśnie, kilka retorycznych pytań do kelnera, o którym mowa powyżej: jeśli nie jesteś pro-file to znaczy, że jesteś pro-death? Dlaczego logo przedstawiające dziecko oburza cię do tego stopnia, że nie chcesz obsłużyć swoich klientów? Wy, którzy żądacie tolerancji od wszystkich tych, którzy nie akceptują dyktatury LGBT+ , dlaczego nie dajecie przykładu?
Czyżby hasła o miłości i tolerancji były skierowane tylko do tych, którzy myślą jak wy?
Dziękuję za ten pokaz hipokryzji.
Jak widać, nie trzeba być czarnym ani homoseksualistą, aby stać się przedmiotem segregacji. Dziś, można nam odmówić kanapki z powodu rysunku kilkucentymetrowego płodu. #ChristianLivesMatter …”

Udostępnij:

Karol Kwiatkowski

Wiceprezes Zarządu Fundacji "Będziem Polakami" - wydawcy Naszej Polski. Dziennikarz, działacz społeczny i polityczny.

One comment

  • raj

    24 września, 2020 at 7:04 pm

    Jak drukarz odmówił drukowania naklejek organizacji LGBT, to prawicowcy go bronili, że miał prawo, że sumienie i tak dalej. Ale jak im samym ktoś odmówił obsługi z powodu poglądów, to wielki płacz. To się nazywa hipokryzja.
    Albo jesteście za tym, że każdy usługodawca ma obowiązek obsłużyć każdego klienta, niezależnie od jego poglądów, albo jesteście za tym, że usługodawca ma prawo sobie wybierać po uważaniu, kogo obsłuży, a kogo nie. Ale wtedy tak samo z jednej, jak i z drugiej strony.

Leave a Reply

Koszyk