Nasza historiaWiadomościHistoria katów Warszawy pokazuje, jak (nie) działał niemiecki system sprawiedliwości

Karol Kwiatkowski1 sierpnia, 20208 min
Potrzebujemy Twojej pomocy, żeby wciąż tworzyć niezależne, wolne media. Jak możesz nam pomóc?

 

Za pomocą Pay Pal'a:
Za pomocą przelewu tradycyjnego:

 

Fundacja „Będziem Polakami”
ul. Podhalańska 3
85-123 Bydgoszcz
PKO BP PL04 1020 1462 0000 7902 0326 0783
Tytuł przelewu: darowizna na cele statutowe

Brak rozliczenia wielu zbrodni niemieckich popełnionych w czasie II wojny światowej jest dla Polski podwójną traumą – mówi PAP szefowa Instytutu Pileckiego w Berlinie Hanna Radziejowska. Historia katów Warszawy pokazuje, jak (nie) działał niemiecki system sprawiedliwości – dodaje.

Za zbrodnie podczas tłumienia Powstania Warszawskiego zostały skazane zaledwie cztery osoby: dwóch żołnierzy dostało w NRD bardzo niskie kary więzienia i dwóch oficerów skazano na początku lat 80. za wydanie rozkazu rozstrzelania więźniów na Rakowieckiej na 9 i 4 lata więzienia – zwraca uwagę Radziejowska.

Głównodowodzący wojsk tłumiących Powstanie, gen. SS Erich von dem Bach, został skazany, ale za morderstwa popełnione w latach 30. Dzieje jego podwładnego, Heinza Reinefartha, zwanego katem Woli, są symbolem braku sprawiedliwości w stosunkach polsko-niemieckich – uważa badaczka.

Ten generał SS, który 4 sierpnia wchodzi do Warszawy i realizuje rozkaz Heinricha Himmlera mordowania wszystkich mieszkańców miasta, po wojnie robi karierę po raz drugi – mówi Radziejowska. Trafia do „niemieckiego Saint-Tropez” na wyspie Sylt na Morzu Północnym, gdzie w latach 50. i 60. jest burmistrzem, potem zostaje posłem do Landtagu i do końca życia jest szanowanym obywatelem – wyjaśnia.

Kierowniczka berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego opowiada, że w 1961 roku, pod wpływem procesu Adolfa Eichmanna w Izraelu, wszczęto śledztwo także wobec Reinefartha. Mimo że postępowanie trwało kilka lat i przesłuchano 1200 świadków, głównie członków oddziałów, które między 5 a 7 sierpnia 1944 roku mordowały 10-15 tys. osób dziennie, zostało ono umorzone.

Przyczyny tego stanu rzeczy Radziejowska tłumaczy tym, że pomimo oczywistej potrzeby zachodnioniemiecki kodeksu karny nie zawierał zapisów o zbrodniach wojennych czy zbrodniach przeciwko ludzkości – w związku z czym wszystkich sądzono z paragrafu 211, dotyczącego morderstwa lub współudziału w morderstwie. Jeśli nie dało się udowodnić, że Reinefarth wydał rozkaz zabijania cywilów, należało dowieść, że chwycił za broń i kogoś zastrzelił, „co przy zbrodni ludobójczej praktycznie nigdy nie jest możliwe” – podkreśla.

„Reinefarth był prawnikiem, bardzo sprawnie się bronił, twierdząc, że nie wydał żadnego rozkazu o mordowaniu, a chociaż sztab miał 200 metrów od miejsca, gdzie zabijano tysiące osób, on sam nic nie słyszał” – historyczka przywołuje zeznania zbrodniarza.

Oprócz tego, nawet jeśli w czasie postępowania ktoś pamiętał, że wydano rozkaz zabijania wszystkich, lub opowiadał szczegółowo o zbrodniach, prokuratorzy odrzucali takie zeznania, np. dlatego że – jak cytuje akta Radziejowska – „widać w tym ostrożnym i zawiłym zeznaniu starszego pana, że pamięć została tu wystawiona na absolutnie zbyt ciężką próbę”.

Brak sprawiedliwości w Niemczech wobec zbrodniarzy był możliwy także – co podkreśla szefowa filii Instytutu – dzięki przychylnemu traktowaniu oskarżonych przez wielu sędziów i prokuratorów powojennego RFN, nierzadko zaangażowanych członków NSDAP w Trzeciej Rzeszy.

Radziejowska wskazuje tutaj na zmiany w praktyce sądowniczej w Niemczech od 2011 roku, widoczne w procesach byłych strażników w obozach koncentracyjnych – Iwana Demianiuka z Sobiboru czy Bruna Deya ze Stutthofu – których sądy mogły skazać za współudział w morderstwach. W przeszłości niemieccy żołnierze, biorący udział w rzezi Woli, zeznawali jako świadkowie, a nie oskarżeni.

To właśnie niedawny proces Deya, skazanego na dwa lata w zawieszeniu, komentowany był w mediach niemieckich jako dowód tego, że „rozliczania powojenne nie udały się” – zauważa badaczka, zaznaczając, że z perspektywy polskiej były one „wyjątkowo nieudane”, bo oprócz Powstania, winni zbrodni w mniejszych miastach nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności, a wiedza o nich nie przedostała się do powszechnej świadomości w Niemczech.

„Zbrodnie popełnione na terenie Polski – niezwiązane z Zagładą Żydów – praktycznie nie były przedmiotem zainteresowania niemieckich śledczych i prokuratorów” – mówi Radziejowska.

Z kolei Polacy po wojnie rozliczali nie tylko ważniejszych zbrodniarzy niemieckich schwytanych w Polsce (lub Polsce przekazanych), ale pomimo komunistycznego reżimu, w wielu procesach skazano na wieloletnie więzienie folksdojczów, szmalcowników czy donosicieli. „Jest to absolutnie nieporównywalne z tym, co stało się w Niemczech, państwie, którego aparat i setki tysięcy urzędników i wojskowych było odpowiedzialnych za zbrodniczą okupację i ludobójstwo, a którzy nigdy nie stanęli przed sądem” – twierdzi rozmówczyni PAP.

Berliński oddział Instytutu Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego, którego głównym celem jest upowszechnianie świadectw i zeznań polskich ofiar, pragnie również przedstawić historię nazistowskich katów. We wrześniu premierę będzie miała przeznaczona dla niemieckiego odbiorcy gra komputerowa, która umożliwia wczucie się w rolę niemieckiego prokuratora z lat 60., ścigającego zbrodniarzy i rozwiązującego historyczne zagadki.

„Ma ona pewne uproszczenia, ale wszystko oparte jest na dokumentach i archiwach, a dotychczasowe próby potwierdzają, że jest wciągająca” – mówi Radziejowska. „Pozwala ona pokazać, jak ważnym elementem budowania demokracji i rozliczania historii jest sprawiedliwość” – dodaje.

Udostępnij:

Karol Kwiatkowski

Wiceprezes Zarządu Fundacji "Będziem Polakami" - wydawcy Naszej Polski. Dziennikarz, działacz społeczny i polityczny.

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

17 − 7 =