Stanisław MichalkiewiczJeremiady na święto demokracji

Stanisław Michalkiewicz Stanisław Michalkiewicz9 lipca, 202012 min

„Gdy w mieście Manila dopadnę goryla, będzie to jego ostatnia chwila” – pisał Cassius Clay, kiedy już został Muhammedem Alim i wybierał się na walkę z Joe Frazierem, którą zresztą wygrał, chociaż nie bez trudu. Podobną sytuację mamy w naszym nieszczęśliwym kraju teraz, kiedy dobiega końca kampania przed drugą turą wyborów prezydenckich.

Obydwaj antagoniści zarzucają sobie rozmaite rzeczy, a najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że wszystkie te zarzuty i oskarżenia mogą być prawdziwe. Na szczęście następnego dnia po wyborach zarówno zwycięzca, jak i pokonany, szczęśliwie o wszystkim zapomną, bo oni wiedzą, że to wszystko, to tylko takie przedstawienie dla publiczności, to znaczy – dla suwerenów, którzy bardzo te wybory przeżywają, doprowadzani przez media zarówno z jednej, jak i z drugiej strony, do stanu całkowitego onieprzytomnienia.

Że główni aktorzy skaczą sobie to oczu, to rzecz oczywista; na tym właśnie polega demokracja, że muszą oni podlizywać się suwerenom, za co potem będą ich bezlitośnie eksploatowali, nie tylko łupiąc podatkami, ale też sprzedając w coraz głębszą niewolę lichwiarskiej międzynarodówce, która właśnie z tego powodu popiera demokrację. Rządy demokratyczne bowiem, muszą być wrażliwe społecznie, to znaczy – muszą od czasu do czasu rzucać suwerenom okruszki ze stołu pańskiego.

Żeby to w ogóle było możliwe, rządy społecznie wrażliwe powiększają dług publiczny, który potem trzeba “obsługiwać” i w ten sposób lichwiarska międzynarodówka z roku na rok powiększa szeregi swoich niewolników, którzy w dodatku nawet nie zdają sobie sprawy ze swojej sytuacji. Czegóż chcieć więcej? Ale na tym nie koniec, bo rozdziobujący okruszki zrzucane im ze stołu pańskiego suwerenowie nawet nie zauważają, jak z roku na rok coraz bardziej uzależniają się ekonomicznie od władzy publicznej.

W tej sytuacji władza publiczna może każdego niepokornego obywatela wyłączyć i to w sensie dosłownym. Tak bywało za pierwszej komuny, czego doświadczyłem na własnej skórze, kiedy to jako wróg ludu pracującego miast i wsi, zostałem pozbawiony kartek nie tylko żywnościowych, ale wszelkich innych. Teraz kartek już nie ma, przynajmniej na razie, ale pan Kościński, minister finansów w rządzie pana premiera Morawieckiego, już nie może się doczekać likwidacji obrotu gotówkowego na rzecz kart płatniczych.

To jeszcze gorsze, niż kartki, bo za pierwszej komuny istniał czarny rynek, gdzie za pieniądze to i owo można było kupić, tylko trochę drożej. Gdyby obrót gotówkowy został zlikwidowany, to byłoby to niemożliwe i mielibyśmy do czynienia z sytuacją opisaną w Apokalipsie św. Jana, że kto nie będzie miał na czole “znamienia Bestii”, czyli ważnej karty płatniczej, nie będzie mógł niczego sprzedać, ani niczego kupić.

Demokracja pod tym względem niczym nie różni się od komuny, może poza tym, że o ile za komuny większość zdawała sobie sprawę z sytuacji, to teraz liczba ludzi mających poczucie rzeczywistości jest już znacznie mniejsza. Przypisuję to podwójnej przyczynie. Po pierwsze, upowszechnia się fałszywe wykształcenie, jako że system edukacyjny nastawiony jest na produkowanie ciemnoty oświeconej. Są bowiem dwa rodzaje ciemnoty: zwyczajna i oświecona.

Ciemnota zwyczajna zdaje sobie sprawę, że jest ciemnotą, więc jest pokorna, ale zarazem ciekawa świata, podczas gdy ciemnota oświecona nie wie, że jest ciemnotą, bo przecież ma dyplom wyższej szkoły gotowania na gazie, więc jest przekonana, że zjadła wszystkie rozumy, jest butna i nie jest ciekawa świata. Gorzej – jest impregnowana na rzeczywistość, gdyż zamiast rzeczywistością, kieruje się doktrynerstwem.

Nie zdaje sobie sprawy, że to doktrynerstwo, to tylko propaganda, wymyślona przez starszych i mądrzejszych gwoli oduraczenia szerokich mas ludowych, a w dodatku w tę własną propagandę wierzy, co jest błędem nie do wybaczenia. W naszą propagandę bowiem mają wierzyć inni – ale przecież nie my! Tymczasem jest odwrotnie, co widać aż nadto wyraźnie w Stanach Zjednoczonych i najbardziej postępowych państwach europejskich, gdzie nauki humanistyczne od dawna balansują na pograniczu rejonów psychiatrii, a nawet granicę tę coraz śmielej przekraczają.

Dlatego też i teraz, pod koniec kampanii widzimy, że coraz więcej obywateli zostało przez niezależne media głównego nurtu doprowadzonych do białej gorączki i jeśli niezawisły Sąd Najwyższy uznałby, dajmy na to, że wybory były nieważne, to z pewnością doszłoby do morderstw i niszczenia mienia na wielką skalę – jak to obserwujemy w Ameryce.

To, nawiasem mówiąc, zaczyna być niebezpieczne z uwagi na to, że kiedy wymrze pokolenie dzisiejszych 70-latków, to na atomowym cynglu położą palec osobnicy pozostający w stanie permanentnej nirwany, a wtedy tylko patrzeć, jak świat może zostać rzucony w otchłań zagłady. Najgorsze w tym wszystkim byłoby to, że nikt nie potrafiłby dać jasnej odpowiedzi, o co właściwie poszło, ani – jak to się mówiło za pierwszej komuny – “o co walczymy, za co zginiemy”.

Obawiam się jednak, że reszta świata, która wprawdzie też wariuje, ale nie w taki beznadziejnie głupi sposób, nie będzie czekała na atomowy Armagedon, tylko do końca podmyje fundamenty łacińskiej cywilizacji i pewnego dnia obudziły się w zupełnie innych warunkach – o ile oczywiście jeszcze zdążymy się obudzić. Mimo wymiaru tragicznego, sytuacja taka miałaby – jak powiedziałby Kukuniek – swoje “plusy dodatnie”. Wspomniał o tym w proroczej wizji Janusz Szpotański, pisząc w nieśmiertelnym poemacie “Bania w Paryżu” o marzeniach palestyńskiego terrorysty Alego Al Khadafa: “Ali nie znosił zaś tych bab. Wnet by ją ubrał w galabiję, spuściłby suce lanie kijem, po czym umieścił ją w haremie pod czujną eunucha strażą.” Wyobraźmy sobie w tej sytuacji pannę Kazimierę Szczukównę, czy “damę i pisarkę”, czyli panią Manuelę Gretkowską. Taki widok niewątpliwie osłodziłby nam udrękę i upokorzenia w bisurmańskiej niewoli.

W tym właśnie kierunku zmierzamy, co warto sobie uświadomić zwłaszcza w “święto demokracji” – jak banda skorumpowanych idiotów nazywa wyborczy amok. Ale w tym szaleństwie jest metoda, co zauważył już dano Karol Marks pisząc, że jeśli chcemy doprowadzić do zwycięstwa komunizmu na świecie, to wystarczy wprowadzić demokrację.

Stanisław Michalkiewicz

Felietony i komentarze nie zawsze odzwierciedlają poglądy i opinie redakcji

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

eleven − 3 =

Posty powiązane