Kamienie, jajka, gaz łzawiący i ostrzegawcze strzały. Tak wyglądał wieczór 2 listopada 2026 r. pod Kijowem, gdzie tłum mieszkańców zaatakował budynek Gwardii Narodowej. Ludzie uwierzyli plotkom, że w środku są przetrzymywani zmobilizowani mężczyźni, których ponoć poddawano torturom. Doszło do tego, że na miejsce musiał przyjechać sam szef Biura Prezydenta Kyryło Budanow. Choć władze mówią o celowej prowokacji, to ta sprawa pokazuje, jak bardzo mobilizacja na Ukrainie zaczyna dzielić społeczeństwo.
Zamieszki w sprawie mobilizacji na Ukrainie
Do wspomnianych starć doszło w Petropawliwskiej Borszczahiwce, miejscowości znajdującej się pod Kijowem. Początkiem tej sytuacji był zalew niepotwierdzonych doniesień, które zaczęły pojawiać się w mediach społecznościowych, że ponoć w piwnicy jednego z prywatnych domów jest przetrzymywanych i bitych ok. 40 mężczyzn. Przed budynkiem zebrał się tłum, który domagał się ich uwolnienia. Dziennikarze „Kyiv Independent” szacują liczebność tłumu od 100 do 200 osób. Wśród protestujących dominowali młodzi mężczyźni, ale pojawiły się też kobiety i nastolatki.
Sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli. Protestujący:
- rzucali w policjantów i żołnierzy jajkami, butelkami, kamieniami i odpalonymi racami
- wybijali szyby w radiowozach i autobusie Gwardii Narodowej
- zablokowali autobus, którym wywożono mężczyzn z budynku
- uszkodzili część muru otaczającego posesję
Gwardziści odpowiedzieli na to gazem łzawiącym i strzałami ostrzegawczymi w powietrze. Tłum został rozpędzony dopiero przed północą przez grupę zamaskowanych mężczyzn. Do dziś nie udało się ustalić, kim byli.
Co było w budynku Gwardii Narodowej
Okazało się, że wspomniany prywatny dom jest wynajmowany przez ukraińską Gwardię Narodową. Należy do jednostki podległej 1. Korpusowi Azow i służy jako punkt przejściowy dla zmobilizowanych mężczyzn, zanim ci trafią na szkolenie podstawowe. Przebywają w nim także żołnierze, którzy wcześniej samowolnie opuścili swoje jednostki.
Dowódca Gwardii Narodowej gen. Ołeksandr Piwnenko przekazał, że czterech mężczyzn, którzy uciekli z jednostki, trafiło do szpitala. Jeden z nich miał mieć złamany kręgosłup. Według Piwnenki 18 pozostałych osób czuło się dobrze. Zmobilizowani mężczyźni przekazali dziennikarzom, że nikt ich nie bił, choć część z nich miała na ciele widoczne ślady pobicia. Gwardia zapowiedziała wewnętrzne śledztwo w tej sprawie. Około 22.00 na miejsce przyjechał Kyryło Budanow. Szef Biura Prezydenta wszedł do budynku i m.in. zajął się 14-letnim chłopcem, który wcześniej wspiął się na ogrodzenie posesji. Według ukraińskich mediów Budanow sam miał dostać w twarz gazem pieprzowym.
Prowokacja czy prawdziwy bunt? Śledztwa w toku
Władze przekonują, że zamieszki były zaplanowane. Informacje o „sali tortur” rozpowszechniała kobieta, która przedstawiała się jako ratowniczka medyczna i przyjechała pod dom prywatną karetką. Portal Slidstvo.Info ustalił, że w rzeczywistości zajmuje się medycyną estetyczną, a firma medyczna, na którą się powoływała, nie działa już od 2023 r. Kobieta została zatrzymana.
To nie koniec, bowiem Służba Bezpieczeństwa Ukrainy zidentyfikowała ok. 100 aktywnych uczestników zamieszek i przeprowadziła u części z nich przeszukania. Wszczęto postępowania m.in. w sprawie utrudniania działań armii i masowych zamieszek. Według SBU celem organizatorów było porwanie pewnego gwardzisty.
Budanow nazwał wydarzenia niedopuszczalnymi i stwierdził, że tak naprawdę nie doszłoby do nich bez wpływu z zewnątrz. Nie wskazał jednak, kto miałby za tym stać.
Wczorajsze wydarzenia w Petropawliwskiej Borszczahiwce są nie do przyjęcia dla państwa i podważają jedność Ukraińców (tłumaczenie redakcji).
Kyryło Budanow, szef Biura Prezydenta Ukrainy, 3 listopada 2026 r.
„Kyiv Independent” zwraca jednak uwagę, że do 3 listopada nie pojawiły się oficjalne dowody na udział Rosji. Widać było za to ślady przeprowadzania operacji informacyjnej. Historię o torturowanych nastolatkach podchwyciły kanały na Telegramie, a zdjęcia chłopca udostępniła m.in. liderka niemieckiej AfD Alice Weidel.
Mobilizacja na Ukrainie. Ten problem narasta od lat
Nawet jeśli była to prowokacja, to trafiła na podatny grunt. Chodzi bowiem o to, że przymusowa mobilizacja na Ukrainie od dawna budzi głośny sprzeciw wśród tamtejszej ludności. Najwięcej emocji wywołuje tzw. busyfikacja. Jest to zjawisko polegające na tym, że pracownicy terytorialnych centrów rekrutacji (TCK) zatrzymują mężczyzn na ulicach, w sklepach czy w samochodach i siłą wsadzają ich do busów. Nagrania z takich akcji regularnie krążą w sieci.
Skalę problemu pokazują oficjalne dane. W styczniu 2026 r. ówczesny minister obrony Mychajło Fedorow przyznał, że:
- ok. 200 tys. żołnierzy samowolnie opuściło jednostki
- ok. 2 mln mężczyzn jest poszukiwanych za uchylanie się od mobilizacji
Mimo to wojsko potrzebuje nowych ludzi. Rada Najwyższa pod koniec października po raz kolejny przedłużyła stan wojenny i mobilizację, tym razem do 29 stycznia 2027 r. Wynika to bowiem z faktu, że ukraińska armia w dalszym ciągu ponosi ogromne straty na froncie.
Co dalej z mobilizacją na Ukrainie
Ukraińców najbardziej oburza brutalność przy poborze, brak rotacji na froncie i poczucie niesprawiedliwości. Bogatsi i lepiej ustosunkowani obywatele częściej unikają służby, a mobilizacja najmocniej uderza w biedniejszych.
Nie oznacza to jednak, że Ukraińcy nie chcą walczyć za swoją ojczyznę czy wolą się poddać. Jak wynika z sondażu KIIS z końca października, aż 63 proc. badanych jest gotowych znosić wojnę tak długo, jak będzie trzeba. Krytyka dotyczy więc sposobu, w jaki państwo ukraińskie prowadzi mobilizację, a nie samej obrony kraju. Dla Kijowa to jednak poważny sygnał ostrzegawczy. Bez reformy poboru napięcia będą rosły, a Rosja chętnie to wykorzysta, aby podburzać nastroje przeciwko Zełenskiemu.


