Wybory samorządowe mają swoją specyfikę: mimo znacznego upartyjnienia liczą się
w nich także kandydaci niereprezentujący ogólnopolskich ugrupowań. W tym roku
najlepiej to widać w przypadku głosowania na prezydentów miast, burmistrzów i
wójtów. Duża część włodarzy miast i gmin, którzy zapewnili sobie reelekcję już w
pierwszej turze, to kandydaci bezpartyjni (choć oczywiście każdy z nich wywodzi
się z jakiegoś środowiska). Za ich sukcesami szły też często dobre wyniki
stworzonych przez nich lokalnych komitetów. Dlatego nie ma sensu porównywanie
wyników wyborów z 21 listopada z ostatnimi wyborami parlamentarnymi czy
prezydenckimi i wyciąganie stąd wniosku o sukcesie lub porażce danego
ugrupowania.
Ponieważ wybory służą wyłonieniu organów władzy, jedynym kryterium oceny siły
ugrupowań powinno być zdobycie przez nie owej władzy. Pod tym względem
najbardziej miarodajne wydają się wybory do sejmików wojewódzkich, które
stanowią swoiste mini-parlamenty, dysponujące dużą władzą i środkami
finansowymi. Sejmików mamy 16 i niebawem we wszystkich dojdzie do nowego
„rozdania kart”: zawiązywania koalicji oraz wyborów marszałków i zarządów
województw. Oczywiście różne rzeczy mogą się jeszcze zdarzyć, ale podział
mandatów jest znany i już dziś bez większej pomyłki możemy przewidzieć, kto
będzie rządził Polską wojewódzką.
Sukcesy i porażki PO
Największą liczbę głosów, a zatem i mandatów w sejmikach, zdobyła Platforma
Obywatelska. Ale w tych wyborach zdobyła coś więcej: najpewniej będzie rządziła
we wszystkich województwach. A właściwie współrządziła, bo samodzielną władzę
utrzymała jedynie na Pomorzu – w mateczniku Donalda Tuska i Sławomira Nowaka,
który kieruje tamtejszą PO. W pozostałych sejmikach Platforma musi zawrzeć
koalicje.
Przeczytaj również: Rozwój Plus Morawieckiego ma klub parlamentarny. Rozłam w PiS
Wybory samorządowe pokazały, że są regiony, gdzie partia Tuska ma bardzo silną
pozycję (oprócz Pomorza – Dolny Śląsk, Lubuskie, Opolszczyzna, Pomorze
Zachodnie, Warmia i Mazury, Wielkopolska, Śląsk, Kujawy, a więc Polska północna
i zachodnia), zaś w pozostałych jest słabsza, lecz nie na tyle, by nie trzeba
było się z nią liczyć. Bastionem PO są przede wszystkim duże miasta, których
mieszkańcy swoimi głosami potrafią co najmniej zrównoważyć poparcie wsi i małych
miasteczek dla innych ugrupowań – jak to miało miejsce na Mazowszu i ziemi
łódzkiej, gdzie bez Warszawy i Łodzi Platforma nie miałaby szans na zwycięstwo w
sejmikach.
Podobną sytuację możemy obserwować w Małopolsce, tyle że tam dodatkowym atutem
PO są silne związki z kurią krakowską: liderami poszczególnych list do sejmiku
byli m.in. Barbara Dziwisz (bratanica kardynała) i Marek Sowa (brat ks.
Kazimierza Sowy, szefa kanału Religia.tv), wojewodą i kandydatem na prezydenta
Krakowa – Stanisław Kracik (brat ks. Jana Kracika, wykładowcy krakowskiego
Uniwersytetu Papieskiego), a nad wszystkim sprawuje pieczę szef małopolskiej
Platformy, poseł Ireneusz Raś (brat ks. Dariusza Rasia, osobistego sekretarza
kard. Dziwisza). Chyba żadna inna partia w żadnym innym regionie nie ma tak
silnych powiązań z hierarchią kościelną, co oczywiście musi przynosić sukcesy w
tak konserwatywnym województwie.
Są też miejsca, gdzie nadmierna pewność siebie działaczy Platformy odbiła się
negatywnie na ich wyniku. Na Dolnym Śląsku Grzegorz Schetyna już kilka lat temu
rozpoczął brutalną wojnę z prezydentem Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem, którego
wcześniej popierał. W efekcie Dutkiewicz nie tylko bez problemu wygrał w
pierwszej turze, nokautując próbującego z nim konkurować posła PO Sławomira
Piechotę, ale także sukces odniosła jego lista do sejmiku i teraz Schetyna
będzie musiał zawrzeć z koalicję ze swym rywalem. Wystawianie mało znanych
polityków Platformy przeciwko popularnym prezydentom miast to zresztą częsty
błąd tej partii, skutkujący znacznym spadkiem poparcia nawet tam, gdzie partia
Tuska zawsze była silna (np. Poznań, Katowice, Gliwice, Gdynia). Szczególnie
wymowna jest klęska byłego szefa komisji hazardowej, posła Mirosława Sekuły,
który zdobył z górą 5 razy mniej głosów niż urzędująca bezpartyjna prezydent
Zabrza.
Polecamy także: Grzegorz Lorek wraca do PiS. Kim jest poseł z Piotrkowa?
Szczęśliwi ludowcy, nieszczęśliwa lewica
Nie ulega wątpliwości, że najbardziej atrakcyjnym partnerem w sejmikach będzie
Polskie Stronnictwo Ludowe – jedyna partia, z którą są w stanie zawierać
koalicje wszystkie inne ugrupowania. To zaś oznacza, że niemal w całej Polsce
(poza Pomorzem) ludowcy znajdą się u władzy – przynajmniej na szczeblu
wicemarszałków, a w kilku przypadkach także w fotelach marszałkowskich.
Włodarzem Mazowsza pozostanie zatem Adam Struzik (rządzący tym największym
województwem od 2001 r.!), a województwa świętokrzyskiego – Adam Jarubas (będzie
to jego druga kadencja). Kolejni marszałkowie z PSL pojawią się zapewne na
Lubelszczyźnie, Podlasiu i Podkarpaciu. Taką cenę będzie musiała zapłacić
Platforma za to, by ludowcy podzielili się władzą z nią, a nie z bardzo silnym w
tych regionach PiS. I zapłaci, bo premier Tusk bezwzględnie chce utrwalić
koalicję rządową zarówno w Warszawie, jak i w terenie.
Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Kim są maślarze i kim są harcerze
Mimo zbliżonego do PSL wyniku ogólnego – a wielu województwach nawet lepszego –
Sojusz Lewicy Demokratycznej najpewniej okaże się wielkim przegranym tych
wyborów. Radni SLD zasiądą oczywiście we wszystkich sejmikach, ale nigdzie nie
zdobędą fotela marszałka, zaś funkcje wicemarszałków raczej sporadycznie (np. na
Podkarpaciu). Jakimś pocieszeniem dla postkomunistów może być utrzymanie
własnych prezydentów w Rzeszowie, Toruniu, Zielonej Górze, Gorzowie Wlkp.,
Legnicy, Chełmie, Świnoujściu, a po II turze być może w Krakowie, Sosnowcu,
Dąbrowie Górniczej (jedynym nowym nabytkiem będzie zapewne Częstochowa). Jednak
w większości samorządów partia Grzegorza Napieralskiego pozostanie opozycją, co
umożliwi dalszą wegetację jej aparatu, ale nie da możliwości realnego
korzystania z profitów władzy.
Piąta przegrana PiS
Jak w tym kontekście ocenić rezultat Prawa i Sprawiedliwości? Niestety, na nic
się tu nie zdadzą zaklęcia prezesa Jarosława Kaczyńskiego i jego podwładnych, że
„prawie wygrali te wybory”, a tylko akcja rozłamowa stanęła temu na
przeszkodzie. Pomińmy już „drobny szczegół”, że w ogólnym bilansie wyborów
wojewódzkich Platforma uzyskała ponad 8 proc. głosów więcej niż PiS (wątpliwe,
by aż taką siłę oddziaływania miała pani Kluzik-Rostowska). Kluczowym faktem
jest to, że PiS nie zdobędzie władzy w żadnym z sejmików, nawet tam, gdzie
zdecydowanie pokonał PO: na Podkarpaciu czy Lubelszczyźnie. Nie dysponując
nigdzie samodzielną większością, partia Kaczyńskiego zdana jest na łaskę
ludowców, ci zaś akurat w tych regionach nie mają najmniejszej ochoty dzielić
się władzą z PiS. I to nawet nie z powodu jakichś szczególnych uprzedzeń, ale z
czystej kalkulacji: wybory 21 listopada pokazały bowiem, że PiS jest w coraz
większym stopniu partią mieszkańców wsi i miasteczek, czyli naturalną
konkurencją dla PSL. Z tego punktu widzenia to Platforma jako partia
wielkomiejska nie stanowi dla ludowców większego zagrożenia. Dlatego lider
podkarpackiego PSL Jan Bury (notabene wiceminister skarbu) już zaczął
konstruowanie trójkoalicji z PO i SLD, która odsunie od władzy PiS w tym jedynym
województwie, gdzie dotąd rządziło.
Jeżeli Platforma wygrała te wybory (podobnie jak cztery poprzednie, czyli
wszystkie od 2006 r.) dzięki wielkim miastom, to PiS je przegrał właśnie wskutek
słabości w wielkich miastach, pomimo dużego poparcia na wsi i mniejszych
ośrodkach miejskich. Charakterystyczne są sukcesy PiS-owskich prezydentów
Siedlec czy Ostrołęki, a w II turze zapewne także Radomia i Płocka. To jednak
bardzo krótka lista, która po 5 grudnia być może wydłuży się o kilka pozycji,
ale nie zmieni to faktu, że spośród miast wojewódzkich jedynie w Lublinie
kandydat PiS przeszedł do drugiej tury. W pozostałych ośrodkach partia
Kaczyńskiego nawet nie otarła się o władzę.
Paweł Siergiejczyk
Artykuł ukazał się w tygodniku “Nasza Polska” nr 48 (787) z 30 listopada 2010r.



