Artykuł stanowi krytyczne podsumowanie dziesięciu lat członkostwa Polski w Unii Europejskiej. W opozycji do rządowo-medialnej narracji o „skoku cywilizacyjnym” autor wylicza koszty integracji: masową emigrację zarobkową, katastrofę demograficzną, wyprzedaż polskiej ziemi cudzoziemcom, deindustrializację, niszczenie rolnictwa, ukryte bezrobocie, gwałtowny wzrost cen żywności i energii oraz postępujący demontaż instytucji państwa.
Minęło 10 lat od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Zgodnie z rządowo-medialną propagandą była to dekada gigantycznego skoku cywilizacyjnego, w trakcie którego nasz kraj z zacofanego i biednego przeobraził się w kwitnące, nowoczesne państwo o dynamicznie rozwijającej się gospodarce i infrastrukturze.
Nie da się oczywiście zaprzeczyć, że napływ unijnych funduszy – mimo częstych kłopotów z ich wykorzystaniem, rozmaitych afer, nieprawidłowości i nadużyć – istotnie przyczynił się do odnowy szeroko rozumianej infrastruktury w Polsce. Z unijnych dotacji, dofinansowań czy kredytów skorzystało też bardzo wiele małych i średnich przedsiębiorstw.
Skoro jednak jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Jeśli bowiem jako główną korzyść z przystąpienia do UE 92 proc. zapytanych przedstawicieli polskich samorządów wymienia „ułatwienia przekraczania granicy” i „brak kolejek na granicach”, a na drugim miejscu (86 proc.) – „możliwość podjęcia pracy w innym państwie UE”, to chyba aż tak bajecznej rzeczywistości w kraju jednak nie mamy. Dodajmy, że zdaniem 86 proc. badanych samorządowców największą grupą, która na integracji skorzystała, są… politycy.
Więcej na ten temat w tekście: Wyższy ryczałt dla przedsiębiorców od 2027 r. Kto zapłaci więcej?
Niepodważalnym faktem jest bowiem, że wszystkie „korzyści” płynące z UE do Polski zostały z góry opłacone ogromnymi kosztami ekonomicznymi, społecznymi, cywilizacyjnymi i politycznymi. Teraz, przed wyborami do Europarlamentu, premier Tusk w spotach wyborczych przekonuje, że interes Polski i wzmacnianie naszej suwerenności są tożsame z… pogłębianiem integracji i poszerzaniem kompetencji unijnych. Czy można wymyślić większy absurd?
Emigracja zarobkowa i katastrofa demograficzna
To główny koszt przystąpienia Polski do UE – bardzo znaczący, złożony i automatycznie pociągający za sobą wiele innych niekorzystnych następstw. 2,17 mln – tylu Polaków przebywa na emigracji dłużej niż 3 miesiące. Prawie 80 proc. z nich to jednak emigranci długookresowi, czyli tacy, którzy za granicą spędzają co najmniej rok. Od wejścia Polski do UE liczba emigrantów wzrosła o ponad 1,1 mln! I co roku systematycznie rośnie. Obrazowo można to ująć tak: każdego roku znika z Polski jedno miasto liczące co najmniej 50 tys. mieszkańców.
Emigracja Polaków – przede wszystkim młodych, w wieku rozrodczym i produkcyjnym, często wykształconych, przedsiębiorczych i zaradnych – to rzecz jasna również negatywne skutki gospodarcze dla kraju. Emigracja wytwarza spory odsetek PKB państwa goszczącego. Tam płaci podatki, robi zakupy, opłaca rachunki i czynsze. Wprawdzie część zarobków wraca do rodzin w Polsce, ale nie przekłada się to korzystnie na wzrost polskiego PKB ani na rozkręcanie gospodarki, ponieważ odbiorcy tych środków są na tyle ubodzy, że nie inwestują ich choćby we własną działalność gospodarczą, lecz przeznaczają na bieżącą konsumpcję.
Pod względem demograficznym trend ostatnich lat z całą stanowczością można nazwać katastrofą. Polska wymiera, rozpadają się rodziny, liczba nowo narodzonych dzieci spada o kilkadziesiąt tysięcy rocznie, społeczeństwo się starzeje – a wszystko to w dużej mierze konsekwencje fali emigracji zarobkowej młodych Polaków. W wielu regionach kraju mamy już do czynienia z depopulacją, wywołaną emigracją i niskim wskaźnikiem urodzeń. Wpływa to nie tylko na społeczeństwo, ale i na gospodarkę oraz przyszły obraz województw, z których wyjechało najwięcej ludzi w stosunku do faktycznej liczby mieszkańców: Opolszczyzny (10,6 proc. ludności), Podlasia (9,1 proc.), Podkarpacia (8,4 proc.) czy Warmii i Mazur (7,5 proc.).
Społeczeństwo polskie się starzeje. W 2012 r. najliczniejszą grupę stanowił przedział wiekowy 30-34 lata (3,2 mln), na drugim miejscu był przedział 25-29 lat (3,09 mln), na trzecim jednak już 55-59 lat (2,93 mln), a na czwartym 50-54 lata (2,65 mln). Trend od lat jest niekorzystny: spada liczba dzieci, wydłuża się przeciętna długość życia, rośnie odsetek ludzi starszych i w wieku poprodukcyjnym. Nie jest to bynajmniej – jak próbują nam wmówić politycy i mainstreamowe media – pochodna ogólnoeuropejskich trendów. Polki bowiem rodzą dzieci, tyle że za granicą: tam, gdzie są dobre warunki życia, dobre zarobki, odpowiedni dostęp do przedszkoli, szkół i służby zdrowia. Wśród Polek na emigracji wskaźnik urodzeń jest aż 2,5 razy wyższy niż w kraju – i niestety nie należy oczekiwać, by ci Polacy wrócili wraz z dziećmi na stałe do Polski w najbliższych latach. Główną przyczyną takiego obrazu polskiego społeczeństwa jest trudna sytuacja na rynku pracy, a przez to i sytuacja materialna. Według wszelkich prognoz trend ten ma się utrzymać: w 2030 r. najliczniejszą grupą ma być przedział 40-60 lat, a na drugim miejscu przedział 65-75 lat. Do 2035 r. liczba ludności kraju ma zmaleć o dodatkowe 2,5 mln. Taki stan określa się mianem katastrofy demograficznej.
Przy okazji emigracji zarobkowej rozpadają się także rodziny. Nie ma wątpliwości, że jest to z nią powiązane – największy wzrost liczby rozwodów notuje się bowiem w województwach dotkniętych największym odsetkiem emigrantów. W latach 2004-2011 doszło w Polsce do prawie 520 tys. rozwodów, a więc ten 7-letni okres członkostwa w UE „zapewnił” nam aż 52 proc. wszystkich rozwodów od 1990 r.! Diabelskie koło się zamyka: emigracja może prowadzić do rozwodu, a rozwód – do zmniejszenia liczby narodzin dzieci…
Wyprzedaż ziemi, upadek przemysłu i niszczenie rolnictwa
Niestety potwierdzają się czarne wizje sprzed referendum, dotyczące wykupu ziemi w Polsce przez Niemców. Oficjalnie wprawdzie cudzoziemcy nabywają minimalne areały: od końca 1999 r. do 2012 r. mieli kupić, według informacji MSW, 45,94 tys. ha, czyli ok. 0,15 proc. powierzchni kraju. Jak jednak wykazała NIK w opublikowanym niedawno raporcie, dane MSW są aż czterokrotnie zaniżone. Nie obejmują bowiem spółek z udziałem kapitału zagranicznego, które wykupują grunty w Polsce. Procedura wygląda zwykle tak, że początkowo kapitał zagraniczny takiej spółki stanowi udział mniejszościowy, ale po nabyciu przez nią ziemi inwestor zagraniczny przejmuje kolejne udziały, w efekcie czego grunty de facto trafiają w obce ręce. Inną powszechnie stosowaną metodą jest wykupywanie ziemi przez tzw. słupy, czyli osoby podstawione, które po nabyciu gruntów państwowych czy samorządowych odstępują je obywatelom innych państw. Wykup dotyczy głównie obszarów zachodniej i północnej Polski, a kupują przede wszystkim Niemcy, Holendrzy, a także Ukraińcy. Według NIK, w województwach dolnośląskim i zachodniopomorskim w samym 2012 r. spółki zależne od kapitału zagranicznego nabyły łącznie ponad 6 tys. ha gruntów.
Na razie skala wykupu ziemi nie jest zatrważająca. Bardziej niepokoi obojętność polskich władz wobec tej sprawy oraz zatajanie części transakcji poprzez niejasne stosunki i układy między zagranicznymi firmami a przekupionymi polskimi pośrednikami. A przecież w 2016 r. minie 12-letni okres ochronny na zupełnie swobodny wykup polskiej ziemi! Dlatego PiS chce wprowadzenia specjalnej ustawy, zgodnie z którą nabywca ziemi w Polsce musiałby przez kilkanaście lat osobiście prowadzić gospodarstwo. Szanse na takie restrykcje przy obecnym układzie sił politycznych są jednak znikome. Od grudnia 2013 r. w Szczecinie trwały protesty rolników w związku ze sprzedażą ziemi przez Agencję Nieruchomości Rolnych podstawionym osobom reprezentującym zagraniczne firmy. Polscy rolnicy nie są bowiem w stanie konkurować z wielkimi zagranicznymi podmiotami.
Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Polacy w Niemczech: jest nas 2,2 miliona. Od 1940 roku nie jesteśmy uznawani za mniejszość narodową
Władza przekonuje nas oczywiście, że na tle innych państw UE polska gospodarka ma się całkiem nieźle, że mamy wzrost PKB, polski przemysł produkuje i eksportuje coraz więcej, a bezrobocie jest niższe niż w niektórych krajach starej Unii. To prawda – tyle że „polski” przemysł znajduje się w rękach zagranicznych, Polacy są jedynie tanią siłą roboczą, a na rolnictwo Unia nałożyła drakońskie limity produkcyjne.
Przystąpienie do UE tylko pogłębiło proces radykalnej deindustrializacji Polski, zapoczątkowany po 1989 r. Kolejne rządy przekonywały, że zamykanie zakładów wymusił zwykły rachunek ekonomiczny, że gospodarka PRL rządziła się prawami politycznymi, że nie odpowiadała wymogom wolnego rynku itd. Tymi hasłami nie da się jednak wytłumaczyć całego procesu doprowadzania polskiego przemysłu do ruiny. Upadały najlepsze i największe zakłady, fabryki o nierzadko ponadstuletniej tradycji; rujnowano, zamykano, dzielono i wyprzedawano stocznie, huty, kopalnie i fabryki. Wraz z upadkiem przemysłu wymierają też duże i średnie miasta – sztandarowym przykładem jest Łódź, której mieszkańcy masowo wyjeżdżają do Wielkiej Brytanii. Populacja jednego z najdynamiczniej niegdyś rozwijających się ośrodków i drugiego miasta Polski (854 tys. mieszkańców w 1989 r.) ma w ciągu 20 lat spaść o co najmniej 150 tys., wracając tym samym do poziomu… sprzed I wojny światowej.
Do 2013 r. w wyniku likwidacji zakładów przepadło w kraju ponad 1 mln miejsc pracy. Liczba zlikwidowanych zakładów w Polsce przewyższyła skalę likwidacji przemysłu w każdym innym kraju Europy. Systematycznie spada liczba zatrudnionych w przemyśle oraz liczba zakładów – i bynajmniej nie tylko wskutek ich sytuacji ekonomicznej, ale także gier rynkowych, spekulacji i co najmniej podejrzanej prywatyzacji. Zlikwidowano przemysł elektroniczny, konsumpcyjny i połowę przemysłu lekkiego. Co ciekawe, najwięcej zakładów pozamykano w województwach zachodnich, południowo- i północno-zachodnich. Eksperci od biznesu i polityki gospodarczej podkreślają, że to, co stało się w Polsce najpierw po 1989 r., a w drugiej fazie po 2004 r., jest „typowe dla rekolonializmu, tym razem przeprowadzonego przez korporacje”. Sytuacja w Polsce (i po części w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej) przypomina tę w byłych afrykańskich koloniach tuż po ogłoszeniu przez nie niepodległości. Chodzi o ustawioną, nieuczciwą prywatyzację, wyprzedaż cementowni, fabryk, cukrowni i zakładów przetwórstwa rolnego za zaniżone kwoty w ręce korporacji zagranicznych i ponadnarodowych, których celem było wyeliminowanie polskiej konkurencji i które po pewnym czasie przystąpiły do faktycznej likwidacji kupionych fabryk. Te zaś zakłady, które w Polsce istnieją, mają właścicieli za granicą – a ci co roku wywożą z kraju 40-80 mld zł zysków. Niekorzystna jest również struktura istniejącego przemysłu: wciąż spada udział przemysłu wysokiej techniki, obecnie niższy niż w 1989 r.! W tzw. Gospodarce Opartej na Wiedzy pracuje zaledwie 9 proc. zatrudnionych w przemyśle. W 2013 r. w Polsce był 1 mln dobrze wykształconych pracowników przemysłu – w 2030 r. będzie ich 4 mln. Jeśli nie znajdą pracy w kraju, wyjadą…
Polska wieś to symbol tradycji, wiary, polskości i patriotyzmu, szacunku i przywiązania do natury. Taka wieś z polskiego krajobrazu znika. Kiedyś przeludniona i rozdrobniona, dziś się kurczy. Spada liczba gospodarstw rolnych, spada produkcja, maleje obszar użytków rolnych i zasiewów, kurczy się pogłowie krów, świń i owiec… Wsie rolnicze wymierają lub przekształcają się w osiedla dla ludzi pracujących w miastach. Według danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – Państwowego Instytutu Badawczego, w 2013 r. 700 tys. polskich gospodarstw rolnych stało na skraju bankructwa, a jedynie 16 proc. z nich skorzystało na wejściu do UE i jest w stanie konkurować na unijnym rynku.
Temat kontynuujemy w artykule: 42 na 50 pracowało nielegalnie. Straż Graniczna prześwietliła agencję, która ściągała ludzi z drugiego końca świata
System unijnych dopłat dla rolników działa, ale do tej pory nie udało się wyrównać ich poziomu. Polscy rolnicy są w gorszej sytuacji niż zachodni – otrzymują mniej pieniędzy. Procedury ubiegania się o nie są skomplikowane, a unijne dopłaty trafiają niestety również w nieodpowiednie ręce, utrwalając patologiczny obraz bezrobocia, alkoholizmu i przestępczości na terenach popegeerowskich. Zniknęła za to państwowa interwencja podtrzymująca opłacalność produkcji rolnej. Nie ma interwencyjnego skupu mięsa, a polskie rolnictwo jest o wiele bardziej uzależnione od sytuacji na rynkach międzynarodowych niż przed wejściem do UE. Władza państwowa jest bezradna – z jednej strony wobec taniej, dotowanej żywności spoza UE, z drugiej wobec wielkich, przemysłowych producentów żywności z bogatych krajów Unii, a z trzeciej wobec politycznych represji uderzających w polskich eksporterów rolnych. Unia z kolei nie zamierza bronić polskiego rolnictwa przed embargami z Rosji, Białorusi i Ukrainy, odchodzi od wspierania rolnictwa na rzecz programów „proekologicznych” i wspierania „rozwoju cywilizacyjnego” wsi. Tendencja zmierza ku stworzeniu „rolnictwa bez rolnika”, do czego może doprowadzić wprowadzenie upraw roślin genetycznie modyfikowanych (GMO).
Bezrobocie, drożyzna i demontaż państwa
Oficjalne dane GUS nie odzwierciedlają faktycznego stanu rzeczy, obejmują bowiem wyłącznie osoby zarejestrowane w urzędach pracy jako bezrobotne. Powszechnie wiadomo zaś, że 2,17 mln Polaków wyjechało za granicę w celach zarobkowych, a pod względem rozmiarów „szarej strefy” Polska plasuje się w europejskiej „Top 10″. Im biedniejsze społeczeństwo i im więcej biurokratycznych barier oraz regulacji, tym większa szara strefa. W Polsce jej obroty szacuje się na 400 mld zł rocznie (dla porównania: planowane wydatki budżetowe na 2014 r. to 325 mld zł, a planowane wpływy – 277 mld zł). W każdym razie setki tysięcy osób w Polsce z pewnością pracuje „na czarno”, bo to dla nich jedyna alternatywa wobec bezrobocia. Jego poziom w 2003 r. wynosił 20 proc., spadł do 9,5 proc. w 2008 r. i od tego czasu znów rośnie (13,6 proc. w 2013 r., a w lutym br. już ok. 14 proc.). Gdyby nie emigracja zarobkowa i „szara strefa”, mielibyśmy w Polsce bezrobocie na poziomie 20-25 proc., co oznaczałoby kryzys porównywalny z hiszpańskim czy greckim.
Oficjalne dane mówią, że inflacja w Polsce od przystąpienia do UE utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie lub nawet spada. W 2004 r. wynosiła 3,5 proc., następnie spadła do 1,0 proc. w 2006 r., by znów wzrosnąć aż do 4,3 proc. w 2011 r., a potem dość mocno obniżyć się do 3,7 proc. w 2012 r. i nawet do 0,9 proc. w 2013 r.
Tyle statystyka – a teraz czas na realny wzrost cen najważniejszych artykułów codziennego użytku, czyli głównie żywności. Tylko w okresie od 2007 r. (nota bene to początek rządów PO) do 2012 r. cena chleba wzrosła średnio o 35 proc., mięsa wołowego o 42 proc., cukru o 35 proc., jaj o 39 proc., prądu o ponad 46 proc., gazu ziemnego o prawie 35 proc., a benzyny o prawie 30 proc. Spójrzmy jednak jeszcze dalej: jak wygląda realna zmiana cen różnych produktów według danych GUS? W 2004 r. chleb żytni kosztował 1,30 zł, w 2013 r. już 2,30 zł – wzrost o 77 proc.! Mąka pszenna w 2004 r. kosztowała 1,50 zł, a w 2013 r. 2,40 zł (choć w niektórych sklepach można spotkać i cenę 3,29 zł) – wzrost o 60 proc.! Wołowina: 11 zł za kg w 2004 r., 26,2 zł w 2013 r. – wzrost o 138 proc.! Wieprzowina w ciągu dekady członkostwa zdrożała o 30 proc., jaja kurze o 46 proc., mleko o 100 proc. (!), mięso drobiowe o 48 proc., masło o 57 proc., cukier o 100 proc., olej o 56 proc., prąd o 63 proc., centralne ogrzewanie za m kw. (według GUS) aż o 1100 proc. (!), wizyta u lekarza specjalisty o 64 proc., benzyna o 58 proc., bilety do kina o 50 proc. i o tyle samo bilety komunikacji miejskiej.
Dane te są zatrważające, ale potwierdzi je chyba każdy przeciętny Polak, który na co dzień robi zakupy, płaci rachunki i tankuje samochód. Skąd zatem taka rozbieżność między realnym wzrostem cen a oficjalną stopą inflacji? Faktyczny wzrost wynagrodzeń i emerytur z pewnością takich dysproporcji nie tłumaczy. Niektórzy czytelnicy zapewne pamiętają, jak w minionym systemie władza chwaliła się, że to nic, iż zdrożały chleb, mięso i jaja, skoro jednocześnie tak bardzo potaniały lokomotywy, silniki odrzutowe i statki pełnomorskie. Wtedy jednak takie sytuacje kończyły się zwykle protestami i strajkami…
Zatrważający jest również poziom biedy i ubóstwa w Polsce: w 1998 r. odsetek osób żyjących poniżej minimum egzystencji (519 zł miesięcznie na gospodarstwo 1-osobowe, 1771,96 zł na gospodarstwo 4-osobowe) wynosił 5,6 proc. W 2002 r. – 11,1 proc., w 2011 – ok. 12 proc. Według GUS rośnie także głębokość ubóstwa oraz pogłębiają się różnice dochodowe i społeczne. Subiektywnie zaś aż 27 proc. Polaków uważa, że żyje poniżej granicy ubóstwa (w 2011 r. – 1770 zł)!
Na koniec kilka słów o ogólnym obrazie państwa polskiego 10 lat po przystąpieniu do UE. Najkrócej rzecz ujmując: to państwo się zwija, cofa w rozwoju cywilizacyjnym, kurczy i ogranicza. Wzrost kompetencji unijnych idzie w parze z regresem państwa. Z polskiego krajobrazu znikają szkoły i przedszkola, sądy i urzędy pocztowe, posterunki policji i Straży Granicznej, biblioteki, przychodnie, dworce kolejowe i autobusowe. Nie wszystko podlega oczywiście bezpośrednio aparatowi państwowemu – wiele instytucji przejęły samorządy. Generalnie jednak mamy do czynienia z kurczeniem się sfery publicznej, która ma służyć ogółowi obywateli. Zmierzamy do modelu organizacji społeczeństwa opartego na zasadach rynkowych, kapitalistycznych prawach popytu, podaży, zysków i strat – i dzieje się tak niestety w obszarach, których absolutnie nie powinno się mierzyć kryteriami ekonomicznymi.
Unia natomiast coraz głębiej ingeruje w codzienne życie każdego Polaka. Reguluje nie tylko kwestie gospodarcze i prawne, ale zmierza też do kontroli naszych myśli i poglądów. Ideologiczna indoktrynacja jest wszechobecna, zalecenia i dyrektywy Unii realizowane są w programach szkolnych i przedszkolnych, w kulturze masowej, w mediach. Sprawa ideologii gender to tylko wierzchołek góry lodowej, szczególnie aktualny i głośny w ostatnim czasie.
Michał Soska




