Prof. M. Wołos: Armia Andersa od początku była dla Stalina wielkim problemem

Karol Kwiatkowski24 marca, 202218 min
Przywódca ZSRS był nieufnym paranoikiem. Nie życzył sobie, aby na terenie jego imperium walczyła jakakolwiek wielka jednostka złożona z nieprzychylnych mu cudzoziemców – mówi PAP prof. Mariusz Wołos, historyk z IH PAN oraz Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie.

Polska Agencja Prasowa: Brytyjczycy naciskali na podpisanie układu Sikorski-Majski. Dlaczego zależało im na powołaniu polskich sił zbrojnych w Związku Sowieckim i jakie miejsce zajmowały w ich planach?

Prof. Mariusz Wołos: Brytyjczycy, podobnie jak Amerykanie, niespecjalnie ufali stronie sowieckiej. Jeszcze przed wizytą gen. Władysława Sikorskiego w Moskwie w grudniu 1941 r. ze strony brytyjskiej i amerykańskiej (przed atakiem na Pearl Harbor) padały sugestie, aby przynajmniej część wojsk polskich wyprowadzić do Iranu. Tam Polacy mieli zostać przygotowani do walki z Niemcami. Sowieci domyślali się, że alianci dążą do ewakuacji Polaków, nawet jeśli w nocie amerykańskiej pisano o ich powrocie „na sowiecki front”. W rozmowach z sojusznikami sugerowali, że Polacy nie chcą walczyć z Niemcami. Początkowo teza ta nie była stawiana zbyt wyraźnie, ale z biegiem czasu pojawiała się w sowieckiej propagandzie znacznie częściej.

Należy pamiętać, że ostatnie miesiące 1941 i początek 1942 r. to okres ciężkich walk Brytyjczyków z Afrika Korps. Wciąż nie było jasne, która strona wyjdzie z nich zwycięsko. Walczące tam siły polskie okazały się bardzo sprawne, a to wpłynęło na brytyjskie plany wzmocnienia ich Polakami uwolnionymi z sowieckich łagrów.

PAP: Czy Armia Andersa miała być dla Stalina tylko „mięsem armatnim” do użycia w najtrudniejszym momencie obrony przed Niemcami?

Prof. Mariusz Wołos: Polacy mają w tej sprawie jednoznaczny pogląd, wynikający m.in. z tego, w jaki sposób dowództwo Armii Czerwonej traktowało później berlingowców. Pogarda dla życia własnych żołnierzy to cecha myślenia dowódców sowieckich, a jak się okazuje, także współczesnych dowódców rosyjskich. Armia Andersa od początku była dla Stalina wielkim problemem. Przywódca ZSRS był nieufnym paranoikiem. W gruncie rzeczy nie życzył sobie, aby na terenie jego imperium walczyła jakakolwiek wielka jednostka złożona z nieprzychylnych mu cudzoziemców, którzy niedawno byli więźniami łagrów lub zesłańcami. Tacy ludzie nie mogli doceniać rzekomych dobrodziejstw Związku Sowieckiego. Stalin tolerował więc istnienie polskiego wojska w sytuacji, gdy Armia Czerwona ponosiła dotkliwe klęski i cofała się na Moskwę. Stalin toczył walkę o przetrwanie swojego imperium. Ze względu na pamięć tego, co działo się wcześniej, czyli wielkich czystek, głodu na Ukrainie, traktowania obywateli sowieckich jak własności państwa, istniało ryzyko, że żołnierze obrócą swoje bagnety przeciwko władzy sowieckiej.

Stalin musiał liczyć się z sojusznikami, a szczególnie z Polakami, którzy zachowali pamięć o okrutnym obchodzeniu się z setkami tysięcy ich rodaków. Zgodził się więc na powstanie armii walczącej ze wspólnym wrogiem, ale już w grudniu 1941 r., gdy Niemcy zostali odparci spod Moskwy, zaczął usztywniać swoje stanowisko wobec polskiej armii. Jednak i wcześniej, dosłownie od pierwszych dni istnienia, Armia Andersa musiała zmagać się z gigantycznymi problemami z zaopatrzeniem, które podawały w wątpliwość przetrwanie jej żołnierzy. Byli to ludzie wycieńczeni, którzy nie byli w stanie nosić broni. Dopiero później możliwe byłoby planowanie ich udziału w walce. Wokół armii zbierały się rzesze cywilów z nadzieją na ocalenie, uchronienie się przed śmiercią z głodu. Zdarzały się przypadki, gdy pod bramy obozów docierały matki ze swoimi dziećmi, które mówiły, że nie odejdą, bo wolą umrzeć wśród swoich niż na nieludzkiej ziemi. Sowieci nie brali pod uwagę konieczności wyżywienia cywilów. Ich postawa determinowała kolejne działania gen. Andersa i premiera Sikorskiego.

PAP: Wydaje się, iż na Kremlu nie brano pod uwagę, że ci wycieńczeni Polacy stworzą wewnątrz totalitarnego imperium swego rodzaju „państwo w państwie”, obszar wolności nieznanej obywatelom ZSRS.

Prof. Mariusz Wołos: Sądzę, że Kreml brał pod uwagę możliwość zaistnienia takiej sytuacji. Opublikowane dokumenty sowieckie jednoznacznie wskazują na ogromny zakres wiedzy Stalina na temat nastrojów w Armii Andersa. Wszędzie miał swoich ludzi, którzy sporządzali raporty trafiające na jego biurko. Zawierały nie tylko ocenę nastrojów, ale nawet cytaty z wypowiedzi konkretnych osób. Stalin wiedział, że jest to armia, która nie będzie pałała sympatią do niego i do Związku Sowieckiego. Mając świadomość, że za jego zgodą na terenie wielkiego więzienia, jakim było imperium sowieckie, tworzy się oaza wolności, tym silniej dążył do pozbycia się tej niewygodnej dla niego armii.

Był gotów ponieść pewne konsekwencje tej decyzji. W latach 1939-1942 Polacy przeszli przez piekło wszystkich okrucieństw państwa sowieckiego i po dotarciu do wolnego świata wielokrotnie przekazali swoje świadectwa z nieludzkiej ziemi. Mimo to z punktu widzenia Stalina lepiej było ich mieć poza granicami Związku Sowieckiego, a nie na froncie u boku Armii Czerwonej, bo tu byliby jeszcze większym niebezpieczeństwem dla zbrodniczego reżimu.

PAP: Podczas wizyty generałów Andersa i Sikorskiego na Kremlu w grudniu 1941 r., gdy Polacy skarżyli się na stan zaopatrzenia polskich oddziałów, Stalin odparł, że mogą „zabierać swoich żołnierzy”, bo jego kraj da sobie radę w walce z Niemcami. Czy już wówczas miał „scenariusz zapasowy” zakładający utworzenie „własnej” armii polskiej?

Prof. Mariusz Wołos: Gdy w pierwszych dniach grudnia 1941 r. Stalin przyjmował Polaków na Kremlu, losy bitwy o Moskwę nie były jeszcze rozstrzygnięte. Sowieci zapewnili sobie zwycięstwo dopiero wówczas, gdy Sikorski wracał do Wielkiej Brytanii. Nie był to zatem moment korzystny dla Stalina. Ze znanych mi dokumentów wynika, że sowiecki dyktator potraktował Polskę jako „alianta na pokaz”. Chciał pokazać swoim obywatelom i opinii międzynarodowej, że do Polaków, z którymi jego kraj toczył wojnę w latach 1919-1920, których traktował tak okrutnie, wyciąga teraz rękę, aby razem walczyć ze wspólnym wrogiem. Wydaje się, że premier Sikorski nie zdawał sobie sprawy, w jaki sposób Stalin próbuje wykorzystać tę wizytę właśnie do celów propagandowych.

Myślę, że sowiecki dyktator nie miał jeszcze wówczas wykrystalizowanego pomysłu na przyszłość relacji z Polską. Dowodem na to jest m.in. fakt, że sowieckie łagry wciąż opuszczały rzesze Polaków. Wolność odzyskiwali także w pierwszych miesiącach 1942 r., czyli już po wizycie Sikorskiego. Plany polityczne Stalina nabrały konkretnego kształtu dopiero wówczas, gdy miał on pewność, że nie przegra wojny z Niemcami. Odparcie Wehrmachtu spod Moskwy jeszcze nie dawało takiej gwarancji. Latem 1942 r. Niemcy przeprowadzili potężną ofensywę, która doprowadziła ich do Stalingradu. Stalinowska koncepcja podporządkowania Polski, przecież nieobca sowieckim decydentom od 1918 r., skrystalizowała się najpewniej na przełomie 1942 i 1943 r., a więc w okresie walk pod Stalingradem, a może już po zadaniu tam klęski Niemcom. Stalin wiedział, że po kolejnej zimie spędzonej przez wojska niemieckie w Związku Sowieckim Rzeszy nie będzie już stać na następną ofensywę zakrojoną na szeroką skalę.

PAP: Jak Brytyjczycy przyjęli decyzję Stalina o ograniczeniu liczby racji żywnościowych dla Polaków, która była praktycznym skazaniem większości z nich na śmierć głodową?

Prof. Mariusz Wołos: Przyjęli ją ze zrozumieniem, ponieważ wiedzieli, że jej konsekwencją będzie wyprowadzenie przynajmniej części tej armii do Iranu. Już jesienią 1941 r. zakładali, że w tym kraju znajdzie się 15-20 tys. żołnierzy. Tam byli niezbędni do wsparcia bardzo szczupłych sił brytyjskich. Pojawienie się w Iranie kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy, którym po doświadczeniach roku 1940 Brytyjczycy ufali, było bardzo istotne. Warto dodać, że dyplomaci brytyjscy, na czele z ambasadorem w ZSRS Staffordem Crippsem, znali prawdę o warunkach życia w Związku Sowieckim. Wiedzieli, że jeśli Polacy nie zostaną wyprowadzeni do Iranu, to po prostu umrą z głodu, bo Stalin nie zamierzał ich karmić.

Ostatecznie Polacy zostali ewakuowani do Iranu w dwóch rzutach – w marcu i sierpniu oraz we wrześniu 1942 r. Do wolnego świata udało się wyrwać ok. 75 tys. żołnierzy i mniej więcej 41 tys. cywilów. Wedle niektórych przekazów sam gen. Anders był przekonany, że 1/4 ludności cywilnej wyprowadzonej dzięki jego decyzji ze Związku Sowieckiego umrze w ciągu kilku tygodni, ponieważ ludzie byli tak potwornie schorowani i wycieńczeni. Na szczęście w Iranie oraz innych krajach, do których trafiali Polacy, zmarło „tylko” ok. 5 proc. ewakuowanych cywilów. Odsetek zmarłych wśród żołnierzy, ludzi przeważnie młodych i bardziej odpornych na niedostatki, był znacznie mniejszy. Lekarze dokonywali cudów. Do zakończenia wojny, jednakże ze wskazaniem na lata 1942 i 1943, pochowano w Iranie ok. 2800 obywateli polskich, w tym ponad 600 wojskowych. To ustalenia Anny Hejczyk, która poświęciła tej kwestii swoją dysertację doktorską.

PAP: Jak ewakuacja Armii Andersa była przedstawiana w historiografii PRL oraz przez historyków sowieckich i rosyjskich?

Prof. Mariusz Wołos: W literaturze historycznej PRL, ZSRS i rosyjskiej po 1991 r. ewakuacja była przedstawiana jako zdrada wynikająca z niechęci do walki u boku Armii Czerwonej. Pamiętajmy, że w ZSRS oraz we współczesnej Rosji uznaje się, że na dobrą sprawę cała II wojna światowa rozstrzygnęła się na froncie wschodnim. W tym kontekście opuszczenie Sowietów przez polskich żołnierzy było przedstawiane negatywnie. Pojawiały się nawet wysuwane wobec Polaków oskarżenia o współpracę z Niemcami. Stosowano prosty schemat: skoro nie chcą walczyć u naszego boku, to są kolaborantami III Rzeszy. Ich postawę przeciwstawiano berlingowcom, którzy chcieli walczyć u boku Armii Czerwonej jako „ludowe” Wojsko Polskie. Dodam, że współczesna historiografia rosyjska niespecjalnie interesuje się tymi problemami. Jest to kwestia całkowicie marginalna.

Zupełnie inaczej jest wśród historyków polskich, którzy poświęcili tak wiele czasu na badanie dziejów Armii Andersa. Powstały prace dotyczące niemal wszystkich aspektów funkcjonowania tej wyjątkowej formacji, m.in. jej inteligenckiego oblicza. Zwykle w tym kontekście wspomina się Józefa Czapskiego czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, ale plejada wybitnych osobowości, które opuściły ZSRS w 1942 r., jest znacznie dłuższa. Przykładowo dodam do tej listy reprezentanta mojej profesji – wybitnego wileńskiego historyka Stanisława Kościałkowskiego. Podobnie jak dwaj pozostali nigdy nie wrócił do Polski, bo nie miał do czego wracać. Duża część 2. Korpusu Polskiego to mieszkańcy Kresów zagrabionych przez Związek Sowiecki.(PAP)

Rozmawiał: Michał Szukała

Autor: Michał Szukała

 

Udostępnij:

Karol Kwiatkowski

Wiceprezes Zarządu Fundacji "Będziem Polakami" - wydawcy Naszej Polski. Dziennikarz, działacz społeczny i polityczny.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *