PolskaWywiadyProf. Marczyńska: lęku wśród dzieci jest więcej; edukacja stacjonarna koniecznością

Karol Kwiatkowski9 października, 202113 min

Po okresie izolacji spowodowanej epidemią wśród dzieci jest więcej lęku — powiedziała PAP prof. Magdalena Marczyńska, specjalistka chorób zakaźnych wieku dziecięcego z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. W jej ocenie edukacja stacjonarna jest koniecznością, a w szkołach trzeba skończyć z nadmiarowym wysyłaniem na kwarantannę.

Polska Agencja Prasowa: Dzieci wróciły do szkół 1 września. Nie spowodowało to lawiny zakażeń wśród najmłodszych. Nadal bardzo wysoki procent placówek działa stacjonarnie. Tryb hybrydowy czy zdalny dotyczy pojedynczych klas w niewielu szkołach. Możemy już jednoznacznie wskazać, że ten powrót okazał się bezpieczny, bo kolejna mutacja wirusa nie upodobała sobie szczególnie dzieci?

Prof. Magdalena Marczyńska: Od początku epidemii zakażenia dzieci wirusem SARS-CoV-2 to niewielki procent wszystkich zakażeń. Do tego w tej grupie większość stanowiły dzieci starsze. W przedziale 12-18 lat zaszczepiło się już ponad 30 proc. młodych ludzi. Może to nie aż tak dużo, ale nie jest to liczba, która nic nie znaczy.

Mutacja delta szczególnie nie upodobała sobie najmłodszych. Procent zakażeń w tej grupie wiekowej jest porównywalny do tego, jaki obserwowaliśmy przy poprzednich wariantach wirusa. Zdecydowana większość szkół działa, wszystko przebiega tak, jak było założone. Oby tak było przez cały rok szkolny, bo edukacja stacjonarna jest dla uczniów koniecznością, nie jakimś kaprysem, ale koniecznością.

PAP: Czy trafiają na pani oddział szpitalny dzieci z COVID-19? Jaki jest przebieg tej choroby u najmłodszych?

M.M.: Słyszę głosy dobiegające z południa kraju, ale trudno mi się ustosunkować do tego, co się tam dzieje. W Warszawie oczywiście są także hospitalizowane dzieci z COVID-19, ale jest ich niewiele. Do tego nie są to ciężkie przebiegi. Objawy są takie, jak widzieliśmy dotychczas. Przypuszczam, że np. w Krakowie duża część z tych dzieci, które muszą być przyjmowane do szpitali, to dzieci z wielochorobowością.

COVID-19 niewątpliwie nie pomaga ciężko chorym pacjentom. To schorzenia towarzyszące są w mojej ocenie w głównej mierze przyczyną hospitalizacji.

PAP: Dochodzą z wielu regionów Polski głosy, że u dzieci w tym sezonie jesiennym obserwuje się znacznie większą niż średnio liczbę zachorowań na inne infekcje. Z czego to wynika? Czy okres izolacji, nauki stacjonarnej wpłynął negatywnie na odporność dzieci?

M.M.: Wirus RSV (wirus odpowiedzialny za infekje dróg oddechowych – PAP) zaatakował z pewnym opóźnieniem i rzeczywiście przypadków zakażeń tym patogenem jest więcej. U nas w szpitalu tego tak nie widać, ale słyszę takie informacje ze szpitala pediatrycznego przy ul. Żwirki i Wigury. Takie doniesienia płyną od naszych kolegów.

Czy jednak ogólnie zakażeń wirusami jest obecnie więcej niż w sezonach jesiennych w poprzednich latach? Nie sądzę. Dzieci poszły do szkoły i to dość normalne, że łapią sezonowe infekcje. Taka jest specyfika okresu jesiennego. W mojej ocenie podnoszenie alarmu w tym momencie jest chyba przedwczesne. Być może w poradniach widać wyraźny wzrost infekcji w porównaniu z okresem sprzed pandemii.

PAP: A może w obliczu ponad 19,5 mln osób, które zaszczepiły się w Polsce przeciw COVID-19, i wielu milionów, które to zakażenia ma za sobą, warto byłoby skierować do rodziców i dzieci jasny i czytelny przekaz, że szkoły nie będą już zamykane, a nauka online nie wróci? Wiele rodzin skarży się na stan ciągłej niepewności. Może taka właśnie deklaracja powinna stać się jednym z filarów powrotu do normalności?

M.M.: Wszelkie założenia, które czynimy chociażby w ramach Rady Medycznej przy premierze, zmierzają do tego, aby szkoły działały normalnie. Zatraciliśmy w tym wszystkim dystans do różnych rzeczy. Traktujemy każdą sytuację w sposób dość skrajny. Jeżeli dziecko w jakiejś klasie ma rozpoznany covid, a duża część klasy jest zaszczepiona, to nie rozumiem tego, że cała klasa idzie na nauczanie zdalne. Przecież to działanie nadmiarowe, niepotrzebne.

Podnoszą się natychmiast głosy, że nie może być inaczej, bo konieczna byłaby segregacja uczniów. Ochłońmy trochę i zastanówmy się nad tym zdroworozsądkowo. Czy naprawdę słowo segregacja jest adekwatne do tej sytuacji? Przecież dziecko chore po prostu zostanie w domu. Dzieci, które nie są zaszczepione (z różnych powodów), przez tydzień dostaną zwolnienie i zostaną w domu w ramach prewencji, a np. pół klasy normalnie będzie się uczyło. Gdzie tu jest problem? Ta druga połowa uzupełni lekcje, ktoś podrzuci im zeszyty, a cała organizacja nauczania nie będzie stała na głowie.

Jak mamy zachęcać do szczepień, pokazywać plusy z nimi związane, jeżeli dzieci zaszczepione też odsyłamy do domu, bo w klasie pojawił się jeden przypadek COVID-19?

Skrajności w drugą stronę też nie rozumiem. W jednej klasie jest przypadek zakażenia, na kwarantannę wysyła się wszystkie klasy, które miały styczność z nauczycielem uczącym także w tej pechowej. Po co się to robi? Gdzie tu sens? Musimy zacząć podchodzić do tego spokojniej, racjonalnie. Musimy nauczyć się z tym wirusem żyć i przestać reagować panicznie i niemądrze.

PAP: Czy słyszy pani od swoich kolegów specjalizujących się w psychiatrii, że okres izolacji pogłębił problemy psychiczne polskich dzieci?

M.M: Na pewno wzrosła liczba przypadków prób samobójczych czy myśli samobójczych. W mojej ocenie – a powtarzam to od początku epidemii – edukacja zdalna przynosi bardzo wiele strat. Izolacja dzieci, zaburzanie ich normalnych kontaktów rówieśniczych i właśnie wysyłanie nadmiarowych grup na kwarantanny będzie tylko pogłębiało lęk u najmłodszych. A tego lęku wśród dzieci jest więcej.

Potwierdziły to zarówno amerykańskie, jak i europejskie towarzystwa pediatryczne. Zaapelowały one do władz poszczególnych krajów, aby przywrócić normalną naukę i przestać izolować dzieci. Poza zaburzeniami psychicznymi wzrósł także problem z otyłością, bo młodzież znacznie więcej czasu spędzała przed komputerem czy telewizorem. Tych strat jest dużo. Trzeba robić wszystko, aby normalność w szkołach wróciła na stałe.

PAP: Alarmistyczne tony dochodzą też z niektórych szpitali dziecięcych w Polsce, gdzie coraz trudniej zapewnić pełne obsady. Personel domaga się zmian systemowych, wyższego i bardziej przemyślanego finansowania systemu ochrony zdrowia. Czy taki problem jest głośny w środowisku pediatrów? Czy obserwuje pani niepokój z tym związany, a co za tym idzie problem leczenia dzieci w warunkach szpitalnych może narastać?

M.M.: We wszystkich medycznych zawodach w Polsce jest sporo problemów. Pediatria jest jedną ze specjalności deficytowych. Problemy kadrowe były już wcześniej. W jednostkach akademickich są one jeszcze większe, czemu nie ma się co dziwić. Te kliniki są obciążone znacznie mocniej pracą, bo odpowiadają za leczenie, dydaktykę i działalność naukową. To wszystko może być fajne, ale nie mogą tylko rosnąć wymagania, przy braku wzrostów wynagrodzeń. Młodzi ludzie są sfrustrowani i mają tego dosyć.

Gdy ja zaczynałam pracę, a było to dawno temu, trzeba było poczekać na pracę w klinice, bo było sporo chętnych. Teraz ogłaszamy konkursy i nie za bardzo jest w kim wybierać. Emigracja zarobkowa kilka lat temu była ogromna. Wszystko to się na siebie nakłada. W kolejnych latach problemy w naszym systemie ochrony zdrowia mogą niestety się zwiększać. (PAP)

Rozmawiał Tomasz Więcławski

Autor: Tomasz Więcławski

Udostępnij:

Karol Kwiatkowski

Wiceprezes Zarządu Fundacji "Będziem Polakami" - wydawcy Naszej Polski. Dziennikarz, działacz społeczny i polityczny.

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

trzy × trzy =