WiadomościWywiadyHimalaista Janusz Gołąb: interesuje mnie styl wspinaczki, a nie komercja

Magdalena Targańska6 stycznia, 202117 min
Potrzebujemy Twojej pomocy, żeby wciąż tworzyć niezależne, wolne media. Jak możesz nam pomóc?

 

Za pomocą Pay Pal'a:
Za pomocą przelewu tradycyjnego:

 

Fundacja „Będziem Polakami”
ul. Podhalańska 3
85-123 Bydgoszcz
PKO BP PL04 1020 1462 0000 7902 0326 0783
Tytuł przelewu: darowizna na cele statutowe

Janusz Gołąb, pierwszy w historii zimowy zdobywca Gaszerbrum I (8068 m), nie śledzi z wielką uwagą poczynań międzynarodowych ekip na K2 (8611 m) w Karakorum. „Interesuje mnie styl wspinaczki, a nie wyprawy komercyjne” – powiedział PAP kierownik sportowy polskiej wyprawy na ten szczyt zimą 2018/19.

Polska Agencja Prasowa: Kilkanaście dni temu pod K2, ostatnim niezdobytym zimą ośmiotysięcznikiem, zameldowały się cztery międzynarodowe wyprawy komercyjne. Padły jasne deklaracje, że próby ataku zostaną przeprowadzone z użyciem tlenu z butli. Pan wspina się bez tlenu i ma w dokonaniach wiele znakomitych wejść, m.in. pierwsze zimowe wejście wraz z Adamem Bieleckim na Gaszerbrum I w Karakorum w 2012 r. Czy to, co się dzieje pod K2 wzbudza pańskie emocje?

Janusz Gołąb: Nie. Komercja to nie jest mój świat gór. Życzę oczywiście wszystkim powodzenia i bezpiecznego powrotu, ale nie śledzę losów tych wpraw z wypiekami na twarzy. Wejście z tlenem i bez to dwie zupełnie inne kategorie działalności w górach wysokich.

PAP: Jak postrzega pan organizowanie komercyjnych wypraw zimą na najtrudniejszy technicznie ośmiotysięcznik?

J.G.: Takie mamy czasy… K2 zimą to olbrzymia pokusa i dla doświadczonych alpinistów, i dla klientów oraz także pokusa medialna, reklamowa, w końcu finansowa. Agencja organizująca największą wyprawę nieźle na tym zarobi. Zgadzam się z tym, co powiedział włoski himalaista Simone Moro, który spodziewa się, że część osób nie wytrzyma w tych ciężkich warunkach i zrezygnuje, więc koszty spadną i będzie to świetny biznes dla organizatora.

PAP: Wyobrażał pan sobie dekadę temu komercyjną wyprawę zimową na K2?

J.G.: Nie ukrywam, że jestem zaskoczony, jak szybko komercja wkroczyła w Karakorum. Jeszcze kilka lat temu nie było jej tam nawet latem, w przeciwieństwie do Himalajów, gdzie takie ekspedycje, szczególnie na Evereście, działają od połowy lat 90. XX wieku. Pierwsza letnia skomercjalizowana ekspedycja na K2 to chyba 2013 rok.

PAP: Czy ewentualne wejście z tlenem zimą na K2 będzie dla himalaistów historycznym wyczynem?

J.G.: W naszym środowisku wejście z tlenem nie zostanie tak docenione i nagłośnione, jak to uczynią – zapewne – media na świecie, jak postrzegać to będzie opinia społeczna. Jak mówi Krzyś Wielicki: „styl zawsze można poprawiać”. O tym, że sportowa droga himalaizmu to wspinaczka na ośmiotysięczniki bez tlenu przekonali świat już w 1978 r. Messner i Habeler zdobywając w tym stylu Everest.

PAP: Różnica w wejściu na ośmiotysięcznika z użyciem tlenu i bez jest… ?

J.G.: Kolosalna. Mamy w swoim środowisku specjalistów od medycyny wysokogórskiej, prowadzone były i są badania. Wiadomo, że zimą – wskutek układów barycznych – na K2 jest jeszcze niższe ciśnienie niż latem. Ciśnienie na wierzchołku mającym nieco ponad 8600 m jest prawdopodobnie takie, jakby szczyt miał 9000 m. Użycie tlenu z butli oznacza, że wysokość góry „obniża się” o około 2000 m. Czyli K2 staje się sześciotysięcznikiem. To zasadnicza różnica, choć oczywiście trudności techniczne pozostają.

PAP: Kwestia używania tlenu to także sprawa etyki…

J.G.: Wydaje mi się, że na wyprawach komercyjnych o etyce nie mówi się zbyt wiele. Podam taki przykład – Magdalena Gorzkowska informowała w mediach społecznościowych, że weszła na Makalu bez użycia tlenu. Okazało się jednak, że korzystała z butli w zejściu na wysokości 7800 m i w obozie III. Wejście bez tlenu oznacza, że nie korzysta się z niego od wyjścia do powrotu do bazy. Na tym prostym przykładzie widać, że pani Gorzkowska nie wywodzi się z naszej „kultury”, nie zna zasad, co oczywiście nie oznacza, że ją potępiam czy odbieram satysfakcję z dokonań. Wystarczy po prostu mówić prawdę, a naszym zadaniem – jako środowiska wspinaczkowego – jest pokazywanie, jakie mamy zasady i jakie są różnice.

– Byłem cztery razy pod K2, zdobyłem szczyt w 2014 r. Żebrem Abruzzów na wyprawie organizowanej przez Polski Związek Alpinizmu. To był nasz, mój sukces, ale wejścia klasyczną drogą bez użycia tlenu nie traktuję jako osiągnięcia w kategoriach sportowych. Dlatego przedstawianie w mediach wejść komercyjnych, do tego z tlenem i przy pomocy Szerpów, za wielki sukces sportowy uważam za nie fair.

PAP: Czy po ewentualnym zdobyciu w tym zimowym sezonie K2 z tlenem skończy się pewna epoka w himalaizmie?

J.G.: Nie. Na pewno nie będzie to tak oceniane przez środowisko wspinaczkowe, choć być może opinia publiczna uzna to za koniec pewnej epoki. Na obecnym etapie rozwoju himalaizmu ważne jest to, jaką drogą, w jakim stylu wspina się na szczyty siedmio- i ośmiotysięczne. Jądro ciężkości autentycznej sportowej wspinaczki to nowe drogi, styl alpejski, co pokazali Jerzy Kukuczka i Wojtek Kurtyka już w latach 80. XX w. Dodałbym jeszcze wejścia na dziewicze, boczne wierzchołki 14. ośmiotysięczników, szczyty uznawane za osobne w ogromnych masywach np. Kanczendzongi.

PAP: Komu daje pan największe szanse w tym zimowym wyścigu?

J.G.: Jest pod K2 kilku świetnych alpinistów, m.in. Włoszka Tamara Lunger, mistrzyni świata w ski alpinizmie, Pakistańczyk Muhammad Ali Sadpara, zdobywca zimą Nanga Parbat. Muhammad był także w naszej, polskiej zimowej wyprawie na Gaszerbrum w 2012 r. Ufam, że zdobyłby z nami szczyt, ale w obozie trzecim odmroził sobie palce i musiał zrezygnować z ataku. Są też pod K2 Nepalczycy, bardzo mocni Nirmal Purja i Mingma Gyalje Sherpa. Największe szanse mają właśnie, moim zdaniem, Szerpowie i Pakistańczycy. Oczywiście zakładając, że będą tzw. okna pogodowe, czyli kilkudniowe okresy bez huraganowych wiatrów.

PAP: Czy jako zdobywca K2, widzi pan dodatkowe zagrożenie związane z zimową działalnością dużej grupy osób na tej samej drodze, czyli Żebrze Abruzzów?

J.G.: Widzę bardzo duże zagrożenia. Spotykałem się nie raz w wysokich górach z sytuacjami, gdy Szerpa w momencie zagrożenia zostawiał swojego klienta. Takie skrajne sytuacje mogą się zdarzyć także zimą na K2. Myślę, że klienci agencji niemający większego doświadczenia w Himalajach i Karakorum nie zdają sobie sprawy z ryzyka. Zagrożenie to także szczupłość miejsca na postawienie namiotów w pierwszym obozie oraz to, jak wygląda zimą kopuła szczytowa. I jeszcze jedna kwestia. Jako wyprawa sportowa mamy zawsze zespół wsparcia, który podąża za grupą wyznaczoną do ataku szczytowego. Wyprawy komercyjne nie działają w ten sposób.

PAP: Czym różni się wspinaczka zimą w Karakorum, na K2, od letnich ekspedycji w tym rejonie?

J.G.: Różnice są diametralne. Zima w Karakorum to lód i krucha skała, spadająca często samoistnie, a czasami poruszona przez człowieka. Brak śniegu, bo wywiewa go wiatr, podnosi trudności techniczne, szczególnie w kopule szczytowej. Powyżej obozu III, w razie braku widoczności, mogą też pojawić się problemy orientacyjne. To jest rozległy, stromy trawers. Właśnie tam zgubili się w zejściu w 1986 r. Jerzy Kukuczka i Tadeusz Piotrowski.

PAP: Jak latem wygląda pokonywanie ostatnich kilkuset metrów na K2?

J.G.: Latem w śniegu stawia się dla orientacji bambusowe tyczki, by przy załamaniu pogody ułatwić dotarcie do obozu IV po ataku szczytowym. Zimą wbijanie traserów w lód i kruchą skałę jest niemożliwe. Powiem tylko, że zimą 2012 r. na niższym znacznie Gaszerbrumie I postawiliśmy 300 tyczek-traserów. Proszę zgadnąć, ile zostało, gdy schodziliśmy? Może 20! Oczywiście ślad wspinaczki można zapisać na urządzeniu typu GPS, ale nie zawsze, w skrajnie trudnych warunkach, można te urządzenia wykorzystać. Bywa, że jest to niemożliwe.

PAP: Czyli to pogoda będzie rozdawać karty?

J.G.: Jak zawsze. Pogoda, a przede wszystkim królujący warstwowy wiatr. Przebywając zimą w bazie pod K2 słyszeliśmy huczący na górze żywioł. Żartowaliśmy wówczas, że na wierzchołku jedzie pociąg. Rejestrowano podmuchy 160-170 km/h, a w bazie było w miarę cicho i słonecznie. Druga kwestia to długość okien pogodowych, czyli okresów mniejszej siły wiatru i lepszej pogody, bez opadu śniegu.

PAP: Okna pogodowe są inne zimą niż latem?

J.G.: Tak. Latem dobrej, stabilnej pogody może być nawet kilkanaście dni, a leżący śnieg ułatwia wspinaczkę. Zimą to się nie zdarza – takie są moje doświadczenia z wypraw w tym okresie. Okna pogodowe zawężają się i zmieniają dynamicznie. Dwa tygodnie przed prognozowanym oknem mamy informacje o sześciu dniach lepszej pogody, po tygodniu są to już tylko trzy dni, a de facto zostaje półtora dnia.

PAP: Szanse na wejście w takich warunkach mają najmocniejsi i najszybsi…

J.G.: Oczywiście, pod warunkiem, że są dobrze zaaklimatyzowani i w górze wspinają się równie szybko jak niżej. W tej sytuacji największe szanse mają świetni Szerpowie. Jedynym szybszym +zawodnikiem+ w górach najwyższych jest… Andrzej Bargiel, ale nie ma go obecnie pod K2. Znając Andrzeja nie sądzę, aby taki styl działania w górach wysokich, jak to ma obecnie miejsce pod K2, interesował go.

PAP: Jest natomiast wspomniana Magdalena Gorzkowska. Był też Waldemar Kowalewski, ale został ewakuowany helikopterem z powodu kłopotów zdrowotnych. Jak ocenia pan szanse byłej lekkoatletki?

J.G.: Trudno wypowiadać mi się na ten temat, bo nigdy nie wspinałem się z tymi osobami, nawet zimą w Tatrach. Mój znajomy, trener kadry Austrii w nowej dyscyplinie olimpijskiej – boulderingu – pytał mnie ostatnio, jak to możliwe, że Magdalena Gorzkowska stwierdziła, iż jest świetnie przygotowana, bo trenowała do K2 przez miesiąc. Szczerze mówiąc nie wiem, jak można przygotować się w tak krótkim czasie…

Rozmawiała: Olga Miriam Przybyłowicz (PAP)

Udostępnij:

Magdalena Targańska

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

3 × two =