PRL to nie czarna dziura? – co zrobić z pionem śledczym IPN

Tadeusz M. Płużański25 listopada, 202019 min

Jak przez lata (nie)działał pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej i jak (nie)ścigał komunistycznych zbrodniarzy – opowiem na przykładach. Ostatnio powróciło pytanie: co z nim zrobić, czy po 21 latach istnienia da się zreformować, czy należy go raczej zlikwidować a śledztwa przenieść do prokuratury powszechnej?

Przypadek pierwszy. Z lakonicznych informacji procesowych można było się jedynie dowiedzieć, że Marian R. jest emerytowanym generałem brygady i prawnikiem. W latach 1956-1968 r. był Naczelnym Prokuratorem Wojskowym. Równolegle do kariery  wojskowej pracował w Polskim Związku Piłki Nożnej (1960-1978 wiceprezes; 1978-1981 prezes; w 1960 r. został także wiceprezesem CWKS „Legia” Warszawa), a w latach 1981-1986 w Urzędzie Rady Ministrów. W stan spoczynku przeszedł w 1987 r.

Tymczasem Marian R. to słynny generał Marian Ryba, w stanie wojennym wiceszef Centralnej Komisji do Walki ze Spekulacją oraz przewodniczący Centralnej Komisji Specjalnego Postępowania Porządkowego. 13 grudnia 1981 r. jako specjalny wysłannik tow. gen. Jaruzelskiego poinformował abp Józefa Glempa o zarządzeniach władz. Wcześniej, w latach 1971-1981, w Sztabie Generalnym WP zajmował się „sprawami specjalnymi”, m. in. „problematyką rozbrojenia”. W latach 1969-1970 był w Korei, a w 1973 r. w Wietnamie. Oczywiste należał do PPR, a następnie PZPR.

Mariana R. „ścigał” Instytut Pamięci Narodowej. Oskarżający prokurator IPN wziął pod lupę jego powojenną historię. Bo R. we wrześniu 1945 r. zgłosił się ochotniczo do UB. Po kursach w Centralnej Szkole Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi został funkcjonariuszem UB w tym mieście. W styczniu 1946 r. przeszedł do prokuratury wojskowej, pracując w Katowicach, Warszawie, Łodzi i Bydgoszczy. Jako wyjątkowo dyspozycyjny był wyznaczany (obok np. Feliksa Aspisa, Kazimierza Graffa, Henryka Ligięzy, Czesława Łapińskiego, czy Henryka Szweda) do oskarżania w sprawach politycznych – pisze Joanna Żelazko w książce „Ludowa sprawiedliwość. Skazani przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Łodzi 1946-1955): „Zazwyczaj gorliwie wypełniali oni swoje obowiązki, żądając dla oskarżonych wysokich kar. Potwierdzają to sformułowania znajdujące się w stenogramach rozpraw sądowych łódzkiego WSR. Bez długich przemówień, zwięźle, ale stanowczo prokuratorzy wojskowi wnioskowali o „najwyższy wymiar kary”, albo o „surowe i przykładne ukaranie wszystkich oskarżonych”.

Podczas procesu oddziału żołnierzy antykomunistycznego Konspiracyjnego Wojska Polskiego działających na terenie powiatu sieradzkiego, por. Marian Ryba prosił sąd o wymierzenie kary śmierci dla Władysława Ograbka i najwyższy, lub przynajmniej surowy, wymiar kary dla jego sześciu współtowarzyszy. Żołnierz niepodległości Władysław Ograbek ps. „Łokietek” został zamordowany w październiku 1947 r.

Ryba brał również udział w sesjach wyjazdowych Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie (często pod przewodnictwem krwawego sędziego Mieczysława Widaja). Nawet za drobne przewinienia wymierzano – w trybie doraźnym – drakońskie wyroki, z karą śmierci włącznie. I tak np. 13 stycznia 1947 r. w Ostrowi Mazowieckiej Ryba oskarżał Władysława Kornelewskiego, ps. „Grunt”, „Orlicz”, żołnierza Narodowej Organizacji Wojskowej i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, oraz jego adiutanta Henryka Olczaka, ps. „Lew” skazanych następnie na karę śmierci. Oprawcy wykonali wyrok już następnego dnia – 14 stycznia 1947 r. o godz. 11.00. W ten sposób nawet stalinowskie „prawo” zostało pogwałcone, bo oskarżonym odebrano możliwość wystąpienia do Bieruta o łaskę.

19 listopada 1951 r. w Staroźrebach Ryba żądał najwyższego wymiaru kary dla Edwarda Szałańskiego, żołnierza NZW. Wyrok wykonano 22 grudnia 1951 r. w więzieniu w Płocku o godzinie 21.50.

I choć w stalinizmie Ryba podżegał do wielu zbrodni sądowych, Instytut Pamięci Narodowej przyjrzał się tylko stosowaniu przez niego bezprawnych aresztów. I tak pion śledczy IPN oskarżył Mariana R. o jakieś drobiazgi, czyli niedopełnienie obowiązków. Te formalne uchybienia prokuratorskie skutkowały jednak bezprawnym pozbawieniem wolności 17 działaczy niepodległościowych w latach 1951-1954. I właśnie z tych drobiazgów wysnuto wniosek, że R. dopuścił się zbrodni komunistycznej, będącej jednocześnie zbrodnią przeciw ludzkości. W ten sposób prokurator IPN Małgorzata Kuźniar-Plota żądała dla stalinowskiego prokuratora kary trzech i pół roku więzienia.

Jak się zakończył proces Mariana R.? Został oczywiście umorzony. Na nic zdały się argumenty prokurator IPN, która przekonywała, że jako wykształcony prawnik R. był świadomy zarówno bezprawności swoich działań jak i tego, że były one w okresie stalinowskim powszechne – służyły represjonowaniu przeciwników politycznych.

Przypadek drugi. Wiktor Leszkowicz – były zastępca Józefa Goldberga-Różańskiego, czyli wiceszef Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Mimo ogromu zbrodni, IPN oskarżył Leszkowicza (tym razem sąd pozwolił podać opinii publicznej nazwisko) tylko o jedną, choć bardzo ważną sprawę – bezprawne pozbawienie wolności i nieuzasadnione przedłużanie aresztu Józefa Stemlera – wiceministra informacji Delegatury Rządu na Kraj.

Wiktor Leszkowicz do bezpieki wstąpił we wrześniu 1944 r., w wieku 26 lat. Członek PPR i PZPR, absolwent kursu NKWD w Kujbyszewie, podpułkownik LWP. Funkcję wicedyrektora Departamentu Śledczego MBP pełnił od 15 listopada 1951 r. do 8 kwietnia 1954 r. W tym okresie dopuścił się wielu przestępstw wobec polskich niepodległościowców przetrzymywanych w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Kiedy w czasie przerwy w procesie Leszkowicza, spytałem prokuratora IPN, dlaczego ściga oprawcę tylko za przekroczenie obowiązków – do tego w wybranych sprawach, a nie za bezmiar zła: nadzorowanie tortur i zbrodni, odpowiedział lapidarnie: nie możemy uznać PRL-u za czarną dziurę. Udział w zbrodni nie jest zbrodnią. Nawet stalinowcy działali w ramach „prawa” i możemy ich ścigać tylko, jeśli to „prawo” złamali. Jaki z tego morał: „praworządna” III RP uznaje system narzucony Polsce przez komunistów siłą – za legalny.

Przypadek trzeci. Ryszard Mońko, zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego ds. politycznych, w najbardziej mrocznych, stalinowskich czasach. Był ostatnim żyjącym uczestnikiem zbrodni na Witoldzie Pileckim. Mońko zarządził egzekucję rotmistrza, następnie brał w niej osobiście udział i zapewne pojechał później z jego szczątkami na „Łączkę”. Mimo to prokurator Instytutu Pamięci Narodowej do końca utrzymywała, że Mońko… nie przeprowadził żadnych czynności w sprawie polskiego bohatera.

Przypadek czwarty. Inny morderca rotmistrza Pileckiego – prokurator Czesław Łąpiński – został oskarżony przez IPN tylko dlatego, że podczas procesu ochotnika do Auschwitz i jego wywiadowców w marcu 1948 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym nie dopatrzył, iż sądził niewłaściwy skład (zamiast dwóch ławników był tylko jeden). Sam fakt, że Czesław Łapiński podżegał do mordu sądowego na rotmistrzu, świadomie dążąc do wyeliminowania niewinnego człowieka tylko dlatego, że był przeciwnikiem politycznym, dla systemu prawnego III RP nie mogło być punktem wyjścia.

Wnioski? Przez ponad 30 lat wolnej Polski nie udało się osądzić żadnego sędziego ani prokuratora, którzy w czasach stalinowskich skazywali polskich patriotów, choć prawo zakwalifikowało ich czyny jako komunistyczne zbrodnie sądowe i zbrodnie przeciwko ludzkości. Jeśli w ogóle postawiono im zarzuty, nie ponieśli żadnych konsekwencji karnych. Przepraszam, jeden sędzia został skazany, ale wyrok ten został uchylony. Pozostałych sądy – mimo twardych dowodów – uniewinniły albo umorzyły ciągnące się latami sprawy z powodu “braku ustawowych znamion przestępstwa” lub śmierci oskarżonych. Niektóre procesy zawieszono na czas nieokreślony lub zwrócono akta do uzupełnienia. Jeden z sądów w ogóle odmówił rozpatrzenia sprawy… To wszystko działo się przy udziale, bardzo często bierności pionu śledczego IPN.

W tej sytuacji wielkim sukcesem jest kilka wyroków na stalinowskich śledczych. Ale większość z nich zostało skazanych w jednej sprawie: słynnym procesie Adama Humera w 1996 r.

Jaki jest powód stosowania podwójnej miary w ściganiu stalinowców – skazywania śledczych, a pobłażliwości dla sędziów i prokuratorów. Trudno nie zauważyć zawodowej solidarności ludzi w togach, by wskazać najbardziej rażący przykład uznania przez współczesnych sędziów, że stalinowskiego sędziego Stefana Michnika do dziś ma chronić immunitet sędziowski. Bo dla dzisiejszych sędziów i prokuratorów (w tym prokuratorów IPN) zbrodniarzem jest tylko ten, który bije, kopie i topi w wannie, ten, który strzela w tył głowy. Nie chcą „uwierzyć”, że pozbawić kogoś życia można również na drodze – wydawałoby się legalnej – procedury sądowej. I że robili to przed kilkudziesięciu laty ich koledzy. Bo za stalinowskie zbrodnie tak jak „oficer” śledczy Adam Humer odpowiedzialna jest np. prokurator Helena Wolińska, która “tylko” wydawała nakazy aresztowania. Ale w efekcie – jako jeden z trybów aparatu represji – przyczyniła się do stracenia jednego z największych bohaterów Polski Podziemnej, gen. Augusta Emila Fieldorfa “Nila”.

Prawda jest taka, że w III RP nawet najbardziej „zasłużeni” zbrodniarze nie byli ścigani za zbrodnie, a tylko za przekroczenie kompetencji. Nawet Jaruzelski nie usłyszał zarzutów z tytułu wprowadzenia w PRL stanu wojennego, tylko dlatego, że przy tym wprowadzaniu złamał „prawo” – Rada Państwa nie mogła o tym decydować, bo obradował Sejm PRL. 

Prawo wolnej Polski musi zatem przyjąć zasadę, że cały powojenny system był bezprawny. Bo przecież nie może być legalnym system, który został – powtórzmy – narzucony Polsce. Narzucony przez uzurpatorów, bo komuniści nigdy nie zostali przez Polaków wybrani, bo w latach 1944-1989 nie odbyły się w naszym podbitym przez sowietów kraju wolne wybory. Czyli, że PRL był jednak czarną dziurą.

Dopiero, zagłębiając się w te mroczne czasy, widzimy również, jak ta machina zbrodni działała. Widzimy np., że często granice między bandytą w mundurze oficera bezpieczeństwa z pistoletem i pałką, i tym w mundurze sędziego czy prokuratora wojskowego z długopisem i plikiem akt, zacierały się, gdyż ci sami oprawcy występowali w kilku rolach na raz. Np. Wacław Krzyżanowski (jeden z morderców Danuty Siedzikówny „Inki”) najpierw prowadził śledztwo, a potem oskarżał przed sądem. Niektórzy sędziowie – jak w sprawach z udziałem Wacława Langego – zabijali (dosłownie) skazanych na sali sądowej. Niektórzy śledczy – jak Tadeusz Szymański czy Mieczysław Wybraniec – wykonywali wyroki. Kto zatem był bardziej okrutny: śledczy, który katował, prokurator, który na tej podstawie oskarżał, czy sędzia, który orzekał?

Oni wszyscy byli katami i tak powinni być traktowani przez prokuratorów i sędziów Rzeczypospolitej. Ale „klimat polityczny” przez większość III RP nie sprzyjał rozliczaniu komunistycznych zbrodni. Dominowały głosy broniące dawny układ, w stylu: „w SB pracowało wielu porządnych ludzi”.

I pytanie kluczowe – co na to wszystko pion śledczy IPN? Co z nim zrobić? Czy po 21 latach działania da się zreformować, czy należy go zlikwidować a śledztwa przenieść do prokuratury powszechnej?

Tadeusz Płużański

Felietony i komentarze nie zawsze odzwierciedlają poglądy i opinie redakcji. 

Udostępnij:

Tadeusz M. Płużański

Leave a Reply

Koszyk