Mimo „epidemii” polskie dzieci wciąż latają na operacje do USA

Paweł Skutecki20 września, 20209 min

W czasach koronawirusa szukających dla swoich dzieci bezcennej pomocy medycznej w USA czekają dodatkowe wyzwania. Mimo epidemii w amerykańskich szpitalach wciąż odbywają się operacje dzieci z Polski, a biurokratyczne przeszkody są do pokonania.

„Zorganizowanie wyjazdu do USA w czasie pandemii było – z jednej strony – prostsze, a z drugiej – trudniejsze” – zauważa w rozmowie z PAP Agnieszka Hess-Rutkowska, która od 5 lipca do 17 sierpnia przebywała w USA. Operacja serca Filipka, jej niespełna rocznego synka, odbyła się w szpitalu dziecięcym w Pittsburghu.

„Dlaczego łatwiejsze? W biurze paszportów nie było kolejek, w konsulacie byliśmy jedynymi oczekującymi na rozmowę wizową. Miałam bezpośredni kontakt telefoniczny z konsulem. Jedyną trudnością była konieczność posiadania tzw. waiver, czyli listu przewozowego, który zezwalał na wlot do USA. Czekaliśmy ponad tydzień na ten list, było już bardzo blisko wylotu, a strona amerykańska wciąż nie odpowiadała” – relacjonuje Hess-Rutkowska. Ze strony polskiego MSZ-u – jak dodaje – „wszystko poszło gładko i szybko”.

Mama Filipka za najtrudniejsze uznaje „bezczynne oczekiwanie i brak możliwości dopytania Amerykanów, na jakim etapie jest nasza sprawa”. Ze względu na pandemię trudności sprawiło także zorganizowanie lotu bezpośrednio do Pittsburgha, co ze względu na stan zdrowia chłopca było konieczne. Organizacja specjalnego kosztownego lotu medycznego trwała trzy tygodnie i kosztowała wiele stresu.

Po wylądowaniu – zgodnie z wytycznymi szpitala – polską rodzinę obowiązywała 14-dniowa kwarantanna. „Warunki kwarantanny nie były ścisłe. Można było zrobić zakupy i iść na spacer z zachowaniem dystansu. Do sklepu mogła wychodzić jedna osoba. Nikt nas nie kontrolował” – opowiada Hess-Rutkowska. Po kwarantannie, a przed przyjęciem do szpitala, Filipkowi wykonano test na obecność koronawirusa. „Szpital, w którym byliśmy, funkcjonował w ten sposób, że przy wejściu była sprawdzana temperatura i był przeprowadzany wywiad medyczny. Chodziło się w maseczce, zachowywano dystans, było bardzo dużo dozowników z płynem dezynfekcyjnym” – mówi Polka.

Nie każdy szpital w USA wymaga obecnie kwarantanny. Przykładem jest szpital dziecięcy w Bostonie, gdzie w listopadzie operacje przejdzie roczny Tadzio z Wrocławia. Chłopczyk urodził się z niezwykle rzadką, złożoną wadą serca i w Polsce miał już dwie operacje.

Wraz z rodziną – tatą Piotrem i mamą Magdaleną – Tadzio przyjedzie do USA lotem rejsowym, a nie medycznym. „Musimy ubiegać się o specjalną wizę medyczną. Po wpłaceniu środków na operację Tadzia zostanie wydany dokument, uprawniający nas do ubieganie się o nią” – wyjaśnia PAP Magdalena Kruczek-Link. Oprócz wizy rodzina potrzebuje specjalnej zgody na wjazd („national interest exception”), która ważna jest tylko przez 30 dni.

Wyzwanie stanowi spora kwota za operację Tadzia w Bostonie. Jego najbliżsi wykazują się kreatywnością w zbieraniu potrzebnych środków. Prowadzą w internecie licytacje, organizują koncerty, warsztaty, czy wirtualny dogtrekking, czyli bieg lub spacer z psem. „Mamy otwartą zbiórkę na portalu Siepomaga.pl. Aktywnie prowadzimy konta na Facebooku oraz Instagramie” – wylicza Kruczek-Link. Na profilach „Serce Tadka” rodzina porusza szereg tematów związanych z życiem z chłopcem z rzadką wadą serca i zapewnieniem mu medycznej opieki.

Organizacja wyjazdu na operację do USA wymaga pomocy od władz dyplomatycznych. Konsulat Generalny RP w Nowym Jorku od wybuchu pandemii był zaangażowany w pomoc dla około 20 dzieci.

„Dzieci przybywają do USA głównie na pokładach samolotów Polskich Linii Lotniczych LOT i specjalnych rejsów, organizowanych przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów. Pomoc Konsulatu rozpoczyna się więc – wspólnie z centralą MSZ – od wsparcia różnych polskich i amerykańskich instytucji w pozyskiwaniu zgód i dokumentów, umożliwiających lądowanie i przekroczenie amerykańskiej granicy” – mówi PAP konsul generalny RP w Nowym Jorku Adrian Kubicki.

Na miejscu Konsulat w miarę potrzeb udziela pomocy logistycznej. „Zwłaszcza w pierwszych tygodniach pandemii, gdy nieczynne były hotele i środki transportu, udawało się nam – przy dużym wsparciu Polaków mieszkających w USA, w tym polskich parafii i księży – organizować dla rodzin transport i zakwaterowanie” – relacjonuje Kubicki. Dodaje, że placówka kilkukrotnie angażowała się też w negocjacje ze szpitalami, dotyczące terminów i warunków leczenia, gdyż w wielu przypadkach szpitale na czas pandemii ograniczały przyjmowanie chorych dzieci z zagranicy.

„W miarę redukowania restrykcji w nowojorskim okręgu konsularnym przyloty na leczenie chorych dzieci są organizacyjnie łatwiejsze” – przyznaje Kubicki, zapewniając że konsulat pozostaje zaangażowany w pomoc rodzinom i „pozostaje do dyspozycji w każdym przypadku, w którym może służyć pomocą i wsparciem”.

Hess-Rutkowska chwali poziom opieki medycznej w Stanach Zjednoczonych i ocenia, że „to niezwykłe szczęście, że można leczyć dziecko w USA”. „Nie spotkałam się z możliwością bycia nieustająco na OIOM z dzieckiem w polskim szpitalu przed pandemią, zaś w USA w trakcie pandemii jest to standard” – zauważa.

Na to samo zwraca uwagę Kruczek-Link. „W polskich szpitalach z dzieckiem na oddziale może przebywać tylko jeden rodzic. Na niektóre oddziały jest bezwzględny zakaz wstępu, co skutkuje tym, że przez wiele dni, tygodni, miesięcy niektóre dzieci są same. Głównie są to oddziały intensywnej terapii. W Stanach – mimo dużo gorszej sytuacji epidemicznej – można być cały czas razem” – zwraca uwagę.

Z Waszyngtonu Mateusz Obremski (PAP)

Udostępnij:

Paweł Skutecki

Leave a Reply

Koszyk