Tadeusz M. PłużańskiChrystofobia zbrodnicza

Tadeusz M. Płużański Tadeusz M. Płużański16 września, 202011 min

Dzisiejsze ataki na księży i Kościół to tylko dalszy ciąg tego, co robiło poprzednie pokolenie komunistów – pokolenie Jaruzelskiego i Urbana. Wtedy, w PRL, chrystofobia miała charakter zbrodniczy. Tak jak zamordowanie – 19 października 1984 r., lub wkrótce potem – kapelana „Solidarności” – ks. Jerzego Popiełuszki. Mordercy dziś odwołują się do Strasburga, no bo jak tu przeżyć za dwa tys. złotych? 

Pamiętajmy, że trzej księża – zginęli jeszcze później: Stefan Niedzielak i Stanisław Suchowolec w styczniu 1989 r., czyli na kilka miesięcy przed obradami “okrągłego stołu”. Kolejny – ks. Sylwester Zych stracił życie miesiąc po czerwcowych wyborach do kontraktowego Sejmu. Zostali zgładzeni – przez „nieznanych sprawców” – za swoją niestrudzoną walkę o pamięć i prawdę. Tragiczne jest także to, że organom ścigania III RP nie udało się odnaleźć ani wykonawców, ani tym bardziej mocodawców.

Nie sposób jednak nie łączyć śmierci kapłanów z osobami, które pod koniec lat 80. kierowały komunistycznym państwem, przede wszystkim z dwoma tzw. generałami – Kiszczakiem i Jaruzelskim. Przynajmniej musieli o tych sprawach wiedzieć – bo gdyby było inaczej, nie nadawaliby się na przywódców dyktatury. Ale wszystkie próby osądzenia rzeczonych towarzyszy junciarzy we wszystkich wytoczonych procesach nie przyniosły rezultatu. 

Przypomnijmy postaci ofiar – niezłomnych księży. Ks. Stefan Niedzielak – najstarszy z trójki kapłanów – już w czasie niemieckiej okupacji włączył się w walkę o Polskę. Pracę duszpasterską prowadził na terenie Łódzkiego Okręgu AK, kapelan Armii Krajowej w czasie Powstania Warszawskiego. Jako współpracownik Delegatury Rządu na Kraj wcześnie poznał raport Czerwonego Krzyża w sprawie mordu katyńskiego i tą wiedzą dzielił się potem z wiernymi.

Po zakończeniu II wojny światowej ks. Niedzielak nie miał żadnych złudzeń co do zamiarów Sowietów w stosunku do Polski – wiedział, że w miejsce okupanta z Zachodu pojawił się nowy okupant, tym razem ze Wschodu. Dalsze jego działania były konsekwencją obranej wcześniej drogi. Ks. Niedzielak został kapelanem WiN, organizacji, która do dziś jest opluwana przez komunę.

W latach 80., pamiętając o zbrodniach sowieckiego totalitaryzmu, razem z Wojciechem Ziembińskim i przyjaciółmi, stworzył dzieło swego życia – Sanktuarium Poległych i Pomordowanych na Wschodzie na warszawskich Powązkach. Te wszystkie fakty wpłynęły na wydanie na księdza wyroku śmierci. Morderstwo miało też aktualny wymiar polityczny. W tym samym dniu (20 stycznia 1989 r.) obradowała w Gdańsku Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ “Solidarność”, za kilka dni miało się odbyć spotkanie w Magdalence, przygotowujące “okrągły stół”. Opinię publiczną trzeba było zastraszyć.

9 dni później zginął ks. Stanisław Suchowolec, kapelan podlaskiej “Solidarności”. Początkowo był wikarym w Suchowoli, rodzinnej miejscowości ks. Jerzego Popiełuszki. Może to przypadek, ale ci dwaj kapłani musieli się spotkać. Mimo różnicy wieku (ks. Jerzy był starszy o 11 lat) zaprzyjaźnili się. Dla “nieznanych sprawców” ten fakt miał niebagatelne znaczenie. Miesiąc po mszy w suchowolskim kościele, którą odprawiał ksiądz Suchowolec, a homilię głosił ksiądz Popiełuszko, ten ostatni został zamordowany. Był rok 1984. Stanisławowi Suchowolcowi dane było żyć jeszcze przez niecałe 6 lat.

Na msze za Ojczyznę do Suchowoli – podobnie jak do kościoła Św. Stanisława Kostki na warszawskim Źoliborzu – zaczęły ściągać tłumy wiernych. Dwa lata później ksiądz Suchowolec przeniósł się do parafii w dzielnicy Białegostoku Dojlidy. SB jednak czuwała. Mimo powtarzających się coraz częściej gróźb (“zdechniesz jak Popiełuszko”) nie zrezygnował z działalności patriotycznej – nadal, z jeszcze większym zaangażowaniem, odprawiał msze za Ojczyznę. Chciał kontynuować dzieło ks. Jerzego i kultywować pamięć o zamordowanym kapelanie “Solidarności”.

Kres przyszedł pod koniec stycznia 1989 r. Oficjalnym powodem śmierci Stanisława Suchowolca było… zatrucie się tlenkiem węgla, które miało być spowodowane pożarem wywołanym awarią termowentylatora. Prokurator PRL stwierdził, że był to nieszczęśliwy wypadek. Tyle że owego tragicznego dnia w mieszkaniu ks. Suchowolca był widziany krótko ostrzyżony, nieznajomy mężczyzna w wieku ok. 40 lat. Rysopis napastnika został dokładnie odtworzony. Mimo to – podobnie jak w przypadku księdza Niedzielaka – do dziś sprawcy mordu pozostają poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości III RP.

Wydawałoby się, że po podpisaniu umów “okrągłego stołu” terror – tak jak jego strażniczka PZPR – przejdzie do historycznego lamusa. Tymczasem ofiarą znów padł ksiądz. Sylwester Zych w chwili śmierci miał 39 lat. Dla niego 1989 r. też okazał się “przełomem”.

Kilka lat wcześniej, w 1982 r. ks. Zych udzielił pomocy młodym ludziom, którzy nie pogodzili się z wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego. Wiedział, że po zdobyciu broni chcieli odbić internowanych kolegów. Wiedział również, że w trakcie próby kradzieży owej broni zginął przypadkowo milicjant. Tym bardziej zdawał sobie sprawę z konsekwencji, jakie grożą zarówno im, jak i jemu. “Ludowa” władza oczywiście wykorzystała sytuację – wreszcie miała “haka” na niepokornego kapłana. Z księdza zrobiono terrorystę i przywódcę związku zbrojnego, a po wyroku wsadzono na prawie pięć lat do więzienia. Sylwester Zych długo wolnością się nie nacieszył. “Nieznani sprawcy” co jakiś czas dawali mu do zrozumienia, że wkrótce umrze. 11 lipca 1989 r. ich groźby się spełniły.

Innym „terrorystą” był ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Kilka lat temu dokument o prześladowaniu przez SB tego kapelana “Solidarności” z Nowej Huty pokazała telewizyjna “Jedynka”. Obok wstrząsających scen znęcania się w 1985 r. nad kapłanem, oglądaliśmy butę prześladowców. O księdzu Zaleskim mówili: nie był żadną ważną osobą w Kościele, a teraz chce zrobić z siebie bohatera. W dalszej części filmu esbecy bezceremonialnie twierdzili, że nie szkodzili Kościołowi, a przeciwnie – działali dla jego dobra, “porządkując szeregi”. Poprawiali poziom życia współpracującym z nimi księżom. Szczyt zakłamania i chamstwa.

Najbardziej brutalnym stwierdzeniem było zdanie o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki: “Jak taki doświadczony funkcjonariusz Piotrowski mógł zrobić taką fuszerkę?”. Esbecy mówili to wszystko beznamiętnie, bez cienia wątpliwości, jakichkolwiek wyrzutów. Mówili przede wszystkim ze świadomością, że za swoje słowa, a tym bardziej czyny, nie poniosą żadnej odpowiedzialności.

Właściwie jedyna „przykrość”, jaka ich spotkała, to odebranie przywilejów emerytalnych. Ale teraz odwołują się do Strasburga.

Tadeusz Płużański

Felietony i komentarze nie zawsze odzwierciedlają poglądy i opinie redakcji. 

Udostępnij:

Tadeusz M. Płużański

Tadeusz M. Płużański

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

nine − 4 =