100 lat temu doszło do bitwy pod Dytiatynem

Karol Kwiatkowski16 września, 202015 min

100 lat temu, 16 września 1920 r., pod Dytiatynem garstka polskich żołnierzy przez kilka godzin powstrzymywała kilkukrotnie większe siły wojsk bolszewickich. Jej poświęcenie uratowało pozostałe polskie oddziały przed rozbiciem i sprawiło, że bój ten nazywany jest „polskimi Termopilami”.

Historia wojny polsko-bolszewickiej to przede wszystkim dzieje wielkich starć manewrowych toczonych na ogromnych przestrzeniach Kresów lub Mazowsza. Wojna obfitowała jednak również w drobne boje angażujące co najwyżej setki żołnierzy. Część z nich miała jednak ogromne znaczenie dla losów większych bitew lub całej kampanii. Poświęcenie żołnierzy pod Ossowem pozwoliło zyskać bezcenny czas, niezbędny do przygotowania potężnej ofensywy z południa. Wiele innych batalii jest dziś znacznie mniej znanych.

Niektóre z bitew kampanii roku 1920 z powodu ogromnego poświęcenia walczących i gigantycznych strat przeszły do historii jako „polskie Termopile”. Te najsłynniejsze to bitwa pod Zadwórzem koło Lwowa. 17 sierpnia 1920 r. batalion młodych polskich ochotników liczący 330 osób pod dowództwem kpt. Bolesława Zajączkowskiego, należący do zgrupowania rtm. Romana Abrahama, ustępując pod naporem konnicy Siemiona Budionnego, natknął się pod Zadwórzem na bolszewicki oddział 6 Dywizji Kawalerii. Polacy zdobyli po ciężkich walkach umocnione pobliskie wzgórze i szarżą na bagnety zmusili baterię nieprzyjacielskiej artylerii do przerwania ostrzału i wycofania się za wieś. Mimo ostrzeliwania przez artylerię i broń maszynową bój trwał jedenaście godzin. W tym czasie obrońcy odparli sześć szarż konnych. Batalion uległ dopiero po przybyciu nowych sił kawalerii bolszewickiej i wyczerpaniu amunicji. Zdziesiątkowani, pozbawieni amunicji, żołnierze walczyli do końca na kolby i bagnety. Opór ochotników pod Zadwórzem umożliwił innym oddziałom wycofanie się i zajęcie pozycji obronnych pod Lwowem. W nierównej walce poległo 318 polskich żołnierzy. Większość poddających się została rozsiekana przez Kozaków. Ostatni akt dramatu rozegrał się w pobliżu budki dróżnika kolejowego, gdzie bolszewicy zmasakrowali ostatnich trzydziestu pozostałych przy życiu ochotników. Dowódca, kpt. Zajączkowski, popełnił samobójstwo wraz z resztą ocalałych oficerów.

Legenda boju na przedpolach Lwowa jest pamiętana do dziś. W okresie międzywojennym równie sławna była postawa żołnierzy walczących pod Dytiatynem. Stawką tego starcia nie było jedno z najważniejszych polskich miast, ale losy nabierającego tempa polskiego marszu na wschód. Od końca sierpnia ofensywę w Galicji Wschodniej prowadziły dywizje składające się na Grupę Operacyjną dowodzoną przez gen. Stanisława Hallera. Zgodnie z rozkazami polskiego sztabu spoczywało na niej niezwykle odpowiedzialne zadanie sparaliżowania ruchów Armii Konnej Budionnego, tak aby nie była w stanie uderzyć na Wołyń lub Lwów. Po rozbiciu sił Budionnego w bitwie Grupa Operacyjna dotarła nad Dniestr w okolicach Tarnopola. Siły na tym odcinku frontu zostały wzmocnione dwiema dywizjami piechoty, brygadą kawalerii i pułkiem artylerii górskiej. Część z tych oddziałów miała za sobą ciężkie, ale zwycięskie walki na przedpolach Warszawy. Grupie towarzyszyły siły ukraińskie gen. Pawła Udowiczenki.

14 września Polacy i Ukraińcy rozpoczęli ofensywę, która do historii przeszła jako bitwa nad Dniestrem. Szybko zdobyto Czortków, ale większość dwóch dywizji sowieckich strzegących tej części pozostała nienaruszona. Marsz polskich i ukraińskich oddziałów przebiegał w trudnych warunkach. Krajobraz tej części Galicji jest poprzecinany licznymi wąwozami i urozmaicony wzgórzami. Poszczególne pułki posuwały się więc na wschód w izolacji od siebie. Zdarzało się, że poszczególne oddziały maszerowały do tego samego miejsca oddalonymi od siebie drogami. Często ich „łącznikami” były niewielkie oddziały piechoty złożone głównie z ochotników. Jednymi z nich były 3 Batalion z 13 Pułku Piechoty „Dzieci Krakowa” oraz kilka baterii artylerii z 8 Brygady Artylerii.

Na czele oddziału liczącego ok. 600 żołnierzy stał kpt. Jan Gabryś. O poranku 16 września jego batalion maszerował w kierunku miasta Podhajce. Z lasu wyłonili się żołnierze. Dopiero po chwili okazało się, że to siły bolszewickie. W obliczu przewagi nieprzyjaciela kpt. Gabryś rozkazał zająć opanowane przez niewielki oddział bolszewicki Wzgórze 385 koło Dytiatyna. Obronę na wzgórzu ułatwiały zachowane austriackie okopy z czasów I wojny światowej.

Początkowo bolszewicy wycofali się na bezpieczną odległość i ograniczyli swoje działania do ostrzału artyleryjskiego. Polacy odpowiadali ogniem ciężkich karabinów maszynowych i dział. Pierwszy szturm bolszewickiej piechoty i kawalerii nastąpił ok. godz. 11. Udało się odeprzeć także następny szturm. Jednak kolejne ataki powodowały bardzo szybkie zużywanie amunicji. Sowietom udało się też zniszczyć jedno działo. Ataki prowadziły głównie oddziały z elitarnej 8 Dywizji Czerwonych Kozaków, liczące łącznie ok. 3,5 tys. żołnierzy.

Po kolejnym ataku, ok. godz. 14, kpt. Gabryś wydał rozkaz stopniowego opuszczania wzgórza. Planowano odwrót na południe, tak aby w boju odwrotowym opóźniać marsz bolszewików i w ten sposób w dalszym ciągu osłaniać skrzydło 8 Dywizji Piechoty. „Skrwawienie nasze uratuje 8 Dywizję [Piechoty – przyp. red.]” – stwierdził w swoim ostatnim rozkazie dowodzący baterią artylerii górskiej kpt. Adam Zając. Udało się wycofać tabory oraz część dowództwa.

Ostatni atak Sowietów nastąpił w momencie, gdy wszyscy pozostali przy życiu obrońcy wzgórza szykowali się do jego opuszczenia. Po wyczerpaniu amunicji Polacy bronili się bagnetami i kolbami karabinów. Jednym z ostatnich pozostających przy życiu był kpt. Adam Zając. Tych, którzy przeżyli i zostali wzięci do niewoli, brutalnie zamordowano cięciami szablą. Dzięki obronie do końca udało się pokrzyżować sowieckie plany szybkiego zaatakowania reszty polskich i ukraińskich sił w tym regionie.

W obronie pozycji pod Dytiatynem poległo około stu żołnierzy. Kilkudziesięciu rannych udało się ewakuować wraz z taborami. Straty bolszewików były nieporównywalnie większe.

Przez siedemnaście kolejnych lat dowódca sowieckiej grupy operacyjnej walczącej pod Dytiatynem Iona Jakir był przedstawiany jako jeden z największych bohaterów wojny domowej. Bolszewicki zbrodniarz, podobnie jak wielu jego towarzyszy, padł ofiarą stalinowskiej wielkiej czystki w korpusie oficerskim Armii Czerwonej. W czerwcu 1937 r. wraz z m.in. Michaiłem Tuchaczewskim został skazany na karę śmierci. Próbował się ratować, pisząc czołobitny list do przywódcy ZSRS. Stalin nie uwzględnił jego błagań o życie i na liście dopisał: „szuja i prostytutka”.

Ręce sowieckiego dyktatora dosięgły także dowódcy polskiego batalionu. Jan Gabryś służył w Wojsku Polskim przez całe dwudziestolecie międzywojenne. Poza pracą sztabową dowodził m.in. Śląsko-Cieszyńską Brygadą Obrony Narodowej w Bielsku. We wrześniu 1939 r. w stopniu podpułkownika stał na czele 52 Pułku Piechoty Strzelców Kresowych. Walczył w ramach 12 Dywizji Piechoty. Po jej rozbiciu resztki pułku znalazły się w okolicach Buczacza. Tam zostały wzięte do niewoli przez Sowietów. Ppłk Jan Gabryś został zamordowany wiosną 1940 r. w Charkowie. Jego ciało zostało ukryte w Piatichatkach. Postanowieniem prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego z 5 października 2007 r. został awansowany pośmiertnie do stopnia generała brygady.

W miejscu bitwy powstał monumentalny panteon. Został zniszczony w 1948 r. Przez kolejne dziesięciolecia miejsce to było otoczone opieką przez miejscową ludność. Po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości wzniesiono tam krzyż. Odbudowany panteon otwarto ponownie 16 września 2015 r.

W rozkazie wydanym po bitwie dowódca 8 Dywizji Piechoty płk Stanisław Burhardt-Bukacki napisał: „Wytrwali wszyscy tak żołnierze, jak i oficerowie mężnie na swoich stanowiskach, poświęcając raczej swe życie niż działa i honor Żołnierza Polskiego. […] Męstwo ich i nieustraszona odwaga niech zapalą w nas ten wielki ogień Miłości Ojczyzny, który oby prowadził wszystkich śladami takich bohaterów. Na dowód też uznania tego męstwa i poświęcenia przedstawiono baterię 4-ą 1-go pułku artylerii górskiej jako +baterię śmierci+ do Krzyża Virtuti Militari”.

Bój pod Dytiatynem, podobnie jak Bitwę Warszawską, upamiętnił batalista Jerzy Kossak. Tryptyk przedstawiający walkę baterii znajdował się w sali Departamentu Artylerii Ministerstwa Spraw Wojskowych. Drugi obraz przedstawiający batalię ozdabiał salę balową kasyna oficerskiego w koszarach 13 Pułku Piechoty w Pułtusku. Wszystkie obrazy zaginęły podczas II wojny światowej. Do dziś zachował się mniejszy, powstały w 1936 r. Malarz zadedykował go swojemu przyjacielowi, ppor. Jakubowi Fastowi, który walczył pod Dytiatynem jako dowódca jednej z kompanii i przeżył bitwę.

 

 

Udostępnij:

Karol Kwiatkowski

Wiceprezes Zarządu Fundacji "Będziem Polakami" - wydawcy Naszej Polski. Dziennikarz, działacz społeczny i polityczny.

Leave a Reply

Koszyk