Patryk HessOd wojny do wojny, czyli rozmyślania o Williamie de Birmingham

Patryk Hess Patryk Hess14 lipca, 202010 min

W pierwszym tygodniu lipca 2020 roku Bull Ring, historyczne centrum Birmingham, wygląda – a przynajmniej zdaje się wyglądać – nieco lepiej niż zwykle. Otwarte ponownie po lock-downie sklepy przyciągają tłumy przechodniów, wielopiętrowa księgarnia Waterstones wabi potencjalnych klientów nowymi promocjami. Krzykliwi muzułmanie rozdają przy swoim stanowisku darmowe egzemplarze Koranu. Cytując wyrwane z kontekstu fragmenty Pisma Świętego, mają nadzieję w ekspresowym tempie nawrócić ludzi na drogę półksiężyca. Brakuje stoiska z pamiątkami. Widocznie pandemia (a przynajmniej jej medialny obraz) przegnał wystarczająco wielu turystów, by opłacało się otwierać kram.

Fot. Christophe Finot

Niejako na uboczu tego zgiełku znajduje się majestatyczny kościół św. Marcina. Ze względu na ukształtowanie chodnika i różnicę wysokości, iglica jego wieży wyłania się przechodniom jakby spod ziemi, tworząc kontrast z otaczającymi ją, nowoczesnymi budynkami.

Bez większej nadziei nacisnąłem na klamkę by wejść do środka. Przyzwyczaiłem się już, że kościół przeważnie jest zamknięty. Powód, dla którego katolik chce wejść do anglikańskiego kościoła? Oprócz walorów estetycznych, takich jak zachowany witraż Edwarda Burne-Jonesa, czy historycznych, co jest oczywiste dla najstarszego w mieście kościoła, w świątyni znajduje się miejsce, któremu będzie poświęcony ten wpis.

Klamka, jak prawie zawsze, nie ustąpiła. A szkoda. Wewnątrz można pomodlić się przy grobie jednego z członków rodziny panującej w Birmingham w średniowieczu, Williama de Birmingham.

Według strony bullring.org (co warto podkreślić, bo jeszcze nigdy nie znalazłem potwierdzenia tej informacji w innych źródłach), William uczestniczył w dwóch krucjatach. Ponieważ zmarł w wieku 72 lat w 1325 roku, można próbować odgadnąć, w których krucjatach uczestniczył – było ich przecież tylko kilka, a większość wypraw była od siebie oddzielona dziesiątkami lub setkami lat.

autor: Jean Fouquet z „ Grandes Chroniques de France”

Moim zdaniem William uczestniczył najpierw jako siedemnastolatek w VII krucjacie pod wodzą króla Francji Ludwika IX. Podczas oblężenia Tunisu wśród krzyżowców rozprzestrzeniła się zaraza a król zmarł. Krucjata okazała się kompletną klapą.

Można domniemywać, że po odstąpieniu od Tunisu młody William został zgarnięty do armii tyle co przybyłego do wybrzeży Afryki księcia Anglii Edwarda I. Ten miał w planie zebrać niedobitki spod Tunisu, zreorganizować wojsko na Sycylii i walczyć dalej o Ziemię Świętą. Na statku zmierzającym do Sycylii William mógł zatem podsumować nieszczęścia ostatnich miesięcy, jakie go spotkały: zetknięcie z muzułmanami, śmierć kompanów, choroby… co jeszcze mogło go tu, na statku, zaskoczyć?

A, no tak, sztorm. Flota Edwarda została przetrzebiona przez sztorm.

Kiedy dopłynęli w końcu na Sycylię, z pewnością wielu z mości szlachciców przeszła przez głowę jakże rozsądna myśl, że w sumie można się stąd zabrać do domu.

To mój ulubiony moment. Wraca taki William z Tunezji na końcu świata, na słowo krucjata odpalają mu się świeże wspomnienia braku wody, upału, brudu, smrodu, głodu, syfu, widma śmierci i miejsc, gdzie dzień dobry mówi dżuma, a dobranoc miecz Saracenów. W ustach ciągle sucho, piąty koń z rzędu ledwo żyje, ciuchy się rozpadają a piach ciągle skrzypi w butach.

Spluwa na ziemię, poprawia miecz przy pasie i mruczy do siebie: dobra, pojadę jeszcze raz.

(Tutaj mamy trochę nomenklaturalnego zamieszania, bo to, co my nazywamy VII krucjatą, Anglicy nazywają VIII, a następująca po niej krucjata w polskiej historiografii występuje jako wyprawa króla Edwarda I, a w świecie zachodnim jako IX krucjata. Galimatias wynika z tego, że IX krucjatę przygotowywał Edward I razem z Leonem IX – tak, właśnie tym, który poległ pod murami Tunisu. Czyli: poprzednia się jeszcze nie skończyła, a oni już kombinowali, jak organizować następną. Kiedy poprzednia krucjata zdychała w słońcu pod Tunisem, Edward I przypłynął, pozbierał tych, co przeżyli i po reorganizacji uderzył w innym miejscu – i to jest właśnie kolejna krucjata. Koniec wyjaśnienia nomenklaturalnego galimatiasu.)

Bogatszy o nowe przeżycia, przekleństwa, modlitwy i iskry obłędu w oczach, które widziały zbyt wiele, William towarzyszy Edwardowi w spektakularnych sukcesach odnoszonych nad sułtanem Bajbarsem. Edward nie mógł jednak załagodzić sporów w samym Królestwie Jerozolimskim (Hugo III Cypryjski nie dogadywał się z wpływową rodziną Ibelinów z Cypru, samo Królestwo już się sypało) ponadto książę miał poważne powody, żeby wracać do Anglii. Zmarł mu ojciec, trzeba było łapać tron, bo chętnych do niego nie brakowało. Edward, pozostali przy życiu rycerze, a wśród nich niespełna dwudziestoletni William de Birmingham, wrócili do Anglii.

No, chyba, że było całkiem inaczej. Bo wiecie, o Williamie na krucjatach jest tylko jedno zdanie. I źródło nie do końca pewne…

Moim zdaniem, to wspaniały materiał na film historyczny. Barwny bohater, trudne wybory, sceny batalistyczne, a wątek miłosny zawsze można gdzieś wcisnąć.

Cóż. Naciskam jeszcze raz klamkę. Nie ustąpiła, strzegąc tego, co we wnętrzu kościoła. Uparta, jak ten de Birmingham…

Patryk Hess

Patryk Hess

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

four × five =

Posty powiązane