Pięć lat temu zmarł Krzysztof Kąkolewski, którego Wańkowicz nazwał Profesorem Reportażu

Karol Kwiatkowski24 maja, 202023 min

24 maja upływa pięć lat od śmierci Krzysztofa Kąkolewskiego, którego Melchior Wańkowicz nazwał Profesorem Reportażu. Jego twórczość daje wiedzę, niezbędną do obrony dobrego imienia Polski i Polaków oraz czynnego przeciwstawienia się akcji dyfamacyjnej – powiedziała PAP Joanna Kąkolewska.

Urodził się 16 marca 1930 r. w Warszawie. Był twórcą reportażu psychologicznego, czołowym przedstawicielem polskiej literatury faktu przełomu XX i XXI wieku, autorem scenariuszy, opowiadań i powieści.

Gdy miał dziewięć lat, stracił ojca, który zginął 17 września 1939 r. w obronie Warszawy. „Od tej pory sam musiałem być dla siebie ojcem” – napisał w rozliczeniu z życiem „Spoza lustra lustracji” (2015). „Brak ojca, choć wydał mnie na łaskę i niełaskę innych, wyrobił we mnie impuls niezależności. Od 17. roku życia nauczyłem się uczyć i zarabiać na siebie” – wyznał Marcie Sieciechowicz, autorce książki „Potwór z Saskiej Kępy” (2009).

W Powstaniu Warszawskim stracił rodzinny dom. „Piece wisiały w powietrzu, z pokoi zostały tylko kwadratowe kolory na ścianach (…). Z mebli zachowały się ich kontury” – tak opisał w powieści „Paradis” (1989) moment, w którym zrozumiał „co to jest wygnanie, bezdomność, niemożność znalezienia dla siebie miejsca”.

Gdy w 1990 r. odwiedził Adama Humera, zauważył, że dom, w którym mieszkał stalinowski zbrodniarz, stał na miejscu kamienicy, w której mieszkali rodzice Kąkolewskiego. Spłonęła 8 sierpnia 1944 r., ale mury były w dobrym stanie i lokatorzy chcieli ją odbudować. Jednak władze nie pozwoliły na to. „Zwalono mury. Jednak pozostawiono fundamenty, na których stanął nowy budynek przeznaczony dla wysokich urzędników. Gdy nawiązałem do tego, Humer potwierdził: +Tak, to były bardzo dobre fundamenty+” – zanotował Kąkolewski.

„Krzysztof pochodził z warstwy inteligencji poszlacheckiej, którą sowieccy najeźdźcy fizycznie eksterminowali lub rugowali z życia społecznego. Czuł się wyalienowany i często powtarzał: +Żyłem nieswoim życiem+” – powiedziała PAP Joanna Kąkolewska, wdowa po pisarzu i współautorka kilku jego książek. „Gdyby nie wojna i niemiecka okupacja, a potem komunizm i okupacja sowiecka, to jako przedstawiciel polskich elit oraz twórca nie zostałby zepchnięty na margines życia kulturalnego” – wyjaśniła.

Zadebiutował w wieku 16 lat, gdy nauczyciel języka polskiego przesłał do prasy jego wypracowanie na temat Ziem Odzyskanych. Mając 19 lat, rozpoczął pracę reporterską w tygodniku „Pokolenia”. W 1950 r. został przeniesiony do „Sztandaru Młodych” gdzie pisał reportaże interwencyjne. Bohaterka jednego z nich, list do niego rozpoczęła od słów: „Rycerzu dobrej nadziei”.

„Ten list zachowałem, bo nazwała mnie tak, jak skrycie pragnąłem być nazywany” – powiedział Kąkolewski w „Potworze z Saskiej Kępy”.

W 1954 r. ukończył Wydział Dziennikarski Uniwersytetu Warszawskiego. Ze „Sztandaru” został wyrzucony z „wilczym biletem” w 1958 r., za demaskatorskie publikacje na temat lokalnych układów partyjno-mafijnych. Gdy zakaz druku jego tekstów cofnięto, wystartował jako reporter kryminalny w „Kurierze Polskim”. Latem 1963 r., przedostał się przez kordon sanitarny i opisał walkę z epidemią ospy we Wrocławiu.

Słynął z benedyktyńskiej pracy w archiwach i umiejętności odnajdywania świadków zdarzeń. Choć poruszał najbardziej drażliwe i kompromitujące tematy – nie miewał procesów. „Był fanatykiem szczególnej staranności zawodowej” – podkreśliła Kąkolewska.

W ciągu przeszło 50 lat pracy wydał 39 książek, o łącznym nakładzie ponad 1,5 mln egzemplarzy.

Jego najbardziej poczytne pozycje to zbiór reportaży, mających za punkt wyjścia prasowe ogłoszenia „Trzy złote za słowo” (1964); „Jak umierają nieśmiertelni” (1973) – opisanie zbrodni w Bel Air dokonanego w 1969 r. przez bandę Charlesa Mansona w domu Romana Polańskiego; wywiad-rzeka z Melchiorem Wańkowiczem zatytułowany „Wańkowicz krzepi” (1973); „Co u pana słychać?” (1975) – rozmowy ze zbrodniarzami hitlerowskimi i zbiór reportaży „Baśnie udokumentowane” (1976).

W latach 1956-59 oraz 1962-2004 prowadził zajęcia na Podyplomowym Studium Dziennikarstwa UW.

W wieku 48 lat zadebiutował jako beletrysta, zaczął wydawać powieści – „Notatka” (1982), „W złą godzinę” (1983), „Sygnet z Jastrzębcem” (1988), „Paradis” (1989), „Mięso papugi” (1997). A także zbiory opowiadań – „Lato bez wakacji” (1986), „Szukanie Beegera. Opowiadania gojowskie” (1993) i „Najpiękniejsze i najskromniejsze” (2000).

Nadal badał tajemnice powojennej historii Polski. Owocem śledztw dziennikarskich były książki: „Wydanie św. Maksymiliana w ręce oprawców” (1989) – o agentach gestapo w otoczeniu ojca Kolbe; „Diament odnaleziony w popiele” (1995) – stanowiący faktograficzną rewizję peerelowskiej obowiązkowej lektury Jerzego Andrzejewskiego pt. „Popiół i diament”; „Umarły cmentarz” (1996) – o pogromie kieleckim; „Ksiądz Jerzy w rękach oprawców” (2004) – o kulisach śmierci księdza Popiełuszki i „Generałowie giną w czasie pokoju” (2004–06) – o morderstwach politycznych w III RP.

Twórczość Kąkolewskiego jest szczególnie naznaczona wojną, zwłaszcza reportaże, które wypływają z tego, co nazwał „trwaniem wojny”. Wymyślił w literaturze faktu nowy gatunek – pierwszym „reportażem psychologicznym” były rozmowy z nieukaranymi zbrodniarzami hitlerowskimi, opublikowane w książce „Co u pana słychać?”.

Zdaniem żony autora historia tego tomu reportaży pokazuje, że komuniści de facto odstąpili od ścigania zbrodniarzy hitlerowskich – przystali na ich bezkarność. „Wymowny jest fakt, że archiwum Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, które zawierało akta ludobójców, w latach 70-tych mieściło się w piwnicy, gdzie było gorące, wilgotne powietrze o silnym zapachu stęchlizny. W tym pomieszczeniu z rur biegnących pod sufitem woda kapała na betonową posadzkę, a na ścianach były liszaje pleśni” – opisała Kąkolewska.

Przypomniała, że gdy reporter zgłosił w redakcji zamysł konfrontacji z hitlerowcami, w opinii szefów zaczął uchodzić za „idiotę politycznego”. „Wówczas wstrzymywano ściganie zbrodni hitlerowskich, z dbałości o samopoczucie Niemców. Edward Gierek zaciągał przecież u nich kredyty, które zasilały bank RWPG w Moskwie” – powiedziała. „Zachowane dokumenty hitlerowskie planowano wywieźć do Berlina Wschodniego, z uzasadnieniem, że… niemieckie dokumenty powinny być w Niemczech! Takie działania określano za Gierka mianem +normalizacji+!” – dodała.

Kąkolewska wyraziła obawy, w jakim stanie – i gdzie są te dokumenty dziś, gdy Niemiecki Trybunał Konstytucyjny postanowił rozliczyć zbrodniczą przeszłość niemieckich sędziów. „Deutsche Welle podało 27 lutego 2020 r., że zadecydowano o przeprowadzeniu takich badań historycznych. Czeka ich wiele ponurych odkryć, tak jak mojego męża, który kariery niemieckich sędziów studiował przed 50 laty” – zaznaczyła. „Najdłużej – do 1977 r. – urzędujący sędzia w historii Niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego, Willi Geiger, podczas okupacji wydawał wyroki śmierci na Polaków, a nawet asystował przy egzekucjach” – przypomniała.

„W pewnym sensie oba totalitaryzmy współpracowały również po II wojnie, aby utrzymać Polaków w szachu, w podległości. To było najbardziej szokujące odkrycie Kąkolewskiego” – wyjaśniła.

Do śmierci twierdził, że wszystko, co czynili Niemcy pod wodzą Hitlera, przyniosło korzyść stalinowskiej Rosji. „To samo myślał o budowie rurociągu Nord Stream II i mówił, że +Niemcy stale maszerują w złym kierunku+” – przypomniała Kąkolewska.

Zapamiętała reakcję kolegów reportera na wieść, że leci do RFN, aby udokumentować, że zbrodniarze wciąż piastują wysokie stanowiska: są filarami rzekomo zdenazyfikowanego społeczeństwa.

„Krzysztof Teodor Toeplitz wówczas zakrzyknął: +Żydzi ci tego nie darują+ +My?+ zapytał zaskoczony Grzegorz Lasota, na co Toeplitz odparł: +Przecież to powinien być NASZ temat, a tu… nie. Tak być nie powinno!” – opisała Kąkolewska.

„Zamiarem Krzysztofa było zburzyć hitlerowcom spokój – odebrać im komfort” – dodała. Przypomniała, że wpływowi wówczas ludzie m. in. Andrzej Szczypiorski i Kazimierz Koźniewski twierdzili, że „polski pisarz fraternizował się z hitlerowcami”, „antyszambrował u hitlerowców”, „szerzył nazizm”.

„Za przypomnienie Niemcom ich zbrodni, byłem napiętnowany w PRL jako nazi. Myślałem, że już nigdy nie będę mógł pisać po polsku. Nie tylko w PRL. Gierek był dobrze widziany jako osoba łącząca PRL z Zachodem również przez wiele organów prasy emigracyjnej” – zanotował Kąkolewski w książce „Generałowie giną w czasie pokoju”.

„Społeczeństwo nie dało się zmanipulować. Ale ta książka nadal nie ma w polskiej kulturze właściwego miejsca” – oceniła żona reportera.

W 2016 r. młody naukowiec z Polski pracujący na uniwersytecie w Massachusetts, Krzysztof Rowiński, odkrył że rozmowy z niemieckimi zbrodniarzami od 1975 r. nie zostały przetłumaczone na angielski. „Przełożył więc fragmenty trzech i doprowadził do tego, że zostały opublikowane w +The Massachusetts Review+, choć obawiam się, że miał z tego powodu przykrości” – podkreśliła.

„Starannie udokumentowana twórczość Krzysztofa Kąkolewskiego dostarcza argumentów i informacji, niezbędnych do obrony dobrego imienia Polski i Polaków oraz czynnego przeciwstawiania się akcji dyfamacyjnej” – powiedziała PAP Kąkolewska.

Na potrzeby „Co u pana słychać?”, profesor Czesław Pilichowski, w latach 1965-84 dyrektor Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, pożyczył reporterowi tajny stenogram procesu w Norymberdze. Ta lektura pozwoliła Kąkolewskiemu odkryć zbieżność dat, którą następnie przywołał w książce „Umarły cmentarz: wstęp do studiów nad wyjaśnieniem przyczyn i przebiegu morderstwa na Żydach w Kielcach dnia 4 lipca 1946 r.” (2004).

Joanna Kąkolewska, współautorka tej książki, zestawia daty. „4 lipca 1946 r. w Norymberdze zostały wygłoszone mowy adwokatów, którzy bronili Niemców, wyjątkowo niewinnych zbrodni, lecz oskarżonych przed Międzynarodowym Trybunałem o jej dokonanie w Katyniu. Tego samego dnia NKWD dokonało zbrodni w Kielcach. Innymi słowy, tak zwany pogrom kielecki posłużył Sowietom za medialną przykrywkę dla mów broniących Niemców od zarzutów wymordowania polskiej elity. +Świeża krew+ zamaskowała dawną sowiecką zbrodnię, zepchnęła ją z nagłówków. A Polacy, obwołani brutalnymi zabójcami Żydów nie mogli liczyć na współczucie w roli ofiar” – wyjaśniła.

„Przy wszystkich zastrzeżeniach do tej książki (…) Kąkolewski stawia bardzo logiczną w moim odczuciu tezę, że w tej zbrodni chodziło o odbyte cztery dni wcześniej referendum” – ocenił pisarz Wacław Holewiński w radiowej „Trójce” (2016). „Cała prasa na świecie pisała, że to referendum zostało sfałszowane. Po pogromie wszyscy mówili już tylko o zbrodni, nikogo nie martwił los Polaków” – podkreślił.

„Najbrutalniejsze, personalne ataki na Kąkolewskiego, – a jednocześnie brak merytorycznej dyskusji nad jego odkryciami – nastąpiły gdy ocenił, iż pogrom zorganizowały i wykonały własnymi środkami komunistyczne siły milicyjno-wojskowe i paramilitarne” – oceniła Joanna Kąkolewska. „Odtąd do naszego suchedniowskiego dworku było dwadzieścia osiem włamań. Z domu wyniesiono wszystkie przedmioty, pozostawiono gołe ściany. Sprawcy pozostali nieznani” – relacjonowała.

W 2010 r. Max Fuzowski z „Newsweeka” przywołał inne reakcje: „+Gazeta Wyborcza atakowała go za książkę o pogromie kieleckim, w której przypisywał jego organizację NKWD. Wtedy przypięto Kąkolewskiemu łatkę skrajnego prawicowca i próbowano pomawiać o antysemityzm”.

Coryllus – Gabriel Maciejewski, który przed laty pracował w archiwum „Wyborczej”, odwiedził wtedy stare kąty. „Zapytałem pewną starszą panią o tego Kąkolewskiego, a ona wykrzyknęła: + To szuja! Wybrał patriotyzm!+ ” – napisał na swoim blogu. „Bardzo często czuję się emigrantem” – powiedział Kąkolewski w filmie dokumentalnym Roberta Kaczmarka, z cyklu „Errata do biografii” (2007) – „I tu już nie zawiniła tylko historia, ale to że wielu ludzi w Polsce przyjęło pewne reguły narzucone przez komunizm, a potem zręcznie rozwinięte przez pseudo-kapitalizm. I wśród nich czuję się obco” – wyjaśnił.

Nie należał do partii ani żadnych grup i koterii. „Kiedy wyrzucali mnie z Literatury (…) pani kadrowa powiedziała: +Bo on nigdy nie był na żadnej wódce koleżeńskiej+” – powiedział Kąkolewski Marcie Sieciechowicz.

Izolacja pogłębiała się z każdym rokiem. „W ostatnim okresie życia czuł się uśmiercony cywilnie, niepotrzebny. Zrezygnował nawet z pracy na Wydziale Dziennikarstwa UW, gdzie płacono mu 500 zł za pół etatu” – powiedziała Kąkolewska. „Twierdził, że nawet pani, która tam robi herbatę, zarabia więcej” – dodała.

„Mam wrażenie, że nadszedł czas kłamstwa i bezczelności. Bezkarność powoduje niesłychane odkształcenie, można napisać, co się chce, można więc każdego opluć i nie ma na to żadnego sposobu” – zacytowała słowa męża w rozmowie z PAP Kąkolewska. Przypomniała, że niektórych dziennikarzy, nawet tych, którzy byli wcześniej jego uczniami, nazywał „bandytami słowa”.

W ostatnim okresie życia stał się obiektem pomówień o współpracę z SB. Aby wyjaśnić sprawę, przeprowadził swoistą autolustrację w książce „Za lustrem lustracji” (2015).

Marek Miller, wykładowca Instytutu Dziennikarstwa UW napisał o Kąkolewskim w pośmiertnym wspomnieniu: „To była postać niezwykle arystokratyczna, o olbrzymiej wolności wewnętrznej. W czasach komunizmu żył, jakby tego ustroju po prostu nie było”.

„W każdym razie stwierdzić trzeba, że był Krzysztof Kąkolewski jednym z nielicznych, a być może jedynym prawdziwym autorem, jaki żył w PRL i w ćwierć wieku po jego upadku. Może nie wszystko mu się udawało, ale przynajmniej się starał” – napisał Coryllus.

Zmarł 24 maja 2015 r. w Warszawie. Poza grobem na wojskowych Powązkach nie ma w stolicy Polski żadnego upamiętnienia. Co również, w pewnym sensie, przewidział. W opublikowanym w 1980 r. w tygodniku „itd” wywiadzie, przeprowadzonym przez jego studentów na ostatnie pytanie: „może kiedyś Pana imieniem nazwą ulicę. Z jaką ulicą Pan by chciał się przeciąć?”, Kąkolewski odpowiedział: „dość tego!”.

Iwona L. Konieczna (PAP)

Udostępnij:

Karol Kwiatkowski

Wiceprezes Zarządu Fundacji "Będziem Polakami" - wydawcy Naszej Polski. Dziennikarz, działacz społeczny i polityczny.

Leave a Reply

Koszyk