Nasza historiaWywiadyProf. M. Kornat: już w 1941 r. istniało przekonanie, że Sowietom trzeba będzie zapłacić za wkład w pokonanie Niemiec [WYWIAD]

Już w 1941 r. w Londynie doszło do głosu przekonanie, że prawdopodobnie Sowietom trzeba będzie zapłacić za wkład w pokonanie Niemiec. Jednym ze sposobów na to było zagwarantowanie rozszerzonych granic tego państwa o zdobycze terytorialne z okresu współpracy z Niemcami. Od lata 1941 r. zaczęła występować koncepcja uznania ZSRS za hegemona w Europie Środkowo-Wschodniej – mówi PAP prof. Marek Kornat, historyk z PAN.

(WIKIPEDIA.ORG)

Polska Agencja Prasowa: W maju 1945 r. wiele elementów powojennego ładu w Europie było już przesądzonych w wyniku rozmów Wielkiej Trójki. Kiedy wśród przywódców głównych mocarstw walczących z Niemcami i ich sojusznikami zaczęły rodzić się koncepcje przyszłych rozwiązań geopolitycznych?

Prof. Marek Kornat: Każdy z trzech przywódców zaczął rozważać ten problem w innym momencie. Najłatwiej zarysować myślenie premierów Wielkiej Brytanii. Celem Londynu było niedopuszczenie do zdominowania Europy przez Niemcy. Z tą myślą udzielono papierowych gwarancji bezpieczeństwa Polsce, a następnie przystąpiono do wojny. W październiku 1939 r. odmówiono zawarcia pokoju z III Rzeszą na podstawie propozycji przedłożonych przez wodza III Rzeszy. Ponownie odrzucono tę możliwość po klęsce Francji w lipcu 1940 r., gdy jeszcze raz składał on taką ofertę. Celem polityki brytyjskiej było pokonanie Niemiec. Innej opcji w Londynie sobie nie wyobrażano. W latach 1939– 1941 nie chciano jednak, aby Europa i świat zostały zbyt mocno przeobrażone geopolitycznie. Winston Churchill uznał atak Niemiec na ZSRS za wydarzenie niezwykle pomyślne. Dotychczasowy „cichy sojusznik” Berlina stał się jego wrogiem, a tym samym partnerem Zjednoczonego Królestwa, z którym należało podjąć współpracę, nie zważając na to, że wojna zaczęła się od porozumienia Stalina i Hitlera.

Już w 1941 r. w Londynie doszło do głosu przekonanie, że prawdopodobnie Sowietom trzeba będzie zapłacić za wkład w pokonanie Niemiec. Jednym ze sposobów na to było zagwarantowanie rozszerzonych granic tego państwa o zdobycze terytorialne z okresu współpracy z Niemcami. Od lata 1941 r. zaczęła występować koncepcja uznania ZSRS za hegemona w Europie Środkowo-Wschodniej, co nie oznaczało automatycznie uznania prawa Moskwy do sowietyzacji żyjących tam narodów. Głośny był artykuł dziennika „Times” z sierpnia 1941 r., który formułował ideę supremacji sowieckiej w Europie Środkowo-Wschodniej (a właściwie na całym obszarze Międzymorza). Z pewnością był to tekst inspirowany przez Foreign Office. W ten sposób Wielka Brytania zaczynała liczyć się z koniecznością podziału Europy na strefy wpływów. Finałem tej polityki stał się październikowy układ Churchill-Stalin z 1944 r., zawarty w Moskwie. Nie obejmował on jednak Polski.

Stanowisko ZSRS sprowadzało się do strategii Stalina. W sprawie powojennego kształtu Europy jest ono niespecjalnie trudne do zreferowania. Związek Sowiecki przystąpił do zaborczych działań, uderzając na Polskę 17 września. Dziesięć dni wcześniej Stalin tłumaczył szefowi Międzynarodówki Komunistycznej Georgi Dymitrowowi: „Unicestwienie tego państwa w sprzyjających okolicznościach oznaczałoby jeden burżuazyjno-faszystowski kraj mniej. Cóż by to było złego, gdybyśmy w rezultacie rozgromienia Polski rozprzestrzenili system socjalistyczny na nowe terytorium i ludność”. W listopadzie 1940 r. Sowieci odrzucili złożoną Mołotowowi w Berlinie ofertę uczestnictwa w podziale świata wspólnie z Niemcami, przy partycypacji Japonii i Włoch. Wszystko wskazuje na to, że Stalin rozważał uderzenie na Niemcy. Z pewnością nie zamierzał być bierny, gdyby przystąpiły one do operacji lądowania na Wyspach Brytyjskich, co Hitler planował. Po napaści Niemiec sowiecki dyktator uważał, że jeśli wygra wojnę, to musi doprowadzić do rozszerzenia granic swojego imperium poprzez system państw zależnych od Moskwy. Wykluczał oddanie jakichkolwiek zdobyczy, w których posiadanie wszedł w sojuszu z III Rzeszą – połowy Polski, trzech państw bałtyckich, Besarabii i części Finlandii (nabytej po wojnie zimowej).

Stalin był przekonany, że jego państwo musi szeroko wkroczyć w cały obszar Europy Środkowej i w tym rejonie ustanowić system państw zależnych. Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie powstała ta koncepcja. Bez wątpienia po zwycięstwie w bitwach o Stalingrad i na Łuku Kurskim Związek Sowiecki był w coraz korzystniejszym położeniu, a jego kierownictwo było już przekonane, że wojna zakończy się zwycięstwem. Nawiasem mówiąc, o koncepcjach przyszłego pokoju w sowieckim wydaniu dużo jeszcze byłoby do powiedzenia, ale pod warunkiem swobodnego dostępu do archiwów postsowieckich, o czym dziś jednak marzyć nie sposób.

Najwięcej rozbieżnych opinii utrzymuje się o polityce USA. Należy jednak zacząć od przypomnienia stworzonej przez Roosevelta doktryny „czterech policjantów świata”, która stała się podstawą amerykańskiej polityki zagranicznej. W skład tej grupy mocarstw miały wchodzić: Wielka Brytania, USA, ZSRS i niekomunistyczne Chiny. Pierwszym celem tej współpracy miało być pokonanie Niemiec i ich sojuszników, szczególnie Japonii. Następnie miały one uzgodnić pokój zakładający trwałą współpracę rządów tych państw po zakończeniu wojny. Podobno Roosevelt zakładał trwałość tego systemu na co najmniej jedno pokolenie. Założenia idei „czterech policjantów” dają odpowiedź na pytanie o to, dlaczego Stany Zjednoczone nie zamierzały w ogóle poprzeć Polski w jej sporze ze Związkiem Sowieckim, którego stawką były niepodległość i jej kształt terytorialny.

Przyjęcie koncepcji „czterech policjantów świata” oznaczało milczące zerwanie przez USA z doktryną nieuznawania zmian terytorialnych dokonanych w czasie II wojny światowej, która była korzystna dla Polski. Warto podać tu jeden przykład, który wiele mówi o myśleniu prezydenta Roosevelta. Otóż USA nie uznały bezprawnej aneksji krajów bałtyckich. Prezydent „życzliwie” doradzał Sowietom zorganizowanie w tych państwach plebiscytu dotyczącego ich przynależności. Wynik byłby oczywisty (bo organizowałyby go władze sowieckie), ale dawałby rządowi w Waszyngtonie sposobność do uznania zaboru krajów bałtyckich. Dyplomacja sowiecka nawet nie wzięła tej rady pod uwagę.

Warto jeszcze nadmienić, że druga połowa 1943 r. to okres, w którym ustanowione zostały pierwsze, niezwykle ważne regulacje dotyczące przyszłości Europy. W maju 1945 r., gdy umilkły armaty, świat znalazł się w sytuacji, o której zdecydowały wcześniejsze działania militarne. Tam, dokąd dotarł żołnierz sowiecki, przynosił sowiecki ustrój. Tak zresztą mówił Stalin jugosłowiańskiemu politykowi (wówczas współpracownikowi Tity) Milovanowi Đjilasowi. W Jałcie zatwierdzono po prostu stan rzeczy, jaki wytworzył się w skutek decyzji wcześniejszych. Podczas Konferencji Krymskiej Churchill i Roosevelt podjęli tylko nieudaną próbę zapewnienia Polsce nieco bardziej korzystnych rozwiązań politycznych – ale w sowieckiej strefie interesów. Chciano zabezpieczyć jej byt, ustanawiając pewne bariery chroniące przed gwałtowną sowietyzacją. Miały temu służyć „nieskrępowane” wybory. Ale działania te nie dały żadnych rezultatów. Wybory miał przeprowadzić rząd całkowicie zdominowany przez komunistów. Zresztą wydaną w Jałcie „Deklarację o wyzwolonej Europie” określił Stalin w rozmowie z Mołotowem jako świstek papieru („To tolko bumaga!”).

PAP: Idea „czterech policjantów” i zgodnej współpracy wielkich mocarstw wydaje się idealistyczna lub wręcz naiwna. Czy Roosevelt rzeczywiście wierzył w jej realizację, czy raczej uznawał, że pomysł ten jest kamuflażem dla podziału stref wpływów?

Prof. Marek Kornat: Z pewnością koncepcji tej musiał towarzyszyć podział stref wpływów, m.in. z powodu stanowiska Związku Sowieckiego, który bez koncepcji tej nie przyjąłby Rooseveltowskiego planu. Stalin mówił otwarcie o strategicznych interesach swego państwa w określonych regionach Europy. Wymieniał tu Polskę jako kraj, przez którego terytorium napadano na Rosję z zachodu. Roosevelt nie zamierzał zmieniać swego punktu widzenia. Uważał, że wizja czterech mocarstw sprawujących dyrektoriat nad światem jest najlepsza z możliwych, bo nie ma alternatywy. Powrót do „demokratycznego” rządzenia światem – a za taki uważał system Ligi Narodów – uznał za wykluczony, gdyż skazany na bankructwo.

Powstaje oczywiście pytanie o to, czy Roosevelt był w tych założeniach naiwny. Z pewnością kłóciły się one z oczywistą wiedzą, że państwo totalitarne, które stosuje politykę eksterminacji wobec własnej ludności, nie może prowadzić pokojowej polityki zagranicznej. To była największa słabość tej koncepcji. Dawny, XIX-wieczny „koncert mocarstw” był organizmem, którego uczestnicy ogólnie akceptowali system międzynarodowy, jaki wówczas działał. Tymczasem państwo Lenina i Stalina zawsze stawiało sobie za cel jego zburzenie w myśl tezy, iż między socjalizmem a kapitalizmem mogą występować przejściowe okresy „pokojowego współistnienia”, ale trwały pokój jest niemożliwy.

Usiłując zrozumieć wielki plan Roosevelta, trzeba też przyznać, że nie zakładał on, iż współpraca „policjantów” będzie zupełnie pozbawiona problemów czy nawet rozbieżności zdań. Sądził jednak, że wszystkie trudności będą przezwyciężone przez negocjacje. Zakładał również, że z wojny Związek Sowiecki wyjdzie na tyle wyczerpany gospodarczo, że nie będzie w stanie funkcjonować bez pomocy amerykańskiej. Takie wsparcie będzie zaś uwarunkowane pewnymi postulatami politycznymi, których Moskwa nie będzie mogła nie spełnić. I, last but not least, Roosevelt postrzegał Stalina jako polityka postępującego racjonalnie i zgodnie z realizmem. W jednej z rozmów z premierem Władysławem Sikorskim nazwał go właśnie „wielkim realistą”.

PAP: W ostatnich dniach życia Hitler łudził się tzw. odwróceniem sojuszy, na wzór tego, które uratowało Prusy dwa wieki wcześniej. Jego zdaniem śmierć Roosevelta przyspieszała ten moment. Były to rojenia, ale czy jednak zmiana na stanowisku prezydenta USA wpłynęła na stosunki amerykańsko-sowieckie?

Prof. Marek Kornat: Dziś Roosevelt wychwalany jest przez rozmaite środowiska. Jego śmierć jednak pozytywnie wpłynęła na obronę amerykańskich interesów. Kontynuowanie założeń polityki Roosevelta wzmacniałoby jeszcze bardziej zwycięski Związek Sowiecki. Pamiętajmy, że w roku 1945 Mołotow postulował udzielenie ZSRS kredytów na odbudowę w wysokości 25 mld dol., a więc ogromną naonczas sumę. Pieniędzy tych nie otrzymał. Mając takie środki, imperium sowieckie byłoby jeszcze silniejsze, a przecież na Kremlu ani przez chwilę nie planowano prowadzenia pokojowej polityki.

Zmiana polityki amerykańskiej po przejęciu urzędu przez Trumana stała się faktem, ale nie nastąpiła od razu. W amerykańskiej administracji zwalczały się frakcje zwolenników i przeciwników kontynuacji polityki Roosevelta. Kiedy o tym mówimy, należy dodać, że już od drugiej połowy 1943, a szczególnie jesieni 1944 r., kiedy Stalin ujawnił bezlitosną wolę dopuszczenia do zniszczenia Warszawy przez Niemców, w Departamencie Stanu pojawiły się pierwsze opinie prowadzące do wniosku, że politykę Roosevelta należy skorygować i nie iść tak wyraźnie na rękę Sowietom. Takie opinie wygłaszał m.in. ambasador USA w Moskwie, William Averell Harriman i chargé d’affaires Charles E. Bohlen (był to notabene ten dyplomata, który w Moskwie latem 1939 r. zdobył od urzędnika niemieckiej ambasady von Herwartha wiedzę o tajnym protokole do paktu Ribbentrop-Mołotow). Bohlen postulował nawet, żeby na konferencji moskiewskiej ministrów spraw zagranicznych, poprzedzającej teherańską, przedyskutować sprawę polską. Roosevelt stwierdził, że nie jest to dobry pomysł, bo może spowodować rozbieżności, a nawet i konflikt ze Stalinem. Również późniejszy twórca koncepcji „powstrzymywania” komunizmu George F. Kennan doradzał korektę polityki amerykańskiej wobec Sowietów. Argumenty w tym kierunku zaczęły na nowo dochodzić do głosu już za czasów prezydentury Trumana.

Niestety z polskiego punktu widzenia śmierć Roosevelta nie przyniosła żadnych wyraźnych rezultatów. W tej kwestii Truman kontynuował politykę swego poprzednika. Uważał, że renegocjacja postanowień z Teheranu i Jałty jest niemożliwa. Do Moskwy na rokowania dotyczące ustalenia trybu powołania Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej wysłał swego doradcę Harry’ego Hopkinsa, który, jak się dziś wydaje, był tzw. agentem wpływu. W otoczeniu Roosevelta (i jego administracji) działała rzesza szpiegów sowieckich, których zdemaskowanie nastąpi później za sprawą akcji Komisji Kongresu ds. Działalności Antyamerykańskiej senatora McCarthy’ego. Oczywiście „zasługą” agentów nie było opracowanie koncepcji „czterech policjantów” i „strategicznego aliansu Waszyngton-Moskwa”, ale bez wątpienia przyczyniali się oni do nakierowania polityki amerykańskiej na jak najbardziej prosowieckie tory, m.in. w kwestii nowego rządu w Warszawie.

Wydaje się, że Truman nie tyle przegrał rozgrywkę o Polskę, ile raczej uznał, że jest ona już rozstrzygnięta. Chyba wiosną 1945 r. nie przypuszczał, aby Sowieci z tak wielką determinacją mieli przystąpić do sowietyzacji Polski. Z pewnością – wzorem Roosevelta – wierzył również, że ZSRS nie obejdzie się bez pomocy amerykańskiej w dziele swej odbudowy. Zakładał więc, że to ewentualne wsparcie nie będzie „czekiem in blanco”, lecz raczej sposobem na utrzymanie sowieckiej polityki pod jakąś kontrolą.

Nowy prezydent liczył wreszcie, że wejście przez jego kraj w posiadanie broni nuklearnej będzie silnym atutem i środkiem nacisku na Kreml. Tymczasem Stalin nie wykazał jakichkolwiek zamiarów przejścia do defensywy pod wpływem wiedzy o nowej potężnej broni w rękach Waszyngtonu. Na pewno był jednak bardzo niezadowolony i naciskał na jak najszybsze jej zdobycie. Udało się to dzięki działaniom szpiegów i własnemu wysiłkowi sowieckich naukowców.

PAP: Roosevelt deklarował, że po zakończeniu wojny wojska amerykańskie szybko wrócą do USA, tak jak stało się to ćwierć wieku wcześniej. Czy w latach 1945–1947 nad Europą Zachodnią wisiało zagrożenie osamotnienia militarnego?

Prof. Marek Kornat: Tak. Możliwe pozostawienie Europy Zachodniej własnemu losowi zajmowało uwagę wielu umysłów w tym przełomowym czasie. Trzeba podkreślić, że jednym z nich był Churchill – orędownik jedności transatlantyckiej. Proklamowanie doktryny Trumana w marcu 1947 r. przyniosło punkt zwrotny. Dało impuls do powołania do życia dwa lata później NATO. Zwrot w polityce amerykańskiej ułatwiła niezwykle arogancka i zaborcza polityka sowiecka. Historycy prosowieccy powołują się na lojalne przestrzeganie przez Moskwę przynależności Grecji do brytyjskiej strefy wpływów. Trzeba jednak mieć na myśli i takie działania jak bezwzględna sowietyzacja krajów Europy Środkowej, dozbrojenie komunistów chińskich w wojnie domowej, wreszcie zgłoszenie pretensji terytorialnych do niektórych sąsiadów, tak że takie państwa jako Norwegia czy Turcja poczuły się zagrożone. Wspomnijmy wreszcie kryzys związany z niechęcią Stalina do wycofania wojsk z północnego Iranu, co nastąpiło dopiero po nieformalnym ultimatum Trumana. Może gdyby dyktator na Kremlu postępował bardziej powściągliwie – to na zachodzie nie doszłoby do wytworzenia postaw obronnych w tak krótkim czasie. Rozbity Zachód nie miał szans ocalenia. Któż poza Stanami Zjednoczonymi mógłby pełnić rolę lidera?

Kiedy przychodzi nam o tym mówić, musimy dostrzec, że Waszyngton musiał się liczyć z nastrojami opinii publicznej, a ta po zwycięstwie nad Niemcami, otaczała ZSRS wielkim szacunkiem. Podobne nastroje występowały wśród społeczeństw europejskich, głównie Włoch i Francji, ale również Wielkiej Brytanii. Takie nastroje nie ułatwiały polityki antysowieckiej. A tylko polityka siły była dla sowieckich przywódców językiem zrozumiałym.

PAP: W maju 1945 r. wydawało się, że największym przegranym wojny są Niemcy. Kiedy zaczęto dostrzegać, że wojnę przegrały również kraje Europy Środkowej zwasalizowane przez ZSRS i Wielka Brytania, która błyskawicznie utraciła imperium?

Prof. Marek Kornat: To niezwykle szerokie zagadnienie. Wiele zależy od tego, w jakim momencie historycznym przychodzi nam formułować opinię. Ocena w 1945 była zupełnie inna niż w 1970, 1989 czy jest w 2020 r. Nie ulega wątpliwości, że Niemcy przegrały wojnę, bo poniosły poważne straty terytorialne. Oddały nie tylko zdobycze, ale również obszary posiadane przed 1938 r. Później stworzono narrację wyzwolenia narodu niemieckiego spod władzy nazistów. Ma ona swój początek w mowie przed Bundestagiem w maju 1985 r. wygłoszonej przez prezydenta Richarda von Weizsäckera. Gdyby los Niemiec potoczył się inaczej, np. zgodnie z notą Stalina do mocarstw zachodnich z listopada 1952 r., w której proponował zjednoczenie i neutralizację Niemiec, to ciężko powiedzieć, jaka byłaby przyszłość tego kraju. Tymczasem kanclerz Konrad Adenauer jednoznacznie uznał, że RFN musi być związana z Zachodem. I to za cenę czasowego podziału kraju. Okazało się, że miał pod każdym względem rację.

Bez wątpienia Związek Sowiecki wygrał II wojnę światową. Zdobycze te zostały jednak utracone przed blisko trzydziestu laty za sprawą upadku imperium, które okazało się kolosem na glinianych nogach. Państwo sowieckie rozpadło się pokojowo. Niezmiernie łatwo utracono dużo z tego, co zdobyto za sprawą polityki Stalina. To też jest powodem tak niezmiernie czułej polityki historycznej dzisiejszej Rosji w sprawach dotyczących historycznej roli Stalina i pamięci o „Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej”.

Polacy i inne narody Europy Środkowej nie mogą mówić o zwycięstwie w II wojnie lub udziale w nim. Tej prawdy nie da się podważyć. Oczywiście klęska Niemiec była równoznaczna z uwolnieniem narodu polskiego spod zbrodniczej okupacji, ale ogromne straty terytorialne i ludzkie przechylają ten bilans jednoznacznie w drugą stronę. Nie sposób też zapomnieć, że konsekwencją tej wojny było prawie pół wieku dyktatury komunistycznej. Ale trzeba – nawiązując do słów Stefana Kisielewskiego sprzed lat – pamiętać, że Polska była jedynym krajem Europy Środkowej, które nie tylko oddawało przedwojenne terytoria, lecz i nabyło znaczące obszary na zachodzie. Był to skutek udziału w koalicji antyniemieckiej. Ci, którzy w naszym kraju wyrażają dzisiaj pogląd o potrzebie wejścia do wojny u boku Niemiec – tego nie potrafią przyjąć do wiadomości.

Konsekwencje wojny wobec imperium brytyjskiego i francuskiego nie były jeszcze w 1945 r. możliwe do dostrzeżenia. Z pewnością wojna okazała się katalizatorem przyspieszającym dezintegrację imperiów kolonialnych. Czy jednak Wielka Brytania miała inne możliwości? Od czasu do czasu powraca pogląd, że po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 r. należało zająć stanowisko wyczekujące, aby obydwa te państwa toczyły wojnę na wyczerpanie. Rozumowanie to nie bierze pod uwagę możliwości niemieckiego zwycięstwa w tej wojnie.

Pojawia się też w historiografii brytyjskiej teza o potrzebie zawarcia jakiejś ugody z Hitlerem po klęsce Polski albo latem 1940 r., po upadku Francji. Ugoda taka wymagała zostawienia III Rzeszy wolnej ręki w Europie i przyjęcia Hitlera za partnera i gwaranta brytyjskiego imperium za tę cenę. Pomijając już to, że gwarancje takie byłyby zapewne papierowe, brytyjski historyk Paul Kennedy zasugerował, iż w takich realiach los Anglii przypominałby położenie Państwa Francuskiego marszałka Pétaina. Porównanie jest zapewne zbyt „naciągane”, ale Wielka Brytania jako partner Niemiec będących europejskim imperium kontynentalnym nie miała szans ostać się jako mocarstwo.

W wyniku II wojny światowej Stany Zjednoczone wygrały i umocniły swoją pozycję światową. Doszło do swoistego awansu USA do pozycji supermocarstwa. Nawet po zwycięstwie w I wojnie światowej nie miały takiego statusu, chociaż na Konferencji Pokojowej w Paryżu Woodrow Wilson jawił się jako arbiter mundi. Były one tylko jednym ze zwycięskich mocarstw. Jednak gdyby nie nastąpiło przyjęcie doktryny powstrzymywania komunizmu – Stany Zjednoczone zostałyby w zasadniczej mierze pozbawione udziału w zwycięstwie, bo Związek Sowiecki nie zamierzał kierować się wcześniejszymi założeniami doktryny Roosevelta i we wszystkich sprawach współpracować z Ameryką. Pokazały to działania Moskwy po 8 maja 1945. USA były więc zwycięzcą, ale głównie dlatego, że zdecydowały się na podjęcie konfrontacji ze Związkiem Sowieckim (głównie na polu idei i gospodarki), kiedy to okazało się konieczne. Doktryna Trumana była defensywna, nie obiecywała pomocy narodom Europy Środkowej, ale przyczyniła się do niedopuszczenia do dalszych zaborów z użyciem siły lub pod groźbą jej użycia. Ocaliła Zachód. (PAP)

Udostępnij:

Karol Kwiatkowski

Karol Kwiatkowski

Zobacz także

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

19 − one =