Rosja może chcieć wykorzystać zbliżające się rozmowy o Ukrainie, aby zażądać wycofania wojsk NATO z Polski, krajów bałtyckich i Finlandii. Tak twierdzi brytyjski dziennik „The Telegraph”, powołując się na źródła dyplomatyczne. Kreml miałby wrócić do swoich żądań z grudnia 2021 roku, które w tamtym czasie przedstawił Zachodowi tuż przed pełnoskalową inwazją na Ukrainę. Europejscy dyplomaci zapowiadają, że nie ma jednak mowy o żadnych ustępstwach.
Czego chce Putin od Polski?
Jak donosi „The Telegraph”, Rosja może domagać się ograniczenia obecności wojskowej NATO w Europie do poziomu z 1997 roku. I od razu należy zaznaczyć, że nie jest to przypadkowa data. W maju 1997 roku NATO i Rosja podpisały tzw. Akt stanowiący, czyli porozumienie, które regulowało wzajemne relacje po zakończeniu zimnej wojny. Dwa lata później do Sojuszu weszły Polska, Czechy i Węgry, a w kolejnych latach także m.in. Litwa, Łotwa i Estonia.
Powrót do stanu z 1997 roku oznaczałby więc wycofanie wojsk sojuszniczych z krajów, które dołączyły do NATO dopiero później. W praktyce chodzi o państwa graniczące z Rosją, czyli właśnie Polskę, Estonię, Łotwę, Litwę i Finlandię, która jest członkiem Sojuszu dopiero od 2023 roku. W Polsce stacjonują obecnie m.in. tysiące amerykańskich żołnierzy, a na wschodniej flance działają wielonarodowe grupy bojowe NATO.
Powrót starych żądań
Opisane postulaty nie są niczym nowym. W grudniu 2021 roku Rosja opublikowała wstępne propozycje porozumień z USA i NATO. Domagała się w nich m.in. wstrzymania dalszego rozszerzania Sojuszu, zwłaszcza o Ukrainę, a także rezygnacji z rozmieszczania wojsk i uzbrojenia w państwach, które weszły do NATO po 1997 roku. Zachód odrzucił te żądania. Jak wiadomo, kilka tygodni później, 24 lutego 2022 roku, Rosja zaatakowała Ukrainę.
Putin wielokrotnie podkreślał w swoich wypowiedziach, że rozszerzenie zasięgu działań NATO na wschód Europy jest jedną z „pierwotnych przyczyn” wojny. Teraz Kreml przy okazji negocjacji dotyczących Ukrainy może ponownie próbować uzyskać to, czego nie zdołał wymusić groźbami w 2021 roku.
Okazją do tego mają być trójstronne rozmowy USA, Rosji i Ukrainy, które mają się odbyć w listopadzie w Abu Zabi. Doradca Putina Jurij Uszakow przekonuje, że w negocjacjach powinna uczestniczyć także Europa. Uzasadnia to tym, że Stary Kontynent będzie odgrywał ważną rolę w każdym porozumieniu.
„Musimy rozmawiać z całą Europą, która w pełni wspiera Kijów”
– Jurij Uszakow, doradca Władimira Putina
Uszakow zaznaczył jednak, że nie spodziewa się przełomu już podczas pierwszego spotkania. Przedstawiciel Kremla przedstawił je jako „okres próbny”.
Zachód odpowiada: nasze stanowisko się nie zmieniło
Europejscy dyplomaci odrzucają tego typu postulaty ze strony Rosji. „Nasze stanowisko jest takie samo jak w styczniu 2022 roku” – miał powiedzieć jeden z europejskich urzędników cytowanych przez „The Telegraph”. NATO już wtedy zgodziło się rozmawiać na temat obaw przedstawionych przez Rosję, ale stanowczo odrzuciło żądanie dotyczące wycofania wojsk i broni z państw wschodniej flanki.
Doniesienia „The Telegraph” pokazują jednak, jak Kreml traktuje bezpieczeństwo Polski. Dla Moskwy nasz kraj to wciąż swego rodzaju bufor i element przetargu, a nie suwerenne państwo, które samo decyduje o sojuszach. Rosyjskie groźby wobec Polski nie są także niczym nowym, o czym przypominają choćby wypowiedzi kremlowskich propagandystów. Rozmowy o pokoju na Ukrainie absolutnie nie mogą stać się okazją do osłabienia wschodniej flanki NATO.



