Uciekł z Gestapo na Szucha

10 min. czytania

Tadeusz M. Płużański

12 stycznia 2021 r.

Fasada przedwojennego warszawskiego gmachu, mokry bruk, klimat lat okupacji

10 min. czytania

Tadeusz M. Płużański

12 stycznia 2021 r.

Aleje Szucha w okupowanej Warszawie. Adres, którego sam dźwięk wystarczał, by zacisnąć szczęki. Tam, w gmachu Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, dawniej należącym do II Rzeczypospolitej, Niemcy urządzili siedzibę Gestapo dystryktu warszawskiego. Każdego dnia trafiali tu zatrzymani z całego okupowanego terenu – żołnierze podziemia, działacze konspiracji, łapani na ulicach przypadkowo. Wielu już nigdy nie wyszło. Historia jednego, któremu się udało, jest świadectwem tego, że nawet w sercu nazistowskiego aparatu represji szczelina wolności potrafiła się znaleźć.

Jako jedyny w historii, 17 stycznia 1940 r., z aresztu Gestapo przy alei Szucha w Warszawie uciekł w brawurowy sposób Kazimierz Kott, ps. Światowid, dowódca Wydziału Bojowego Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej, jednej z największych organizacji podziemnych ówczesnej Warszawy, liczącej nawet trzy-cztery tysiące konspiratorów. Przywołuję fragmenty autobiograficznych wspomnień „Z otchłani” mojego ojca – Tadeusza Płużańskiego, który był członkiem PLAN.

PLAN prowadził sabotaż, drukował ulotki, podtrzymujące Polaków na duchu, jako pierwszy „gazował” kina. Początkowo do organizacji należeli: Tadeusz Zawadzki „Zośka”, Jan Bytnar „Rudy” i Aleksy Dawidowski „Alek”. Zresztą PLAN scalił się potem z ZWZ/AK.

Ojciec opisuje historię w trzeciej osobie – jako Jurek Radwan:

„Jurek zgodnie z rozkazem, po wykonaniu zadania [zaprzysiężeniu nowych członków PLAN] idzie zaraz meldować o tym Światowidowi, którego jest adiutantem. Adres oczywiście zna dobrze – Wilcza 13, z bramy na lewo, pierwsze piętro. Tam jest punkt kontaktowy, zdaje się w mieszkaniu dziewczyny Kazika (bo tak Światowid prywatnie ma na imię). Jurek już przekracza wejściową bramę, już chce skręcić na lewo na schody, gdy niespodziewanie zaczepia go starszy wiekiem mężczyzna, z miotłą w ręku, z pewnością tutejszy dozorca.

Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” – legendarny dowódca 5 Brygady Wileńskiej AK

– A pan do kogo? Do Zdrojewskiego? – jak najgłośniej odpowiada za Jurka. – Tu taki nie mieszka…

A pochyliwszy się nieco ku chłopcu szepcze:

– Spieprzaj pan, tam na górze gestapo… – i spokojnie kończy zamiatanie bramy”.

We wspomnieniach „Z otchłani” czytamy dalej:

„Jurek ze względów konspiracyjnych nie ma pojęcia, co się stać mogło z jego przyjaciółmi z organizacji. To są starzy harcerze, dzielni, nieskalani, zwłaszcza Funiek i Dydek [„Funiek” – Stefan Emich; „Dydek” – Jan Lewandowski: harcerze, maturzyści z czerwca 1939 r. w Liceum im. Tadeusza Czackiego W Warszawie. Aresztowani z grupą „Światowida”, rozstrzelani 2 kwietnia 1940 r. w Palmirach]. Ten Kazik Światowid to pistolet, jakich mało… Co się stało?”

Sprawdź także: „Chłopcy silni jak stal”

Włodzimierz Kłosiewicz – tak jak „Funiek” i „Dydek” – kolega taty z Czackiego, którego ojciec i siostra należeli od dawna do służby więziennej, a w czasie niemieckiej okupacji współpracowali z polskimi organizacjami podziemnymi, tak relacjonował:

„Wiem, jak wpadła grupa „Światowida”. Jednej niedzieli lutowej wybrali się w kilka osób do Puszczy Kampinoskiej po broń zakopaną w czasie kampanii wrześniowej. Zaangażowali kierowcę z samochodem dostawczym, też z organizacji i pojechali. Wyobraź sobie, że gestapo już na nich czekało, bo ten kierowca okazał się zdrajcą. Niemcy otoczyli ich nieuzbrojonych ze wszystkich stron, zakuli w kajdanki i zawieźli najpierw do gestapo w Alei Szucha, potem do mokotowskiego więzienia. „Światowid” został na Szucha”. (…)

Aresztowana jest cała rodzina Emichów, w których podwarszawskim majątku odbywały się odprawy i szkolenia, i gdzie zamelinowana była drukarnia; Helena i Tadeusz Emichowie [rodzice Stefana i córek – Zofii i Marii. Aresztowani w związku ze sprawą „Światowida”. Tadeusza Emicha Niemcy rozstrzelali 2 kwietnia 1940 r. w Palmirach, a Helenę Emich 14 kwietnia 1940 r. w tym samym miejscu. Córki Maria i Zofia przeszły obóz koncentracyjny w Ravensbrück]. Z rodziny Lewandowskich poszła do więzienia, poza naszym Dydkiem, jego matka i brat Maciek [Maciej Lewandowski, student Politechniki Warszawskiej, zmarł w niemieckim obozie koncentracyjnym Stutthof]. Główni oskarżeni śledztwo mieli wyjątkowo ciężkie. Moja siostra, pracująca w szpitalu więziennym widziała ich strasznie zmasakrowanych. Wszystkim grozi śmierć i chyba nikt się nie wywinie. Tymczasem, jak mówiłem, „Światowid” pozostał na Szucha. Bili go i torturowali przez kilka dni, ale wytrzymał. To jest niesamowity facet, silny i twardy. Aż któregoś dnia uciekł.

– Jak to uciekł…? Z Alei Szucha nie ma ucieczki.

– A jednak jest. Wiem od naszych z Pawiaka i Mokotowa, bo to się rozeszło… Po jednym takim śledztwie „Światowid” zażądał doprowadzenia do ubikacji. Dyżurny gestapowiec uwolnił mu ręce z kajdanek, a musisz wiedzieć, że oni biją skutego, i wypuścił go do toalety. Nie domknął drzwi. Wówczas Światowid zatrzasnął je od środka i przecisnąwszy się przez małe okienko, znalazł się na dziedzińcu. Nim wachman się zorientował i narobił alarmu, on był już na ulicy, bo udało mu się przejść przez bramę miedzy dwoma SS-manami. (…) Odszedł kawałek, a potem wskoczył do przejeżdżającej dorożki… i już go nie było… Zrobił się straszny raban. Gestapo szalało. Wymyślili bajeczkę, że to był Żyd, który zamordował polskie dziecko. Już następnego dnia porozklejali plakaty z jego zdjęciem i odpowiednim napisem, obiecującym wysoką nagrodę, ale go nie dostali. On się głęboko zamelinował, ale potrzebuje pomocy. Chodzi o lewe dokumenty i przerzut za granicę.

– Niestety, ta wielka wsypa PLAN-u, w której oni wpadli przecięła i moje kontakty. Spróbuję, ale nie wiem, czy się coś uda. Jurkowi się nie udało, ale Światowid przedostał się za granicę, podobno aż do Londynu. Z Wielkiej Brytanii, skąd powrócił do kraju. Znalazł się na terenach zajętych przez Armię Czerwoną, zginął w nieznanych okolicznościach.”

Kazimierz Kott kontynuował działalność konspiracyjną we Lwowie, m.in. brał udział w akcjach wysadzania w powietrze sowieckich transportów kolejowych wiozących do Niemiec surowce i żywność zgodnie z umową Ribbentrop-Mołotow. Schwytany przez NKWD, został zamordowany prawdopodobnie późną jesienią 1940 r.

Włodzimierz Kłosiewicz mówi dalej mojemu ojcu Tadeuszowi Płużańskiemu (książkowemu Jurkowi Radwanowi):

„Z pewnością nie wiesz, że Niemcy wybrali sobie miejsce masowych egzekucji w Puszczy Kampinoskiej, niedaleko wsi Palmiry. Wywożą tam całe grupy więźniów politycznych z Pawiaka i Mokotowa. I rozwalają. Jutro też będzie transport do Palmir, a w nim ludzie ze sprawy „Światowida”… (…)

Jurek oczekuje chwilę, aż ostatnia „buda” przejedzie, a potem rusza w ślad za nią w bezpiecznej dla siebie odległości. Jadą po piaszczystej i miejscami wyboistej drodze jeszcze kilka kilometrów, aż od przodu pada komenda: – Halt!

Rozciągnięty wąż ciężarówek kurczy się i maleje, a z rozchylonych plandek wyglądają najpierw głowy, a następnie całe postacie mężczyzn, najwyraźniej zdezorientowanych, w osłupieniu wpatrzonych w leśny gąszcz.

Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” – biografia legendarnego dowódcy 5. Brygady Wileńskiej AK

A las w tym miejscu Kampinoskiego Parku Narodowego jest dorodny, z przewagą sosen, gdzieniegdzie przetykany białymi sukienkami brzóz, kryjących się wstydliwie wśród ciemnych konarów i gęstego zielonego poszycia.

SS-mani z eskorty, ze zręcznością zawodowych oprawców, wykręcają każdemu ze skazańców ręce do tyłu, błyskawicznie je wiążą i z pomocą kolegów zakładają czarne opaski na oczy. Zaskoczenie więźniów jest widocznie wielkie, bo żaden z nich się nie broni, a gdy popychani przez Niemców stają w uporządkowanej kolumnie, nie ma już czasu, ani możliwości na stawianie oporu.

Ruszają w głąb lasu. Każdy SS-man prowadzi jednego więźnia pod ramię, podtrzymuje go troskliwie, gdyby, idąc z zawiązanymi oczami, potknął się lub zachwiał. Chwilami część tej długiej kolumny znika Jurkowi z pola widzenia. Chwilami całość na moment przystaje, jakby dając słabszym możliwość zrównania się z pozostałymi. Czoło kolumny osiąga niewielką polanę otuloną z dwóch stron niewysokim nasypem, na wzrost mężczyzny. U podnóża nasypu żółci się świeżo wykopany długi na kilkadziesiąt metrów rów, mogący skryć leżącego człowieka. Cisza panuje zupełna, tylko słychać świergot ptaków i szelest leciutko poruszanych wiatrem liści.

– Rany boskie…! – burzy się wszystko w Jurku. – Dlaczego żaden z nich nie walczy, nie stawia oporu… Przecież wiedzą, że to śmierć.

Postacie ofiar i oprawców rysują się dokładnie z oddali. Jurek rozpoznaje wśród nich kolejno swego przyjaciela Fuńka, jego ojca, Tadeusza, a na końcu kolumny Dydka, który jakby odstawał od reszty. Funiek się szarpie, gdy zakładają mu opaskę, broni się przed wzięciem go przez SS-mana pod rękę, ale ściśnięty przez dwóch oprawców jakby rezygnuje z oporu. Podnosi wyżej niż zwykle głowę i pokazuje, jak się umiera z godnością… Dydek wyraźnie kuleje, a chwilami zwisa Niemcowi na ramieniu. Tadeusz Emich trzyma wysoko twarz ozdobioną wspaniałym wąsem i tak postępuje w milczeniu ku śmierci w dumnym geście walki i rozpaczy. Komenda:

– Halt! – wstrzymuje ten pochód zbrodni i śmierci. A po chwili – legt an – i w sekundę – Feuer!

Ostry trzask strzałów miesza się z krótkim, przerażonym piskiem ptactwa. A oni stoją jeszcze prosto przez ułamki sekund, jakby chcieli pokazać, że dalej żyją, żyć będą… A potem… Potem każdy kuli się w sobie, maleje, obsuwa powoli… i pada skurczony, zapylony piachem, związany niby Samson, groźny dla morderców nawet po fizycznej śmierci. (…)

Nie ma w tym lesie nawet wierzb płaczących, zdolnych listkowymi łzami wyrazić bezmiar nieszczęścia tych ludzi i tego Narodu… Nie ma więc żadnych łez…

Tylko sosny, niezbyt wysokie, a pnące się ponad własne możliwości, tylko brzozy jaśnieją bielą nie ślubnych, a śmiertelnych welonów, tylko gdzieniegdzie twarde dęby szepczą nad zwłokami bohaterów równie wytrwałych i niezwyciężonych, jak one same, chociaż pokonanych w nierównej walce. Tylko  liście drzew i igły poruszane wiatrem szumią requiem aeternam zwyczajnie i szczerze, a ziemia, o którą walczyli i za którą polegli przyjmuje ich ciała, zasypuje oczy i utula do długiego snu”.

Najczęściej zadawane pytania o Aleje Szucha i niemiecką okupację Warszawy

Czym były Aleje Szucha podczas II wojny światowej?

Aleje Szucha w Warszawie były siedzibą Komendy Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei und Sicherheitsdienst) na dystrykt warszawski Generalnego Gubernatorstwa. Niemcy przejęli budynek dawnego Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego II Rzeczypospolitej. Mieściła się tu również słynna część karna z celami i pomieszczeniami przesłuchań, znana w polskiej pamięci jako „tramwaje” – sale, w których więźniowie czekali na przesłuchanie siedząc rzędami na ławkach.

Ilu Polaków przeszło przez Aleje Szucha w czasie okupacji?

Szacunki historyków wskazują na kilkadziesiąt tysięcy zatrzymanych, którzy przeszli przez gmach Gestapo przy alejach Szucha w latach 1939–1944. Wielu z nich było tu poddawanych brutalnym przesłuchaniom, część zginęła w tutejszych piwnicach, pozostałych transportowano na rozstrzelanie albo do obozów koncentracyjnych – przede wszystkim do Auschwitz, Majdanka i KL Stutthof.

Czy ktoś naprawdę uciekł z Alej Szucha?

Ucieczki z Gestapo zdarzały się rzadko, ale były. Dokumentowane są przypadki – zarówno spektakularne akcje odbicia organizowane przez podziemie (jak akcja pod Arsenałem 26 marca 1943, gdzie odbito „Rudego” – Janka Bytnara), jak i ucieczki indywidualne, możliwe dzięki splotom przypadków: nieuwagi konwoju, fizycznej brawurze więźnia, pomocy polskiego personelu pomocniczego. Każda taka historia jest dziś osobistym dokumentem tej części okupacji, która kończyła się dla większości tragicznie.

Co dziś znajduje się w gmachu byłego Gestapo?

Budynek przy alejach Jana Chrystiana Szucha 25 w Warszawie mieści dziś Mauzoleum Walki i Męczeństwa – oddział Muzeum Niepodległości. Zachowano dawne cele więzienne i pomieszczenia przesłuchań. To miejsce pamięci dostępne dla zwiedzających, gdzie można obejrzeć autentyczne ślady tortur i napisy nacięte przez więźniów na ścianach cel.

Dlaczego warto pamiętać tego typu historie?

Pojedyncza historia ucieczki z Gestapo jest mikroskopem, przez który widać całe zjawisko okupacji niemieckiej w Polsce. Pokazuje system, w którym Polacy żyli przez pięć lat – i pokazuje wolę przetrwania, którą ten system mimo całej brutalności nie potrafił do końca złamać. W czasach, gdy świadkowie historii odchodzą jeden po drugim, każde takie świadectwo staje się tym cenniejsze, im rzadsze.

Pamięć Warszawy – nie tylko Powstanie

W polskiej świadomości historycznej okupacja warszawska to przede wszystkim Powstanie Warszawskie 1944. To słusznie – była to największa zbrojna manifestacja oporu w okupowanej Europie. Ale codzienność lat 1939–1944 to także codzienne dramatów w Alejach Szucha, na Pawiaku, na Skaryszewskiej, w łapankach na Marszałkowskiej. Te historie nie kończyły się szturmem ani datą wpisaną w kalendarze. Kończyły się indywidualną decyzją konkretnego człowieka – żeby przeżyć, żeby pomóc innym, żeby zachować twarz. Każda taka historia, każda relacja świadka, każde wspomnienie spisane po wojnie to fragment obrazu, którego współczesny Polak nie może sobie odmówić. Bo tu, w tej Warszawie, w tych alejach Szucha, rozgrywał się trzon naszej tożsamości – który dziś żyje w nas, czy chcemy o tym pamiętać, czy nie.

Udostępnij

Cykl

Tagi

Nie masz jeszcze konta na naszym Portalu? ZAREJESTRUJ SIĘ

Udostępnij

Napisane przez

Najnowsze

Kolejna rocznica na Reducie Ordona, która odbyła się na szczątkach jej obrońców.

Wolf Messing – jasnowidz Stalina, który przewidział klęskę Hitlera

Zmarła Danuta Szlajmer „Siódemka”. Powstanka miała 99 lat

Kłomino – opuszczone miasto widmo w Polsce. Zostały cztery budynki i garstka ludzi

Czy Muzeum Żydów Polskich „POLIN” chce wybielić komunistyczną prokurator?

Berta Bauer: kim była i co wydarzyło się w Licheniu w 1944 roku

Radiostacja Babice. To stąd nadano pierwsze komunikaty o wybuchu II wojny

Nakaz pracy w PRL: ustawa z 1950 r., kary i kiedy go zniesiono

Inne kategorie

Czytaj także