Z cyklu „Sprawdzam. Kartka z kalendarza”. Sięgamy po kolejny tekst Leszka Żebrowskiego z archiwum „Naszej Polski” i patrzymy, co z jego postulatami zrobił czas.
O czym jest ten tekst: stalinizm w Polsce (1944–1956) to wciąż nierozliczony rozdział najnowszej historii. Leszek Żebrowski – odpowiadając historykowi Dariuszowi Baliszewskiemu – pisał, że nadszedł „czas liczenia” zbrodniarzy i ich ofiar oraz „czas rozliczeń”: usunięcia z przestrzeni publicznej nazw i pomników „bohaterów”, którzy w istocie byli katami. Po latach sprawdzamy, ile z tego naprawdę się dokonało.
Trzy postulaty autora warto dziś sprawdzić:
- Czas liczenia zbrodniarzy. Żebrowski wskazywał, że nazwiska sędziów, prokuratorów i oficerów śledczych UB oraz Informacji Wojskowej są znane z akt, a zbrodnicze instytucje potępił Sejm uchwałą z 16 listopada 1994 r. Sprawdzenie: karne rozliczenie pozostało marginalne – pion śledczy IPN skierował do sądów ponad sto aktów oskarżenia, ale większość postępowań umorzono, w dużej części wobec śmierci sprawców.
- Czas liczenia ofiar. Pełnej liczby ofiar terroru 1944–1956 nigdy nie ustalono (egzekucje bez akt, „obława suwalska”, pacyfikacje całych wsi). To zadanie wciąż otwarte – i z każdym rokiem trudniejsze.
- Czas rozliczeń symbolicznych. Autor pytał wprost, czy musi stać w Warszawie pomnik Zygmunta Berlinga. Tu czas dał najczytelniejszą odpowiedź: ustawa dekomunizacyjna z 2016 r. wymusiła zmianę ok. 943 nazw ulic i placów, a pomnik Berlinga zniknął z przestrzeni publicznej w 2019 r.
Tekst pierwotnie ukazał się w „Naszej Polsce”.
Temat kontynuujemy w artykule: Stanisław Sojczyński „Warszyc” – twórca KWP, Żołnierz Wyklęty
Poniżej oryginalny felieton Leszka Żebrowskiego – tekst archiwalny.
Czas liczenia, czas rozliczeń…
Leszek Żebrowski
Zachęcony apelem Redakcji „NP”, zamieszczonym przy wywiadzie przeprowadzonym ze znanym i cenionym historykiem – Dariuszem Baliszewskim – w sprawie oceny stalinizmu w Polsce, chciałbym podzielić się z Czytelnikami swymi uwagami. Okres, zwany umownie „stalinizmem”, nie został w Polsce ściśle zdefiniowany. Formalnie rzecz biorąc, nawet jego nazwa jest nieadekwatna. O ile bowiem można mówić o III Rzeszy, że lata 1933–1935 to okres „hitlerowski” (wszak panował wówczas Adolf Hitler a nazizm był ideologią ściśle niemiecką, ze wszystkimi tego konsekwencjami) to panowanie Stalina na ziemiach polskich ogranicza się wyłącznie do lat 1939–1941 (na Kresach Wschodnich) oraz 1944–1953, czyli do śmierci tego satrapy.
Polska była podbita przez Stalina. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może dziś twierdzić, że Czerwona Armia przyszła nam z pomocą 17 września 1939 r. I nie dlatego wkroczyła w 1944 r. ponownie na nasze terytorium, aby nas „oswobodzić”, albowiem równie dobrze można twierdzić, że naziści „wyzwolili” trzy lata wcześniej tzw. Zachodnią Ukrainę i tzw. Zachodnią Białoruś. Okupanci nadawali jednak swym rządom w podbitej Polsce różne formy. Niemcy nie byli zainteresowani tworzeniem jakiegokolwiek marionetkowego „państwa polskiego” w swej strefie okupacyjnej, choć zawsze znaleźliby jakichś Quislingów. Sowieci również nie byli tym zainteresowani w latach 1939–1941. Ale w 1944 r. sytuacja się zmieniła. Stalin, mając dalekosiężne plany „rewolucji światowej”, chciał na dłużej zachować pozory i zrobił to, nie tworząc 17. republiki sowieckiej. Ale gdyby chciał? Czy Bierut, Berman, Radkiewicz, Minc, Żymierski itp. przyjęliby postawę Rejtana?
Czas liczenia (zbrodniarzy)
Dariusz Baliszewski uważa, że żyją jeszcze setki oprawców stalinowskich. Nie jest to jednak liczba w żaden sposób udokumentowana. Na dobrą sprawę powinien nastąpić czas liczenia – zarówno zbrodniarzy i oprawców, jak też ich ofiar. Na to nigdy nie jest za późno, choć przyznaję, że w miarę upływu lat będzie coraz trudniej dojść do prawdy. Po pierwsze, wiemy, jakie instytucje w Polsce Ludowej były zbrodnicze. W szczególności były to: Informacja Wojskowa, struktury Urzędów Bezpieczeństwa, prokuratury wojskowej i sądownictwa wojskowego, potępione uchwałą sejmową z 16 listopada 1994 r. To nic, że uchwała nie ma żadnej mocy prawnej i na jej podstawie nie można nikogo dziś pociągnąć do odpowiedzialności. Jest to jednakże jakiś wyraz woli politycznej, wystarczy zatem konsekwentnie przestrzegać obowiązujące prawo, że wszyscy wobec niego jesteśmy równi. Są podstawy, aby wszczynać śledztwa w sprawach oczywistych. Jeśli suwerenne sądy III RP stwierdzają dziś nieważność wyroków z tamtego okresu, to przecież znane są z akt każdej sprawy nazwiska sędziów, prokuratorów, oficerów śledczych UB i Informacji Wojskowej.
Przede wszystkim nie wolno chronić tych ludzi na podstawie ustawy o ochronie danych osobowych. Jest rzeczą przerażającą, że wrocławska wystawa: „Winni? Niewinni?” na której fotografie sędziów i prokuratorów miały początkowo przesłonięte oczy, wzbudziła tyle kontrowersji. Prywatność musi mieć pewne granice. Osoby, pełniące funkcje publiczne w zbrodniczym aparacie nie mogą chronić się za parawanem „prywatności”.
Po drugie, podliczanie żyjących funkcjonariuszy Informacji, UB, sędziów i prokuratorów wojskowych nie wyczerpuje zagadnienia. Także sądownictwo powszechne i powszechna prokuratura z tamtego okresu – choć w mniejszym stopniu – uczestniczyły w zniewalaniu społeczeństwa. Ale to przecież też nie wszystko. W latach 1945–1954 działała bowiem osławiona Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym (na jej czele stał Roman Zambrowski), która miała swe Delegatury na terenie całego kraju. Wbrew mylącej nazwie, jej orzeczenia nie sprowadzały się wyłącznie do spraw określonych w jej nazwie. Za zwykły dowcip polityczny, czyli „kawał”, można było dostać dwa lata obozu pracy i dotkliwą grzywnę a nawet przepadek mienia a skazany nie miał prawa do obrony. W wyniku jej działalności (całkowicie pozaprawnej, także w świetle ówczesnego „prawa”) prawie 100 tysięcy ludzi przeszło przez „obozy pracy”. A warunki przebywania w nich były wyjątkowo ciężkie, jeśli wg współczesnych ocen stosowane metody wobec więźniów nie odbiegały od warunków niemieckich obozów koncentracyjnych…
Przeczytaj również: „Chłopcy silni jak stal”
Nad wszystkim czuwała zaś wszechwładna partia komunistyczna. To ona sprawowała nadzór nad organami represji. Oczywiście, nie wszyscy członkowie PPR-PZPR ponoszą taką samą odpowiedzialność. Szeregowi członkowie często sami byli zastraszeni i nie potrafili opuścić jej szeregów. Ale ciała kierownicze – od Komitetów Powiatowych w górę – obsadzane były już przez wyjątkowo starannie dobieranych towarzyszy, dla których udział w rzeczywistej władzy był wyjątkowym zaszczytem. Do tego zaś nikt ich nie zmuszał.
Czas liczenia (ofiar)
Niektórzy komunistyczni historycy i publicyści starają się wykazać, że lata 1944–1956 nie były takie straszne, bowiem wykonano w tym okresie „zaledwie” około trzech tysięcy kar śmierci. Rzeczywiście, na tle tego, co działo się wcześniej (1939–1944), ta liczba nie musi szokować. Tyle, że jest to półprawda: oficjalnie wykonane kary śmierci to margines represji, zakończonych morderstwem czy stworzeniem tak ciężkich warunków, że następował zgon więźnia. Ponadto na liście oficjalnej brak jest licznych ofiar z tamtego okresu – osób, co do których orzeczono karę śmierci, choć brak jest jakichkolwiek danych, kiedy i gdzie ją wykonano. Ponadto musimy uwzględniać nie tylko represje stosowane w granicach „prawa”. Terror miał znacznie większy zasięg i wykraczał znacznie poza zbrodnie sądowe. Znane są przypadki masowych egzekucji, podczas których nie spisywano nawet danych personalnych ofiar. Takie pacyfikacje, jak w Hrubieszowie czy Siedlcach w 1945 r., gdzie mordowano młodych ludzi jak popadnie, nie były wyjątkiem. Podobnie było we wsiach. Pacyfikacja, dokonana przez funkcjonariuszy PUBP z Ostrowi Mazowieckiej 7 marca 1945 r. we wsi Guty-Bujno, to dziewięć ofiar. Ale tzw. „obława suwalska” latem 1945 r. powiększyła straty bezpowrotne polskiego społeczeństwa o setki istnień ludzkich!
Co zaś działo się w aresztach i prowizorycznych więzieniach, w których nie wpisywano do rejestrów wszystkich zatrzymanych? Niektórzy z nich byli tam mordowani, a ciała zakopywano na miejscu. Szef PUBP w Lubaczowie nie silił się, aby zacierać ślady zbrodni. Swe ofiary zakopywał… na podwórku więziennym. Nie on jeden. Ilu ludzi w tamtym okresie zaginęło bez wieści? Była to metoda „zaginięcia bez śladu”, choć nie wszystkie zbrodnie są doskonałe, czyli doskonale zatarte. Znam dwa przypadki, w których zamordowani bez sądu przez funkcjonariuszy UB i zakopani w lesie Polacy zdołali – mimo odniesionych obrażeń – wydostać się z prowizorycznego grobu. Przeżyli, ale nie mogli dać świadectwa prawdzie, musieli bowiem długo ukrywać się a swe przejścia okryć głęboką tajemnicą.
Tak naprawdę, nikt nigdy nie policzył ofiar komunistycznych zbrodni po 1944 roku. I coraz trudniej będzie to zrobić. A dlaczego nie mielibyśmy liczyć ofiar terroru i bandyckiej działalności Gwardii i Armii Ludowej w latach 1942–1945? Przecież mordercy zostawali generałami, dyplomatami, sekretarzami, ba! również sędziami i prokuratorami.
Także od tego są historycy. Nikt nie wymaga od nich cudów, że zrobią to z dnia na dzień, ale – nikt ich z tego moralnego obowiązku nie zwolni. Tymczasem wielu z nich panicznie ucieka od tych zagadnień, prześlizgując się nad nimi pobieżnie, stosując dziwaczną „metodę” badawczą: w nowej, jakoby demokratycznej formie „państwa prawa” przemycają stare, komunistyczne treści z epoki „utrwalania władzy ludowej”, przywołując pseudodorobek swych komunistycznych antenatów. Wystarczy w tych pracach przestudiować przypisy i zakres wykorzystanej literatury….
Czas rozliczeń
Na rozliczenia nigdy nie jest za późno. Oczywiście, lepiej będzie, jeśli dojdzie do nich już teraz, jeśli przed sądami staną komunistyczni oprawcy i ich mocodawcy – mordercy zza biurka: funkcjonariusze PPR i PZPR, odpowiedzialni nie tylko za realizację zbrodni, ale też za ich ukrywanie przez dziesiątki lat. Ale nawet wtedy, gdy będzie absolutna pewność, że już żaden z nich nie żyje, też trzeba będzie dochodzić do prawdy, czasami drogą ustaleń nie tylko historycznych, także prawnych. Ulice naszych miast noszą nazwy „bohaterów” a faktycznie zbrodniarzy. Ich nazwy noszą także szkoły a dziatwa wychowuje się na ich sfałszowanych życiorysach. Czy rzeczywiście musi stać w Warszawie pomnik Zygmunta Berlinga, choć powszechnie wiadomo, że dziesiątkami zatwierdzał wyroki śmierci na ludzi z podziemia niepodległościowego?
Efektowna propaganda
Dwie tezy Dariusza Baliszewskiego są dla mnie szokujące. Jedna, to jakoby stalinizm (…) dokonał się polskimi rękami. Druga zaś – że dzisiaj nie ma woli politycznej po temu, by karać; nie ma, bo być może okazałoby się za chwilę, że zbyt wielu mamy ludzi do ukarania.
Zacznijmy od pierwszej z nich. Baliszewski twierdzi, że stalinizm to nie jest system przyniesiony – jak to się mówi – na czołgach i na bagnetach, system, w którymś jakaś siła okupacyjna, posiłkując się garstką odszczepieńców, zniewoliła naród.
Jeśli to byłoby prawdą, trzeba byłoby dopowiedzieć, że ten system tkwił w nas, czekał na sprzyjające okoliczności i wszyscy po trosze okazaliśmy się stalinistami. Może to i efektowne, ale bałamutne. Jeśli tak, to stalinistą był gen. Okulicki, gen. Fieldorf, mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko”, por. Jan Rodowicz „Anoda”… Jeśli nimi nie byli, to prawdą jest, że ten system przyszedł z zewnątrz, wsparty przez garstkę odszczepieńców. Józef Stalin, ich mocodawca, szydził z nich w październiku 1944 r., że bez pomocy Czerwonej Armii „polska reakcja” wystrzelałaby ich jak kuropatwy.
Prawdę mówiąc, trudno sobie wyobrazić działalność renegatów z PPR, gdyby nie stacjonowały wojska NKWD na ziemiach polskich, które do 1947 r. pełniły funkcję wojsk okupacyjnych. Były one używane do pacyfikacji, obław, aresztowań. Wszystkie większe walki polskiego podziemia niepodległościowego w tym czasie stoczone były przecież z NKWD a nie UB, KBW, MO i lWP. Tak było pod Kuryłówką, Kotkami, Włodawą, Moczydłami, Bujkami, Bodakami, Nałęczowem… I nie są to nazwy miejscowości na Kresach (gdzie było podobnie, choć może jeszcze bardziej krwawo).
Zarówno Informacja Wojskowa, jak i UB były tworami sowieckimi. Bez funkcjonariuszy SMERSZA czy NKWD te twory nie mogłyby w ogóle powstać. Czy były to instytucje polskie, powołane bez sowieckich bagnetów i czołgów? Pierwszych 17. Polaków (?) pojawiło się w Informacji Wojskowej po ponad roku jej funkcjonowania, objęli jednak wyłącznie funkcje tłumaczy i protokolantów. Nic dziwnego, że Żymierski wydawał dla niej rozkazy… po rosyjsku! Około 40% kadry oficerskiej w wojsku, to byli Sowieci, czyli – jak ich wtedy nazywano – „pełniący obowiązki Polaków”. Język rosyjski stosowany był w śledztwach (w nim pisano protokoły przesłuchań, a czasami nawet wyroki!). Takie przykłady można mnożyć bardzo długo. I teza Baliszewskiego, że stalinizm jest „nasz”, nie da się obronić.
Teza druga, że dlatego nie ma woli politycznej, aby karać tych ludzi, bo byłoby ich zbyt wielu – jest kuriozalna. Równie dobrze można twierdzić, że nie można ścigać złodziei, bo jest ich… zbyt wielu. Tego chyba nie muszę tłumaczyć. Przyczyna leży gdzie indziej. Ten system trwał u nas prawie pół wieku. Komuniści wychowali dwa kolejne pokolenia ludzi otumanionych, odciętych od świata, wychowywanych w nienawiści i kłamstwie. A co jest dzisiaj? Wystarczy zajrzeć do aktualnych podręczników historii. Niektóre z nich mógłby spokojnie zatwierdzić Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk.
Od redakcji, 2026
Po dwóch dekadach widać, że czas odpowiedział na apel Żebrowskiego rozdzielnie. Symbolicznie – owszem: ustawa dekomunizacyjna z 1 kwietnia 2016 r. wymusiła zmianę około 943 nazw ulic i placów „utrwalaczy władzy ludowej”, a pomnik gen. Zygmunta Berlinga, o który autor pytał wprost, w 2019 r. zniknął z warszawskiej przestrzeni publicznej. Karnie – już nie. Pion śledczy IPN skierował do sądów ponad sto aktów oskarżenia, ale znaczną część postępowań umorzono, w dużej mierze wobec śmierci sprawców; wyroków zapadła garść. Najgorzej wypadł „czas liczenia ofiar”: pełnej, imiennej listy zamordowanych po 1944 r. nadal nie ma i – jak przewidywał autor – z każdym rokiem coraz trudniej ją odtworzyć. Diagnoza okazała się więc trafna: na rozliczenia nigdy nie jest za późno, ale czas pracuje na korzyść katów, nie ofiar. Ten sam spór wraca przy pamięci o Żołnierzach Wyklętych i „grubej kresce”.
Źródła: uchwała Sejmu RP z 16 listopada 1994 r. potępiająca zbrodnicze instytucje aparatu represji; ustawa z 1 kwietnia 2016 r. o zakazie propagowania komunizmu (tzw. dekomunizacyjna) – ok. 943 nazwy ulic/placów do zmiany, termin do 2 września 2017 r., odrębne przepisy o pomnikach; usunięcie pomnika gen. Zygmunta Berlinga w Warszawie (2019); dane o działalności pionu śledczego IPN (Główna/Oddziałowe Komisje Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu) – wysoki odsetek umorzeń, m.in. wobec śmierci sprawców; Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym (1945–1954).
Czytaj dalej z archiwum „Naszej Polski”
- Żołnierze Wyklęci – 1 marca (Leszek Żebrowski) – spór o pamięć i „grubą kreskę”
- Bezkarni kaci z Jaworzna – komunistyczny obóz i bezkarność oprawców
- Ofiary Łączki wołają o pamięć – ofiary terroru, których wciąż szukamy



