Komunistyczny obóz pracy w Jaworznie – filia Auschwitz przekształcona w 1945 r. przez MBP w łagier dla rodzin żołnierzy podziemia, Ukraińców z Akcji „Wisła” i młodzieży antykomunistycznej – pozostaje jedną z najmniej rozliczonych zbrodni Polski Ludowej. O katach z Jaworzna, którzy nigdy nie ponieśli kary, oraz o buncie z 1956 r. – z autorem książki „Łagier Jaworzno” rozmawia tygodnik „Nasza Polska”.
Z Mateuszem Wyrwichem, autorem książki „Łagier Jaworzno”, rozmawia Mateusz Rawicz:
Filia Auschwitz przejęta w 1945 r.
– Kiedy powstał łagier Jaworzno?
– W 1943 r. powstał w Jaworznie niemiecki obóz Auschwitz-Birkenau III, w kwietniu 1945 r. komuniści przekształcili go w Centralny Obóz Pracy. Do 1946 r. kierowali nim Sowieci, później działał pod kierownictwem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, chociaż NKWD nadal przetrzymywało tam swoich więźniów.
Więźniowie: podziemie, Ukraińcy, Niemcy
– Kogo MBP przetrzymywało w łagrze Jaworzno?
– Głównie rodziny związane z podziemiem niepodległościowym. W 1991 r. rozmawiałem z panią, która miała kilkanaście lat, gdy siedziała w obozie. Uwięziono ją, ponieważ poszukiwano jej ojca – żołnierza podziemia antykomunistycznego. Kiedy został zamordowany, zwolniono ją bez podania przyczyny, a o jego śmierci dowiedziała się później. Podobna sytuacja była z dziewczyną z Krakowa, której zarekwirowano mieszkanie i osadzono z matką w Jaworznie. W 1946 r. została zwolniona, dopiero 10 lat później dowiedziała się, że jej ojciec został zamordowany. W Jaworznie osadzano też ludzi, którzy do dzisiaj nie wiedzą, za co tam siedzieli.

– Więziono tam tylko Polaków?
– Nie tylko. W latach 1947–1949 przebywali tam głównie Ukraińcy z akcji „Wisła”. Niemców więziono od 1945 do 1950 r., mimo że na mocy porozumień już dawno powinni być przesiedleni do ojczyzny. Część z nich wcześniej została „przesiedlona” na Syberię.
Polecamy także: IPN wznowił ekshumacje na Wołyniu. W Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej odnaleziono szczątki kilkudziesięciu ofiar
– Kto o tym decydował?
– Sowieckie i polskie służby.
Łagier dla młodzieży i bunt 1956
– Od 1950 r. Jaworzno było specjalnym obozem dla młodzieży antykomunistycznej, odsiadującej wyroki w innych więzieniach, którą tam zgromadzono i chciano resocjalizować. Ilu młodych ludzi przeszło przez ten łagier?
Przeczytaj również: „Chłopcy silni jak stal”
– Tej młodzieży było blisko 10 tysięcy. Jednorazowo około 2500 osób. Spośród niej postanowiono wyselekcjonować grupę osób przeznaczoną do indoktrynacji. Chciano zrobić z nich ludzi oddanych nowemu systemowi. Liczono, że po wyjściu z obozu będą zakładać organizacje pod rozkazami UB, tzw. bandy pozorowane. Pozwoliłoby to władzom zinfiltrować środowiska młodzieżowe. Z tej grupy młodzieży, w wieku od 15 do 21 lat, zamierzano też wyselekcjonować tajnych współpracowników. Tylko w minimalnym stopniu udało się to komunistom.
– Jakie prace wykonywali więźniowie obozu?
– Część bardzo ciężko pracowała w pobliskich kopalniach, również w tzw. kopalniach mokrych, w chodnikach, które ciągle zalewała woda. Nie wszystkie grupy były dowożone do pracy, część wracała po kilka kilometrów pieszo, w zimie podczas marszu zamarzała na nich odzież. Czasem po przybyciu stawali na dworze na godzinny lub dwugodzinny apel. Niekiedy nawet dłużej. Wielu pracowało w batalionach budowlanych, które wznosiły osiedla w Jaworznie dla swoich prześladowców. Również cztery bloki, w których sami przebywali. Obecnie są to mieszkania lokatorskie. Wcześniej siedzieli w takich samych barakach, jak w Auschwitz. Jaworzno przecież było filią Auschwitz. Do dziś z byłego obozu w Jaworznie zachowały się owe bloki, dom kultury, część budynku nadzorców, komendanta i część warsztatów, w których więźniowie robili m.in. kamizelki kuloodporne dla swoich prześladowców. Słupy z ogrodzenia drutów kolczastych, do których podłączony był prąd.
Przeczytaj artykuł o tym, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” – biografia legendarnego dowódcy 5. Brygady Wileńskiej AK
– Niektórzy dali się „zresocjalizować” – w łagrze były tzw. grupy aktywistów…
– To ludzie, którzy poddali się władzy, współpracowali, bo chcieli mieć lepiej. Głównie wywodzący się z więźniów kryminalnych, bo takich też w pewnym momencie przywieziono. Więźniowie mogli chodzić w obozie do szkoły podstawowej lub zawodowej. Jednak często warunkiem pójścia do szkoły była współpraca z władzą. Ale też by skłócić, szczególnie tych opornych, brano do szkoły na siłę. Następnie nadzorcy dawali do zrozumienia innym więźniom, że skoro ten czy ów z owych zawziętych antykomunistów uczy się, to znaczy, że poszedł na współpracę z władzami obozu. Robiono to po to, żeby rozbić jedność grupy. Jednak na ogół więźniowie nie dawali się skłócić. Tam byli bystrzy chłopcy, którzy wcale nierzadko mieli skończoną szkołę średnią czy gimnazjum. Bezpieka doskonale znała ich przeszłość, mimo to zatrudniano niektórych z nich jako nauczycieli. Ci, którzy chodzili do szkoły, mieli lżejszą pracę. Tam był podział na tych, którzy mieli wyroki do 5 lat i pracowali na kopalni, oraz na tych, którzy mieli powyżej 5 lat i pracowali na terenie obozu. Sprawami oświatowymi w obozach zajmowała się pani Lewin. Udało mi się z nią porozmawiać, ale tylko przez domofon. Powiedziała mi: „Słyszałam, że Pan chce napisać jakąś wredną książkę, a my chcieliśmy wychować wspaniałych ludzi, przed którymi jest przyszłość, przecież oni nie mieli gdzie mieszkać, myśmy ich wyciągnęli z ruder”. W 1993 r. na zjazd Jaworzników przyjechało również kilku aktywistów. Pozostali byli skazańcy nie życzyli sobie ich obecności, więc odjechali. Trudno mi powiedzieć, jakie były losy tych aktywistów, nie badałem ich. Siedzieli w obozie też młodzi ludzie, którzy przyjechali już jako kapusie. Jednego z nich opisałem w książce.
– Były różne sposoby łamania więźniów. Jednym z nich było przywożenie więźniów do obozu w niemieckich mundurach…
– Kiedy wysadzano ich na stacji Jaworzno-Szczakowa, ludzie dwuznacznie na nich patrzyli. Jednak szybko można się było zorientować, że coś się nie zgadza, bo było już przynajmniej pięć lat po wojnie, więc skąd ci Niemcy? Ale Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który ich transportował, tłumaczył ludziom, że to Hitlerjugend. Za odpowiednim wynagrodzeniem organizowano aktyw partyjny, w tym ORMO-wców, do rzucania w więźniów grudami śniegu lub kamieniami.
Bezkarni kaci – Szlomo Morel i inni
– Było kilku naczelników łagru Jaworzno, m.in. Szlomo Morel, który zmarł kilka lat temu w Izraelu i do końca życia otrzymywał wysoką emeryturę z Polski. Czy któryś z naczelników został oskarżony przez polską prokuraturę?
– Za to, co się działo w obozie w latach 1945–1956, nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Choć np. do dzisiaj żyje i mieszka w Jaworznie strażnik, który zastrzelił jednego z więźniów. Sztandarową postacią, którą starano się pociągnąć do odpowiedzialności, był właśnie Morel. Odpowiedź ministra sprawiedliwości Izraela w jego sprawie, którą nadesłał do IPN, była wyjątkowo arogancka, wręcz bezczelna. Pisał, że to właśnie Morel był w Polsce prześladowany!
– Dlaczego w 1956 r. w Jaworznie doszło do największego buntu w historii polskiego więziennictwa?
– Czuć było odwilż, atmosfera była łagodniejsza, więźniowie wracający z trzeciej zmiany mogli odpoczywać na zewnątrz. Jeden ze strażników, żyjący do dziś w Jaworznie, uznał, że młody więzień, nazwiskiem Baran, leży zbyt blisko linii obozu, i zastrzelił go. W buncie uczestniczyło ponad tysiąc osób. Teren obstawiło KBW, później pojawił się prokurator, który zbierał informacje i rzekomo miał oskarżyć mordercę więźnia. Tymczasem oskarżył więźniów o bunt. W 1956 r. po buncie część więźniów wywieziono do Iławy, skąd wypuszczono ich w styczniu 1957 r. Skazanych za bunt w Jaworznie więziono nieco dłużej.
– Zabicie więźnia mogło być prowokacją?
– Mogło to być dzieło grupy osób z MBP, która uważała, że obozy jako forma walki z przeciwnikami politycznymi są jak najbardziej potrzebne. Również jako forma resocjalizacji, szczególnie tam, gdzie kierowała więźniów do obozów Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Takich obozów zorganizowano najwięcej na Śląsku, gdzie było ogromne zapotrzebowanie na pracowników. Notabene były to pozostałości niemieckich obozów. „Sprzedawaliśmy” przecież Sowietom tonę węgla za dolara, a jej wartość rynkowa wynosiła 36 dolarów, więc siła robocza musiała być bardzo tania. A przecież kilkanaście tysięcy doświadczonych górników z Polski zostało wywiezionych przez Sowietów do ich kopalni…
– To była jedyna ofiara śmiertelna Jaworzna?
– Trudno z całą pewnością powiedzieć, ile osób tam zmarło. Umierających wywożono poza teren obozu, przewożono do szpitala na Montelupich w Krakowie i tam konali. Jest jeszcze kilka osób odnotowanych jako zmarłych w Jaworznie-Chrustach. Ale najwięcej ludzi zmarło zaraz po wojnie, kiedy obozem kierowali Sowieci: Polaków, Ślązaków, Niemców i obywateli innych narodowości, którzy zostali aresztowani na terenie Śląska. Zginęło tam też ponad 150 Ukraińców zatrzymanych podczas „Akcji Wisła”.
ⓘ Informacja o publikacji
Wywiad Mateusza Rawicza pt. „Bezkarni kaci z Jaworzna” ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym tygodnika „Nasza Polska” nr 28 (975) z dnia 8 lipca 2014 roku, s. 11. Reprint na portalu naszapolska.pl w ramach digitalizacji archiwum redakcji. Wszelkie prawa do oryginalnego tekstu zastrzeżone – Mateusz Rawicz / „Nasza Polska”. Zdjęcie: archiwum „Nasza Polska”, skan wydania nr 28 (975)/2014, s. 11.



