Funkcjonariusze oświatowi kontra wolni uczniowie i rodzice

4 min. czytania

Redakcja

02 września 2020 r.

4 min. czytania

Redakcja

02 września 2020 r.

Komentarz Redakcji „Naszej Polski”

Paweł Skutecki w felietonie z 2 września 2020 r. – na tydzień przed ogólnopolskim protestem oświatowym zapowiedzianym na 12.09.2020 – rozprawia się z rozporządzeniem Ministerstwa Edukacji Narodowej wprowadzającym dziwny obowiązek podpisywania przez rodziców „świadomej zgody na ryzyko” związane z zakażeniem COVID-19 w szkole. Autor wskazuje, że takie oświadczenia – o „świadomości ryzyka i zrzeczeniu się ewentualnych roszczeń” – są prawnie nieważne. Ministerstwo tuszuje w ten sposób własną nieudolność i próbuje przenieść odpowiedzialność za ewentualne konsekwencje pandemiczne na rodziców. Publicysta stawia szerszy problem: „paranoicy nie powinni mieć wpływu na kluczowe decyzje dotyczące życia gospodarczego, społecznego i żadnego innego”. 12 września ludzie wyjdą na ulice w proteście przeciwko obostrzeniom. Skutecki formułuje żądanie „radykalnej, głębokiej reformy systemu oświaty”: nasze dzieciaki nie potrzebują w szkołach „funkcjonariuszy oświatowych”, tylko nauczycieli i pedagogów, którzy potrafią samodzielnie myśleć. Felieton wpisuje się w polską dyskusję o edukacji domowej w pandemii i o granicach kompetencji państwa wobec rodziny.

Komentarz Redakcji „Naszej Polski”

Paweł Skutecki w komentarzu z 2 września 2020 r. – pierwszy dzień po otwarciu szkół w Polsce w drugiej fali pandemii COVID-19. Autor bezlitośnie punktuje chaos w placówkach oświatowych: ministerstwo edukacji dało dyrektorom „wolną rękę” – ogólne, zdroworozsądkowe wytyczne bez szczegółowej instrukcji – a większość dyrektorów, przyzwyczajona do skrupulatnego wykonywania poleceń „z góry”, spanikowała. Skutecki zwraca uwagę, że nauczyciele i dyrektorzy są w większości nie pedagogami samodzielnymi, tylko „małorefleksyjnymi wykonawcami poleceń”, w których świecie „Stowarzyszenie Umarłych Poetów umarłoby jeszcze przed wrześniem”. W tle – techniki „dziel i rządź” praktykowane przez ekipę Prawa i Sprawiedliwości oraz konflikt między funkcjonariuszami oświatowymi a wolnymi rodzicami i uczniami.

Prawo i Sprawiedliwość do perfekcji opanowało zasadę dziel i rządź. To naprawdę jest tak proste: wystarczy przekonać tych z widłami, że tamci z pochodniami chcą im zabrać ich widły. Tym razem jak bezwolne matoły dali się złapać w pułapkę dyrektorzy szkół. 

Przeczytaj artykuł o tym, Matura 2026: wgląd do prac dopiero jesienią. Bałagan, za który odpowiada MEN

Bo tak po prawdzie: nauczyciele i dyrektorzy (nie wszyscy, oczywiście, ale ogromna, przytłaczająca większość) to nie są samodzielni pedagodzy, ale małorefleksyjni wykonawcy poleceń. Stowarzyszenie Umarłych Poetów w naszych realiach by umarło jeszcze przed wrześniem. 

Ministerstwo zrobiło coś, czego funkcjonariusze oświatowi nie tylko się nie spodziewali, ale czego nawet sobie nie wyobrażają. Dostali wolną rękę. Ogólne – zdroworozsądkowe – wytyczne i brak szczegółowej instrukcji. Przyzwyczajeni do skrupulatnego wykonywania poleceń, po prostu spanikowali. Efekt? Chaos… 

Temat kontynuujemy w artykule: Lex szarlatan coraz bliżej. Milion złotych kary za pseudomedycynę

Od wczoraj w przedszkolach i szkołach trwa wojna nerwów. Nie wszędzie, podkreślam – są, istnieją naprawdę dyrektorzy, których nie trzeba prowadzić za rękę, którzy mają rozum i nie do końca amputowaną zdolność podejmowania decyzji – ale są w mniejszości. Błyskawicznie stają się bohaterami miejskich legend. 

W większości placówek trwa wojna. Ci z widłami uwierzyli, że ci z pochodniami chcą im je zabrać. Szkoły i przedszkola wyglądają jak oblężone twierdze, choć nic, absolutnie nic z tych kretyńskich pomysłów nie zostało dyrektorom narzuconych „z góry”. To ich własna inicjatywa. Tyle tylko, że choć nauczyciele i reszta funkcjonariuszy oświatowych przez lata przywykła do niezadawania pytań i wykonywania poleceń, to rodzice wręcz przeciwnie. Znają swoje prawa i prawa swoich dzieci. I mówią wprost, deklarują na piśmie: odmawiają mierzenia temperatury, zakrywania ust i nosa, używania płynu dezynfekcyjnego zamiast wody z mydłem, przeprowadzania jakichkolwiek testów, badań przesiewowych, pobierania wymazów, zamykania w izolatce. I mają rację! 

Polecamy także: Zakaz telefonów w szkole. Prezydent podpisał, przepisy od września

Dyrektorzy panikują jeszcze bardziej. I biegną na skargę na policję, do kuratorium, do ministerstwa, a wtedy ich świat ostatecznie wali się w gruzy. Bo wszyscy potwierdzają banalną prawdę: rodzic ma prawo odmówić badania temperatury, ma prawo odmówić procedur medycznych – badań przesiewowych, pobierania wymazów itp, uczeń ma prawo być w szkole i na lekcjach bez maseczki. Nie ma obowiązku używania płynu do dezynfekcji. MEN mówi to głośno i wyraźnie. Tak samo jak to, że podsuwanie rodzicom do podpisu oświadczeń o „świadomości ryzyka i zrzeczeniu się ewentualnych roszczeń” jest nielegalne. 

12 września znowu Polacy wyjdą na ulice w proteście przeciwko obostrzeniom. Znowu będą głośno mówić o tym, że paranoicy nie powinni mieć wpływu na kluczowe decyzje dotyczące życia gospodarczego, społecznego i żadnego innego. Na pewno pojawią się żądania radykalnej, głębokiej reformy systemu oświaty. Bo nasze dzieciaki nie potrzebują w szkołach funkcjonariuszy oświatowych, tylko nauczycieli i pedagogów, którzy potrafią samodzielnie myśleć. 

Paweł Skutecki

Felietony i komentarze nie zawsze odzwierciedlają poglądy i opinie redakcji. 

Napisane przez

Cykl

Tagi

Udostępnij
Najnowsze

Armia zawodowa czy poborowa? Polski dylemat obronny

Byłem pod Trybunałem Konstytucyjnym. Tego rządzący nie chcą zobaczyć

Żelazna Dama polskiej polityki

Rozwój Plus pod progiem. Ile mandatów prawica traci przez rozłam w PiS

Bolek bez długopisu. Jak prokuratura obroniła Wałęsę, robiąc z niego człowieka, który nie pisał

Amerykanie zostają na dłużej. Co Polska oddaje w zamian

Rażące błędy, podejrzenie o plagiat i „przypisy z przyszłości”. Ekspert miażdży doktorat Jakuba Wiecha

Pokój uśpił czujność. Polska płaci dziś cenę wieloletnich zaniedbań w obronności

Inne kategorie

Czytaj także