Zbigniew Żmigrodzki w felietonie z 12 października 2011 r. – w przeddzień wyborów parlamentarnych 9 października 2011 r. – analizuje kampanię wyborczą, w której Platforma Obywatelska Donalda Tuska liczyła na „ostateczne wycięcie watahy”, czyli wyzerowanie opozycji PiS. Autor przypomina próby zniszczenia „pisiarzy” po katastrofie smoleńskiej, dywersję Joanny Kluzik-Rostkowskiej i „fale fałszywych oskarżeń” z „obiektywnych” komisji. Publicysta z ironią portretuje kandydatów szczycących się „obalaniem prezydenta-klerykała”, „biznesowymi uzdolnieniami” i obietnicą „porządku w śmieciach”, a także reżyserowaną narrację totalitaryzmu liberalnego. Felieton jest fotografią polskiej sceny politycznej u progu ery „ośmiu lat” rządów Platformy.
Przeczytaj artykuł o tym, Referendum ws. odwołania Trzaskowskiego. Rusza zbiórka podpisów
Polecamy także: Rozwój Plus Morawieckiego ma klub parlamentarny. Rozłam w PiS
Sprawdź także: Kim są maślarze i kim są harcerze
„Bój to jest nasz ostatni…” – brzmiała kiedyś hymniczna śpiewka międzynarodowego lewactwa. Nasza pretendująca do totalnej władzy partia napisała już wcześniej dla swojego „boju” scenariusz: w wyborach parlamentarnych AD 2011 miało nastąpić ostateczne „wycięcie watahy”, czyli „wyzerowanie” jedynej autentycznej opozycji, przy pomocy otumanionej „pijarem” i propagandą mediów rzeszy wyborców – głupich jest bowiem w każdym narodzie więcej niż rozumnych… Gdy piszę ten felieton, na wyniki wyborów trzeba jeszcze poczekać. Wprawdzie biorąc pod uwagę współczesną technologię i tryb ustalania sumarycznego rezultatu głosowań, można go uzyskać w stosunkowo krótkim czasie, jednak w naszej III RP termin ostatecznego podawania danych do publicznej wiadomości dziwnie się wydłuża: zamiast w poniedziałek, usłyszymy je zapewne w środę. Ufni w swoją przewagę, poparcie z zagranicy i w siłę piaru oraz naciski wręcz obłędnej, jednostronnej propagandy, nasi totalitaryści oczekują walnego zwycięstwa, po którym nastąpi rozszerzenie i utrwalenie ich jedynowładztwa. Trudno wszak zaprzeczyć, że na długo przed decydującym dniem wyłoniły się cienie zwątpień oraz zagrożeń, nie dające się całkowicie stłumić. Znienawidzeni „pisiarze”, których nie potrafiono zniszczyć przez katastrofę smoleńską ani pozbawić sił drogą uruchomienia zręcznej dywersantki Joanny Kluzik-Rostkowskiej bądź wzniecenia fali fałszywych oskarżeń przy użyciu „obiektywnych” komisji oraz „niezawisłych” sądów, ruszyli do udanej kontrofensywy, wymierzając celne ciosy. Jak dotąd, wszystko spływało po „liberalnych” towarzyszach i obywatelach, jak przysłowiowa woda po gęsi. Czy jednak można było i teraz na takie pomyślne zrządzenie losu liczyć? W okresie zmagań o poselskie i senatorskie stołki Polacy mieli niezły ubaw. Kandydaci przedstawiali rozmaite uzasadnienia swej „wielkości i chwały”: jeden z nich szczycił się, że akurat on zainicjował obalanie prezydenta-klerykała w swoim mieście; inny eksponował własne biznesowe uzdolnienia oraz wszelakie inne zalety, jak „doświadczenie, pracowitość, skuteczność”. Gorzej mieli ci z kandydatów, co już siadywali w parlamencie i żadną efektywną pracą przez dwie lub trzy kadencje nie zdołali zabłysnąć. „Człowiek jest najważniejszy” – deklamował ktoś; inna osoba obiecywała, że zrobi „porządek w śmieciach”. Oczywiście, taki porządek by się przydał, trzeba tylko zapytać, dlaczego dopiero teraz szanowna osoba o nim mówi, a nie zajęła się tym wcześniej – w ramach swych poprzednich poselskich powinności. Kto był posłem, nierzadko chce zostać senatorem – można sądzić, że te usilne starania o mandat mają głównie na celu uzyskanie niezłej posady w dobie kryzysu. Spora liczba wyszukanych do wsparcia partii „celebrytów” poziomu dyskusji na forum publicznym raczej nie podniesie. Ale i „zdrowe ciała” też się pewnie przydadzą, jeśli ich posiadacze zostaną wybrani. Mniejsza o to, co w nich innego zdrowego jest, byleby głosowali jak trzeba… Jeżeli jacyś „specjaliści” tych wyborów nie spreparują, a strona rządząca nie odniesie zaprogramowanego sukcesu, następstwa mogą być frapująco ciekawe: wrogi rejwach, jaki się wówczas podniesie, przewyższy niewątpliwie dotychczasowe awantury. Natomiast „politycznie poprawny” obraz czekającej nas przyszłości nietrudno sobie wyobrazić: nie tak dawną przeszłość mamy jeszcze w pamięci… Zbigniew Żmigrodzki Artykuł w najnowszym numerze tygodnika „Nasza Polska” Nr 41 (832) z 12 października 2011 r.



