Pułapka prezydencka. Czy prezydenta powinien wybierać parlament?

5 min. czytania

Paweł Siergiejczyk

11 lutego 2014 r.

Pałac Prezydencki w Warszawie i urna wyborcza, wybory prezydenckie w Polsce

5 min. czytania

Paweł Siergiejczyk

11 lutego 2014 r.

Wybór prezydenta przez parlament to rozwiązanie, które obowiązywało w II Rzeczypospolitej i wciąż obowiązuje w Niemczech, we Włoszech czy w Izraelu. W Polsce od 1990 r. głowę państwa wybieramy w wyborach powszechnych, choć konstytucja daje prezydentowi niewiele realnej władzy, a faktycznym szefem państwa jest premier. Na początku 2014 r., na ponad rok przed kolejnymi wyborami prezydenckimi, po prawej stronie sceny politycznej trwa dyskusja, czy Jarosław Kaczyński powinien zmierzyć się z Bronisławem Komorowskim, czy raczej wystawić innego kandydata, np. prof. Piotra Glińskiego. Paweł Siergiejczyk w rubryce „Prosto z mostu” analizuje ten dylemat, przypomina „wojnę na górze” z 1990 r., która dała nam powszechne wybory prezydenta, i stawia pytanie, czy nie czas wybrać wreszcie jasno: system prezydencki albo parlamentarno-gabinetowy, z prezydentem wybieranym taniej i rozsądniej przez Zgromadzenie Narodowe.

Prosto z mostu

Wśród publicystów i polityków po prawej stronie rozpoczął się festiwal dywagacji wokół pytania, czy Jarosław Kaczyński wystartuje w wyborach prezydenckich. I czy w ogóle powinien startować, czy też szukać innego kandydata. Sam zainteresowany mówi, że prezydenckich ambicji nie posiada, ale też jednoznacznie nie deklaruje, że kandydować nie będzie. I trudno się temu dziwić, bo wybory prezydenckie dopiero w połowie przyszłego roku, a do tego czasu jeszcze się wiele wydarzy – przecież tylko w tym roku przed nami majowe wybory europejskie i listopadowe samorządowe. Za rok nasza scena polityczna może już wyglądać zupełnie inaczej.

Dylemat Jarosława Kaczyńskiego po Smoleńsku

Ale prezydenckiego dylematu Kaczyńskiemu nie zazdroszczę. Dopóki żył jego brat, podział ról był oczywisty: Lech był prezydentem, a Jarosław – liderem partii i szefem rządu. Katastrofa smoleńska ten naturalny układ zburzyła, zmuszając Jarosława do kandydowania zaraz po śmierci brata, choć dla wszystkich było jasne, że nie jest to rola dla niego. Ale od Smoleńska miną niebawem cztery lata, a problem pozostał: PiS nie ma nikogo, kto byłby w stanie godnie zastąpić Lecha Kaczyńskiego. Jarosław pewnie więc będzie musiał znów wystartować, choć jego szanse na zwycięstwo z prezydentem Komorowskim – wspieranym przez cały establishment polityczno-medialno-artystyczny i jednak autentycznie popularnym, jak niegdyś Kwaśniewski – są niewielkie. Ale to nie byłoby tak dużym problemem, gdyby nie fakt, że kilka miesięcy po tym pojedynku odbędą się wybory parlamentarne, w których PiS będzie walczył o wszystko, czyli o odsunięcie Platformy i Tuska od władzy. Czy przegrana z Komorowskim nie zaszkodzi Kaczyńskiemu w tej najważniejszej rozgrywce?

Z drugiej strony wystawienie przez PiS kogoś innego niż lider, np. prof. Piotra Glińskiego, grozi jeszcze większą porażką prezydencką, która może osłabić i zdemobilizować partię Kaczyńskiego i jej zwolenników w kluczowym momencie. A przy tym wzmocnić konkurencję po prawej stronie – bo nie ulega wątpliwości, że w wyborach prezydenckich wystartuje i Zbigniew Ziobro, i Jarosław Gowin, i tradycyjnie Janusz Korwin-Mikke, a to pewnie jeszcze nie koniec listy. W tej sytuacji jedynie lider PiS może rozgromić konkurentów i zjednoczyć prawicowych wyborców, nawet jeśli ostatecznie przegra z Komorowskim.

Słaba prezydentura i silny premier

Podobne dywagacje będziemy pewnie snuć jeszcze przez rok albo i dłużej, a i tak ostateczną decyzję podejmie jeden człowiek. Nie warto więc już teraz emocjonować się prezydenckim pojedynkiem, tym bardziej, że to nie Bronisław Komorowski jest dziś najważniejszym problemem Polski. I takim problemem nie będzie żaden kolejny prezydent, bo prezydentura została u nas skrojona na dość skromną miarę – raczej dla salonowego celebryty niż polityka z krwi i kości. Dlatego z prezydenckich ambicji tak łatwo zrezygnował Donald Tusk, a Leszek Miller nigdy ich nie wykazywał. Bo prawdziwi politycy wiedzą, że w tym systemie to premier jest faktyczną głową państwa, nie zaś prezydent, który nadaje ordery i wygłasza przemówienia, ale realnie może co najwyżej wetować ustawy (co ma sens tylko wtedy, gdy rządowa większość nie jest w stanie takiego weta odrzucić).

Przeczytaj również: Stare Kiejkuty, nowa wojenka. Więzienie CIA w grze mocarstw o Polskę

Jednak z drugiej strony tak mało znaczący w gruncie rzeczy urząd obsadza się w drodze wyborów powszechnych, które – jako najbardziej spersonalizowane – budzą w społeczeństwie najwięcej emocji i przykuwają największą uwagę. To dziedzictwo pamiętnej „wojny na górze” z 1990 r., gdy obóz premiera Mazowieckiego zapragnął powstrzymać ambicje Wałęsy i przeforsował pomysł powszechnych wyborów prezydenckich. Oczywiście Mazowieckiemu to nie pomogło, a wręcz zaszkodziło – bo przegrał nie tylko z Wałęsą, ale i z Tymińskim – za to model wyboru głowy państwa pozostał i do dziś przynosi wielkie szkody.

Prezydent wybierany przez parlament, jak w II RP

Na zdrowy rozum powszechne wybory prezydenta mają sens tylko w krajach o systemie prezydenckim, jak USA, Francja czy Rosja. W krajach, gdzie obowiązuje system parlamentarno-gabinetowy, czyli najważniejszy jest premier, pełniącego funkcje reprezentacyjne prezydenta wybiera parlament. Tak jest w Niemczech, we Włoszech czy Izraelu. Tak też było w II RP i naszych ówczesnych prezydentów – profesorów Narutowicza, Wojciechowskiego i Mościckiego – raczej nie musimy się wstydzić. W przeciwieństwie do większości prezydentów III RP, wybranych przez miliony obywateli…

W końcu więc trzeba będzie się na coś zdecydować: albo na system prezydencki z powszechnymi wyborami głowy państwa, albo na parlamentarno-gabinetowy, z prezydentem wybieranym w parlamencie, być może bardziej rozsądnie, a na pewno taniej. Dalsze utrzymywanie obecnego stanu rzeczy będzie nas co pięć lat skazywało na kosztowną fikcję z udziałem wielu błaznów, za to stawiającą prawdziwych polityków przed niepotrzebnymi dylematami.

Paweł Siergiejczyk

 


ⓘ Informacja o publikacji
Artykuł Pawła Siergiejczyka pt. „Pułapka prezydencka” ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym tygodnika „Nasza Polska” nr 7 (954) z dnia 11 lutego 2014 roku, s. 2. Reprint na portalu naszapolska.pl w ramach digitalizacji archiwum redakcji. Wszelkie prawa do oryginalnego tekstu zastrzeżone – Paweł Siergiejczyk / „Nasza Polska”. Ilustracja: grafika poglądowa, redakcja naszapolska.pl.

Napisane przez

Cykl

Tagi

Udostępnij

Napisane przez

Najnowsze

Poseł KO Robert Wardzała zatrzymany na rowerze za jazdę pod wpływem? Zasłonił się immunitetem i nie dał się przebadać.

Policja rozbiła blokadę pod TK, by wpuścić Berka. Adam Borowski stracił przytomność

Berek ślubował „wobec prezydenta”, ale bez Nawrockiego. Rząd powołuje się na Komisję Wenecką

Giertych straszy Kaczyńskiego w sprawie Zondacrypto. Sam broni prezesa upadłej giełdy

Rząd ma plan ewakuacji na wypadek wojny. Jakubiak ujawnia plany garnizonu warszawskiego

„Tego o Pegasusie jeszcze nie słyszeliście”. Klęska w Krakowie, afera Kołodziejczaka, a Tusk nagrywa film o sprawie znanej od lat

Glapiński i Trybunał Stanu. Spór o głosowanie w sprawie prezesa NBP

Michał Kołodziejczak już wcześniej był agresywny? Zajączkowska-Hernik: „Zaczął się na mnie drzeć”

Inne kategorie

Czytaj także