49 województw wróciło w styczniu 2014 r. do debaty publicznej za sprawą Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Leszek Miller i jego koledzy ruszyli w objazd po 31 miastach, które w wyniku reformy administracyjnej z 1999 r. straciły status wojewódzki. Paweł Siergiejczyk w felietonie z cyklu „Prosto z mostu” pokazuje, że za tym hasłem stoi chłodna kalkulacja: średnie miasta to najmocniejszy bastion postkomunistów. Nie poprzestaje jednak na ocenie taktyki SLD. Zastanawia się, czy trójstopniowy podział kraju wprowadzony przez rząd Jerzego Buzka, czyli ustawa z 24 lipca 1998 r. o wprowadzeniu zasadniczego trójstopniowego podziału terytorialnego państwa, rzeczywiście się sprawdził. Opisuje słabe finansowo powiaty, sejmiki i urzędy marszałkowskie, rozdwojenie władzy między marszałka a wojewodę i codzienną przepychankę o to, kto ma załatać dziurę w drodze. Autor patrzy na to także z perspektywy mieszkańca podwarszawskiego miasta powiatowego.
SLD rusza do dawnych miast wojewódzkich
Liderzy SLD „ruszyli w Polskę”, a dokładnie do 31 miast, które w wyniku reformy samorządowej z 1999 r. straciły status wojewódzki. Leszek Miller i jego koledzy podnieśli bowiem hasło powrotu do 49 województw. I to nie tylko z powodów sentymentalnych – wszak sami często zaczynali kariery jako partyjni aparatczycy właśnie w tamtych małych, utworzonych przez Gierka, województwach (np. Miller w Skierniewicach, Oleksy w Białej Podlaskiej). Postkomuniści wiedzą, co czynią, bowiem to właśnie średnie miasta są ich najmocniejszym bastionem.
O ile Platforma wygrywa w metropoliach, a PiS na wsi i w małych miasteczkach, to SLD najlepiej trzyma się w takich miastach jak Częstochowa, Konin, Leszno, Słupsk, Łomża, Włocławek czy Chełm (wszędzie tam rządzą lewicowi prezydenci).
Reforma administracyjna 1999 roku po latach
Zamiast więc udawać partię wielkomiejską czy obrońców wsi, postkomuniści wolą trzymać wróbla w garści. Czy taka taktyka opłaci się partii Millera, dowiemy się jesienią, przy okazji wyborów samorządowych. Ale już teraz można z całą pewnością powiedzieć, że SLD stawia na tę część Polski, która jest najbardziej zaniedbana i zlekceważona przez rządzących. A to, że stawia głośno kwestię sensowności reformy administracyjnej rządu Buzka, świadczy tylko o ich trzeźwym spojrzeniu na rzeczywistość, choć także o wyjątkowym cynizmie – w końcu podział na 16 województw nie zostałby uchwalony, gdyby nie poparcie SLD (pod przewodnictwem tego samego Millera!) i podpis prezydenta Kwaśniewskiego.
Mówię o trzeźwym spojrzeniu, bo trzeba być wyjątkowo ślepym lub załganym, by nie zauważać, że nowy podział administracyjny okazał się porażką. Nie tylko dlatego, że 31 miast wojewódzkich zostało zdegradowanych do rangi powiatu, lecz przede wszystkim ze względu na trójstopniowy podział, który zamiast wyśnionej „samorządnej Rzeczpospolitej” wprowadził niepotrzebny chaos i dublowanie biurokracji. Największą porażką okazały się powiaty – słabe finansowo, sztucznie wykrojone, dające tylko pewną ilość posad lokalnym działaczom i ich pociotkom, za to żerujące na gminach, które są przecież jedyną autentyczną formą samorządu.
Wielką kompromitację przyniosły również samorządy wojewódzkie – sejmiki i urzędy marszałkowskie stanowią po prostu parodię Sejmu i rządu centralnego, bo i jakość personelu politycznego jest tam o szczebel niższa (choć trudno uwierzyć, że jest to w ogóle możliwe!). W dodatku wprowadzając marszałków województw utrzymano urząd wojewody, powoływanego przez premiera, co powoduje rozdwojenie administracji na tym poziomie, gdzie akurat powinno jej być jak najmniej.
Gmina, powiat, województwo w praktyce
Sam mieszkam w miasteczku pod Warszawą, które jest siedzibą powiatu, i na co dzień obserwuję do czego prowadzi ta trójstopniowa piramida. Droga, którą dojeżdżam z domu do pracy, dzieli się bowiem na odcinek gminny, powiatowy i wojewódzki. W każdym z nich dziury są równie głębokie, ale gdy mieszkańcy zwracają się o ich załatanie, odpowiedzią jest zrzucanie odpowiedzialności na inny szczebel: to nie my, to powiat; to nie my, to miasto itd. Za to każde zakończenie remontu lub otwarcie nowego odcinka drogi ma wielu ojców: trwa wówczas przepychanka prezydenta miasta ze starostą, marszałka z wojewodą…
Oczywiście nowy podział administracyjny jest dziś jedną z ostatnich rzeczy, jakich nasz kraj potrzebuje, bo to i koszty, i jeszcze większy bałagan. Ale nie da się ukryć, że mapa Polski, jaką zostawił po sobie Gierek – bez dominacji wielkich miast i bez sztucznych powiatów – była znacznie bardziej sensowna niż ta, którą dziedziczymy po Buzku.
Paweł Siergiejczyk
W tym samym numerze: Postać Tygodnia: Sebastian Wierzbicki
ⓘ Informacja o publikacji
Felieton Pawła Siergiejczyka pt. „49 mgnień zimy” ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym tygodnika „Nasza Polska” nr 4 (951) z dnia 21 stycznia 2014 roku, s. 3. Reprint na portalu naszapolska.pl w ramach digitalizacji archiwum redakcji. Wszelkie prawa do oryginalnego tekstu zastrzeżone – Paweł Siergiejczyk / „Nasza Polska”. Ilustracja: grafika poglądowa, redakcja naszapolska.pl.





