Marek Belka związany z lewicą obejmował schedę po Leszku Millerze w dwóch
etapach. W kwietniu 2004 r. został powołany jako kandydat na to stanowisko przez
prezydenta Kwaśniewskiego, który Millera nie znosił i niecierpliwie czekał na
zejście (z rządu) okropnej, siwej millerowskiej głowy. Belka powołał rząd,
wygłosił expose, ale nie uzyskał w Sejmie votum zaufania, chociaż mówił, że
będzie walczył z bezrobociem „klęską klęsk i źródłem nieszczęść ludzkich”,
znormalizuje funkcjonowanie służby zdrowia i zapowiedział rządy fachowców. O
prywatyzacji w expose na wszelki wypadek nie pisnął, badania wykazywały, że
prywatyzacja źle się kojarzy 70-80 proc. respondentów. Ale rząd musiał
sprzedawać majątek publiczny, zobligował do tego Sejm i ustawa budżetowa.
Zaplanowano, że z tego tytułu minister skarbu uzyska w ciągu roku 8,8 mld zł
wpływów, był maj, uzyskano tylko miliard. Belka miał świadomość, że na ministra
skarbu musi wybrać człowieka zdecydowanego. Sam, jako premier, w pierwszym
podejściu przepadł. Przeszkodziły sprawy lustracyjne. Były minister zdrowia
Mariusz Łapiński głośno rozpowiadał o współpracy Belki „ze służbami”. Miał mu o
tym powiedzieć Krzysztof Janik z Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Janik się tego
wypierał, ale mleko już się rozlało, pierwszy gabinet Belki upadł. Ponieważ
żaden kandydat nie został zgłoszony przez Sejm, prezydent przyjął dymisję rządu
i jednocześnie powierzył Belce sprawowanie obowiązków premiera, do czasu
wyłonienia nowego gabinetu. W Sejmowych kuluarach lewica kuła żelazo, żeby Belka
przeszedł, zdymisjonowany rząd Belki pracował, a Belka „kompletował” nowy rząd,
to jest rząd miał gotowy, naniósł tylko w nim kosmetyczne poprawki. W ten sposób
znalazł się wśród ministrów były minister skarbu Sławomir Cytrycki, ale w innej
roli. W drugim kroku konstytucyjnym Sejm, z braku własnego pomysłu, kandydaturę
Belki na premiera przyjął. Po miesiącu okazało się, że w teczce Belki założonej
przez Służbę Bezpieczeństwa brakuje sześciu stron. Belka twierdził, że TW
(tajnym współpracownikiem) nigdy był, podpisał tylko tzw. instrukcję wyjazdową
przez wyjazdem do USA na stypendium w 1984 r.
*
Cytrycki, absolwent uniwersytetu leningradzkiego, który w styczniu 2003 r.
został głównym prywatyzatorem u Millera, już po trzech miesiącach na tej
posadzie złożył dymisję. Belka w swoim gabinecie zrobił go członkiem Rady
Ministrów i szefem Kancelarii Premiera. Cytryckiego ściągnął z Waszyngtonu,
gdzie pełnił funkcję szefa misji dyplomatycznej, miał dbać o interesy polskich
firm uczestniczących w odbudowie Iraku, w tym czasie – nota bene – firma Bumar
przegrała przetarg na uzbrojenie armii irackiej. Wygrali – konsorcjum Anham
Joint Venture pod Waszyngtonem, żeby była jasność Bumar wycenił realizację
kontraktu na 425 mln dolarów, amerykańskie konsorcjum znane poprzednio, jako
Nour na 259 mln dolarów. Cytrycki, tak, jak Belka związany z lewicą od młodości
przyznał się do współpracy z wywiadem Peerel. Życiorys miał bogaty, w latach 80.
– tych już był asystentem zastępcy sekretarza generalnego Organizacji Narodów
Zjednoczonych, był też wicedyrektorem gabinetów premierów „z tamtych czasów”:
Zbigniewa Messnera, Mieczysława Rakowskiego i Wojciecha Jaruzelskiego. Parasol
trzymał nad nim prezydent Kwaśniewski, ciągle jeszcze w zapasach z Millerem i
Cytrycki nie przesunął się po zimnym niebie prywatyzacji jak dziwaczna gwiazda,
która szybko odleciała na kolejną ważną posadę. Uważano, że starł się z prezesem
Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń Zdzisławem Montkiewiczem popieranym przez
Millera i że to był główny powód dymisji. Ministrem skarbu w obu rządach Belki
(pierwszym z maja 2004 i drugim z czerwca 2004 r.) niezmiennie figurował Jacek
Socha, giełdziarz, nadzorca biur maklerskich. Belka uważał, że postawił na
doskonałego konia.
*
Ależ życie gnało! Marek Belka w marcu był w Iraku, a już w maju jedenastym
premierem dziesiątego rządu III RP. Belka mówił, że jechał do Iraku bez strachu
i bez strachu podejmuje się nowych wyzwań, ponieważ kto dwa razy w Polsce był
ministrem finansów, a on był (pierwszy raz w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza w
tym rządzie zastąpił Grzegorza Kołodkę, drugi raz w rządzie Leszka Millera, tym
razem Kołodko zastąpił jego), temu nic nie może wydawać się zbyt ryzykowne.
Przedstawiał swoje credo, które brzmiało (także w odniesieniu do prywatyzacji):
„wymierność celów, przejrzystość procedur”. Zrozumiała była przede wszystkim
druga część tego zdania, że przy tzw. zmianie stosunków własnościowych nie
będzie kantów. Ale kto się zastanowił, ten zaraz sam siebie pytał, czy to jest u
nas w ogóle możliwe? Andrzej Krauze zamieścił w „Rzeczpospolitej” rysunek, na
którym jeden ludzik pyta drugiego: „czy ty w tym rządzie jesteś ze starego
zaciągu, czy z nowego rozdzielnika?”. Nie było wątpliwości, że niewiele się
zmieni. Bębnić ludziom będą tylko w uszach na nowo poukładane słowa. Kim Belka w
swoim życiu nie był łatwiej pewno spisać – niż tym, kim był. Pracował również w
Polskiej Akademii Nauk. Właśnie w PAN poznał Jacka Sochę, który w swojej głowie
miał przede wszystkim rynki kapitałowe. Jacek Socha dopiero co opuścił
stanowisko przewodniczącego Komisji Papierów Wartościowych i Giełd i czuł się
pełnoprawnym ministrem. Miał świadomość i o tym głośno mówił, że zapewnienie
wpływów z prywatyzacji jest jego obowiązkiem. Żeby zapełnić pustą kasę
zaplanował pod koniec roku sprzedaż 30 proc. akcji największego naszego
detalicznego banku PKO BP. Uważał, że resort powinien wyzbyć się pakietów
mniejszościowych skarbu państwa w spółkach i że należy jasno sprecyzować, jakie
fragmenty gospodarki nie będą podlegały prywatyzacji, a jakie będę i tę część
majątku bezwzględnie rzucić na giełdę. Zanim Socha przeszedł do Komisji Papierów
Wartościowych pracował w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych. Do
współpracy w KPW zaprosił go nieżyjący już Lesław Paga, twórca KPW. To był dla
zainteresowań Sochy strzał w dziesiątkę. Wspinał się po drabinie kariery
uporczywie. Najpierw został dyrektorem Biura Inspekcji KPW, potem
przewodniczącym KPW, następnie osiągnął stanowisko przewodniczącego Komisji
Papierów Wartościowych i Giełd. Rynek kapitałowy to jest pewnego rodzaju
systemowe narządzie gospodarki rynkowej – wyjaśniał. A więc wszystko, co jest do
sprywatyzowania, powinno przejść przez giełdę, która „gdy jest głęboka,
przyciąga inne spółki i zwiększa swoją płynność”. Konsolidacja firm? Jak
najbardziej tak, ale celem późniejszej prywatyzacji. Na pytanie, czy państwo
może być dobrym właścicielem, odpowiadał, że jest właściciele pasywnym, ułomnym
i że skarb państwa nigdy nie prowadził aktywnej polityki właścicielskiej. Jest
to tylko administrowanie majątkiem. I tego właśnie, „dlaczego tak jest”,
zwyczajny zjadacz chleba nie może pojąć.
Zobacz, co jeszcze piszemy w dziale Historia…
Wiesława Mazur
„Nasza Polska” nr 23 (762) z 8 czerwca 2010 r.



