Mors janua vitae – śmierć nauką życia

8 min. czytania

Redakcja

23 października 2021 r.

Otwarta księga liturgiczna w cieniu, świeca, jesienne liście, atmosfera kontemplacji

8 min. czytania

Redakcja

23 października 2021 r.

Komentarz Redakcji „Naszej Polski”

Sentencja „Mors janua vitae” – „śmierć bramą życia” – to jedna z fundamentalnych łacińskich formuł chrześcijaństwa katolickiego, obecna w liturgii, na polskich nagrobkach szlacheckich, w pismach Ojców Kościoła. Barbara Gąsior-Chrzan, lekarka praktykująca w Norwegii i wieloletnia publicystka „Naszej Polski”, z perspektywy podwójnej – polskiej i skandynawskiej – przygląda się temu, jak katolickie południe Europy i protestancka północ różnią się w stosunku do śmierci. Autorka analizuje ewolucję języka nekrologów („zmarł” → „zasnął” → „odszedł”), medykalizację umierania i sekularyzację, która przenosi śmierć z domu do szpitala i hospicjum. Tekst listopadowy – na miesiąc pamięci o zmarłych.

„Mors janua vitae” – śmierć bramą życia. Łacińska sentencja, którą przez stulecia powtarzano w kościołach, na epitafiach, w listach kondolencyjnych. Felieton Barbary Gąsior-Chrzan, lekarki praktykującej w Norwegii i wieloletniej publicystki „Naszej Polski”, jest refleksją wpisaną w polską tradycję rozważań nad śmiercią – tradycję bardzo różną od tej, która dominuje dziś w sekularnym świecie zachodnim. Autorka pokazuje, jak w Polsce, ale i w innych krajach południa Europy, stosunek do śmierci nadal opiera się na fundamentach katolickich; jak różni się to od mentalności protestanckiego północy; jak w nekrologach i obyczajach pogrzebowych odbija się stosunek społeczeństwa do końca ludzkiej drogi. Tekst głęboki, godny czasu poświęconego na lekturę – szczególnie w listopadzie, miesiącu pamięci o zmarłych.

Śmierć jest wydarzeniem szczególnym i ostatecznym. Dotyczy wszystkiego, co żyje – ludzi, zwierząt, roślin, może tez wody, kamieni, gazów – gwiazdy umierają. Wiemy, ale wiedzę o tym odpycha się na pobocze świadomości.

Śmierć nie tylko kończy życie, ale często także zaburza życie żyjących. Śmierć zaznacza się silnie w czasie i nie daje się pominąć, nie zauważyć, zlekceważyć. Śmierć uruchamia wiele czynności z nią związanych, dla większości przykrych, a często kosztownych. Pominę rytuały związane ze śmiercią i zostane przy zawiadomieniach o śmierci – nekrologach. Nekrologi to duży dział w literackiej twórczości i przedmiot badan socjologów. Ich lektura nie tylko informuje, że ktoś akurat opuścił  świat żywych, ale dostarcza wielu interesujących spostrzeżeń natury ogólnej.

W biurach pogrzebowych, w redakcjach gazet zamieszczających ogłoszenia podsuwają nam różne warianty gotowych tekstów informujących o śmierci. Ich treść jest jasna: NN zmarł. Można do tego dodać kiedy, gdzie, w jakich okolicznościach: nagle, po długich cierpieniach. Nigdy nie czytałam „radośnie opuścił ten świat”. Dalej dowiedzieć możemy się, że był wspaniałym człowiekiem, przyjacielem, kolega, fachowcem, mężem/żoną – nigdy:  złodziejem, mordercą, szubrawcem, zdrajcą.

Analizując nekrologi na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci zauważamy, że słowo „śmierć/zmarł” jest coraz częściej zastępowane innymi określeniami: zasnął, odszedł. Brzmią one delikatniej, nie tak dramatycznie i nieodwołalnie. Budzą lepsze skojarzenia. Zasnął – to sie obudzi, odszedł – to przyjdzie. Jest tutaj nadzieja, a może pewien wykręt, kamuflaż, makijaż.

Słowo śmierć i umieranie zdecydowanie nie pasją do żyjącego, dążącego do sukcesów świata. Słowa te przeszkadzają, chociaż powinny głęboko zastanawiać: memento mori. Śmierć nie ma przyszłości, ma tylko wieczność.

Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: Modlitwa za zmarłego o przyjęcie duszy

Chociaż tak wiele masowej śmierci dookoła, śmierć poszczególna, ta indywidualna, najchętniej wyprowadza sie z domów do szpitali, ze szpitali do hospicjów. Nikt jej nie chce oglądać, mieć z nią do czynienia. Odpycha się ją jak najdalej. Śmierć jest czymś wstydliwym, jakby porażką, co lepiej ukryć, a gdy sie juz ukryć nie da, trzeba o niej zawiadomić łagodnie i elegancko.

Obserwuje się, że na południu i w Europie Środkowej, gdzie dominują katolicy, w przeciwieństwie do północnych części kontynentu z przewaga protestantów, stosunek ludzi do śmierci jest odmienny.

Katolicy ze swoim cotygodniowym uczestnictwem we Mszy Świętej niedzielnej, głoszą śmierć Jezusa i wyznają jego zmartwychwstanie. Śmierć łączy się tutaj ze zmartwychwstaniem – nowym życiem. Katolicy czekają na to życie wierząc, że będzie ono lepsze, sprawiedliwe, bez chorób i cierpienia, a zatem bez lekarzy pielęgniarek i całego tego kosztownego i mało sprawnego aparatu usiłującego utrzymać lub przedłużać życie doczesne. Może dzięki temu cotygodniowemu wyznawaniu śmierci nie jest ona dla nich tak czarna i ostateczna jak dla protestantów, którzy bardzo rzadko (jeśli, to przeciętnie raz lub dwa razy w roku) odwiedzają swoje kościoły. Pewnie też dlatego więcej energii i uwagi poświęcają życiu obecnemu, ziemskiemu, nie myśląc o śmierci. Nawet ci, którzy już wchodzą w śmierć, wciąż jeszcze świadomi, w znakomitej większości nie szukają pomocy duchowej, czy sakramentów. Co najwyżej, dla zapobieżenia walkom rodzinnym w sadach, sporządzają testament starając sie zostawić uśmiechniętych spadkobierców. Potem umieszcza sie w gazetach kosztowny nekrolog, najlepiej z łagodnym, naiwnym wierszykiem, który ma koniec ewentualny ból, a jeśli mimo to zostanie tego bólu troszkę, to profesjonalny psycholog, na koszt ubezpieczalni, pomoże go wymazać i życie płynie dalej.

W Norwegii od stwierdzającego zgon lekarza rodzina zmarłego oczekuje kondolencji, a także 1-2 godzinnej rozmowy dla złagodzenia napięcia emocjonalnego. Rozmowa taka wcale nie jest łatwa, zwłaszcza gdy sie jest lekarzem ściągniętym z innego oddziału w środku nocy i nigdy przedtem nie miało sie jakiegokolwiek kontaktu ze zmarłym i jego rodzina.

Temat kontynuujemy w artykule: Modlitwa za zmarłego w rocznicę śmierci i przed pogrzebem

Niezłożenie kondolencji przez lekarza zawiadamiającego o śmierci dotknęło rodzine tak bardzo, ze napisano na niego skargę do dyrektora szpitala i do gazety. No cóż forma jest najważniejsza, ważniejsza od treści.

Śmierć śmiercią, a życie życiem. Ile trzeba pamiętać, aby wiedzieć kim sie jest, a ile trzeba zapomnieć, aby móc żyć dalej?

Barbara Gasior-Chrzan

Felietony i komentarze nie zawsze odzwierciedlają poglądy i opinie redakcji.

Najczęściej zadawane pytania o stosunek człowieka do śmierci

Skąd pochodzi sentencja „Mors janua vitae”?

„Mors janua vitae” – dosłownie „śmierć bramą życia” – to łacińska maksyma o korzeniach w średniowiecznej refleksji teologicznej Kościoła katolickiego. Oddaje fundamentalną intuicję chrześcijaństwa: śmierć doczesna nie jest końcem, lecz przejściem do życia wiecznego. Sentencja przewija się w pismach Ojców Kościoła, w epitafiach na nagrobkach polskich szlachciców, w katolickiej liturgii. To jedna z formuł, które przez stulecia kształtowały sposób, w jaki Polacy patrzyli na koniec ludzkiej drogi – z powagą, ale bez paraliżującego strachu, w perspektywie nadziei na zmartwychwstanie.

Dlaczego współczesny świat zachodni odpycha od siebie temat śmierci?

Socjologowie kultury wskazują kilka splatających się czynników. Pierwszy: medykalizacja umierania – śmierć przeniosła się z domu do szpitala i hospicjum, stając się procesem profesjonalnie zarządzanym przez personel medyczny, a nie wydarzeniem rodzinnym i wspólnotowym. Drugi: sekularyzacja – w społeczeństwach, w których religia przestała być żywym kontekstem codzienności, zniknęła rama pojęciowa pozwalająca myśleć o śmierci jako przejściu, nie jako absolutnym końcu. Trzeci: kult młodości i sprawności – śmierć w kulturze konsumpcyjnej jest „porażką ciała”, czymś, co zaburza idealny obraz życia jako nieprzerwanego ciągu osiągnięć. Wynik: śmierć staje się tabu, o którym lepiej nie mówić.

Czy w polskiej kulturze widać tę zmianę?

Tak, ale w wolniejszym tempie i z większym oporem niż w Europie zachodniej. Polska tradycja kultu zmarłych – żywa zwłaszcza w listopadzie, w okresie Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego – wciąż łączy szerokie warstwy społeczeństwa. Cmentarze 1 listopada są tłumnie odwiedzane, modlitwy za zmarłych w polskich rodzinach mają wymiar publiczny i prywatny zarazem. Ale obok tego trwa proces, który dotyka również Polaków: coraz częstsze wyprowadzanie umierania ze sfery rodziny do szpitala, sekularyzacja nekrologów, zanik niektórych tradycyjnych form żałoby. To napięcie między dziedzictwem a współczesnością jest jednym z istotnych elementów polskiej tożsamości kulturowej.

Jak zmienił się język nekrologów na przestrzeni dziesięcioleci?

Językoznawcy zauważają wyraźną zmianę. Słowo „zmarł”, „umarł” – bezpośrednie, mocne, jednoznaczne – coraz częściej zastępują eufemizmy: „odszedł”, „zasnął snem wiecznym”, „opuścił nas”. Każde z tych słów niesie inną semantykę. „Zmarł” jest faktografią, „zasnął” sugeruje przebudzenie. Zmiana nie jest neutralna – to językowa manifestacja głębszej zmiany kulturowej, w której współczesny człowiek szuka osłabienia, łagodzenia, kamuflażu wobec faktu śmierci. Polska tradycja kościelna, podtrzymując formuły liturgiczne („wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie”), zachowuje powagę i bezpośredniość – co odróżnia ją od coraz bardziej sentymentalnego języka cywilnych wzorów pogrzebowych.

Czego uczy nas śmierć – w polskiej tradycji katolickiej?

Polska tradycja katolicka – szczególnie ta inspirowana duchowością ks. Twardowskiego, ks. Tischnera, Jana Pawła II – uczy patrzeć na śmierć jako na nauczyciela życia. Nie po to, by się jej bać, ale by uświadomić sobie skończoność, której świadomość porządkuje hierarchię tego, co ważne. „Memento mori” – pamiętaj o śmierci – nie miało być zaproszeniem do pesymizmu, lecz do pełniejszego, bardziej świadomego życia. W tym sensie sentencja „Mors janua vitae” mówi nie tylko o przyszłym życiu wiecznym, ale i o tym, że dopiero w świetle śmierci można właściwie zobaczyć doczesne. Felieton Barbary Gąsior-Chrzan jest jednym z głosów w tej długiej polskiej rozmowie z własną śmiertelnością.

Refleksja, która nie traci na aktualności

Felietony o śmierci są rzadkością w głównym nurcie polskich mediów – temat nie jest „klikalny”, nie układa się w szybkie newsy, nie podgrzewa emocji politycznych. A jednak – albo właśnie dlatego – taki tekst jak ten jest potrzebny. Pozwala na chwilę zatrzymania, na refleksję, której współczesny pęd nam nie daje. Barbara Gąsior-Chrzan, pisząc z perspektywy Norwegii – kraju, gdzie zsekularyzowany model umierania jest wyraźnie zaawansowany – przywozi do polskiego czytelnika obserwacje, które pomagają zobaczyć z dystansu, w jakim kierunku zmierza polskie społeczeństwo. Każdy z nas wcześniej czy później stanie wobec tego pytania osobiście. Lepiej zrobić to w pełni przygotowanym – duchowo, intelektualnie, ludzko.

Napisane przez

Udostępnij

Cykl

Osoby

Tagi

Nie masz jeszcze konta na naszym Portalu? ZAREJESTRUJ SIĘ

Udostępnij

Napisane przez

Najnowsze

Rażące błędy, podejrzenie o plagiat i „przypisy z przyszłości”. Ekspert miażdży doktorat Jakuba Wiecha

Pokój uśpił czujność. Polska płaci dziś cenę wieloletnich zaniedbań w obronności

Czy Europa popełnia samobójstwo po raz drugi? Felieton z 2015 roku, który sprawdził czas

Protest bez głowy

Czy nasze serwery wyborcze są nadal w Rosji? Felieton z 2014 roku, który sprawdził czas

Mordobicie „ruskich onuc”

Czy jesteśmy kondominium niemiecko-rosyjskim? Felieton z 2013 roku, który sprawdził czas

Naród zdecydował

Inne kategorie

Czytaj także