Przez lata kolejne rządy pozwalały się starzeć wyszkolonym rezerwom, nie zapewniając dostatecznego przygotowania ich następcom. Dziś wojna za wschodnią granicą obnaża boleśnie niebezpieczeństwo tych zaniedbań: nowoczesna broń nie wystarczy, jeśli zabraknie ludzi, którzy potrafią nią walczyć. Odbudowa rezerw stała się pilnym obowiązkiem państwa, którego nie wolno dłużej odkładać w obawie o słupki wyborczego poparcia.
Toczący się konflikt rosyjsko- ukraiński przywrócił zasadnicze pytanie o model funkcjonowania sił zbrojnych: czy bezpieczeństwo państwa można oprzeć na stosunkowo nielicznej, dobrze wyszkolonej i wyposażonej armii zawodowej, czy też konieczne jest utrzymanie szerszego systemu szkolenia obywateli pozwalającego w chwili zagrożenia na szybkie rozwinięcie jednostek i uzupełnianie strat osobowych. Wspomniana dychotomia nie jest oczywiście niczym nowym i można ją obserwować od czasów, gdy historia na swoich kartach zaczęła odnotowywać zjawisko zwane wojną. Oczywiście rozwiązań przyjmowanych w poprzednich epokach nie można w sposób bezpośredni przyrównywać do dzisiejszych realiów. Obywatelskie wojska greckich polis, legiony rzymskie, rycerskie pospolite ruszenie czy nowożytne wojska zaciężne funkcjonowały przecież w odmiennych warunkach politycznych, gospodarczych czy technologicznych. Historia pozwala wszakże dostrzec pewną prawidłowość: profesjonalne wyszkolenie, uzbrojenie i dowodzenie umożliwiało z reguły pokonanie liczniejszego przeciwnika. Jednakże w wojnach długotrwałych szczególnego znaczenia nabierała przede wszystkim zdolność odtwarzania sił. Masowe armie rewolucyjnej Francji, wojska bismarckowskich Prus, czy wreszcie obie wojny światowe pokazały wyraźnie, iż o wyniku starcia rozstrzyga to, ile żołnierzy dana strona wojująca gotowa jest dodatkowo wystawić, jak szybko potrafi ich wyszkolić i czy posiada przemysł zdolny do zapewnienia odpowiedniej liczby uzbrojenia.
Po zakończeniu zimnej wojny znaczna część państw europejskich uznała posiadanie armii z poboru za pozbawione uzasadnienia. Fakt ten tłumaczono przede wszystkim rozpadem Układu Warszawskiego i zasadniczym ograniczeniem zagrożenia poważnym konfliktem zbrojnym. Tą drogą poszła także przeważająca część państw byłego bloku wschodniego, w tym Polska. W naszym kraju zmniejszano więc stopniowo liczebność wojska, skracano czas zasadniczej służby, by ostatecznie w roku 2009 całkowicie ją zawiesić i przejść na system armii w pełni zawodowej. Dla uzasadnienia tych przemian sięgano po argumenty natury ekonomicznej, społecznej, politycznej, jak i doświadczenia misji zagranicznych, wymagających sprawnych, mobilnych jednostek. Podkreślano także, iż nowoczesny sprzęt powinien trafić w ręce profesjonalistów wiążących z wojskiem swoją przyszłość, nie zaś przypadkowych rekrutów odliczających dni do opuszczenia koszar. Rozumowaniu temu trudno odmówić pewnej dozy słuszności, dopóki nie prowadzi ono do błędnej konkluzji, że armia zawodowa jest w stanie w pełni zastąpić cały system przygotowań państwa na ewentualną wojnę.
Współczesny konflikt zbrojny, co dobitnie ukazuje wojna na Ukrainie nie musi wcale zakończyć się w wyniku kilku błyskawicznych, dobrze skoordynowanych uderzeń, ale może przekształcić się w wieloletnie zmagania, podczas których sprawny system uzupełnienia stanów osobowych staje się po prostu niezbędny do dalszego prowadzenia działań. Nawet doskonale wyszkolona armia traci wówczas zdolności bojowe w wyniku poniesionych strat i wymaga by mieć za plecami odpowiednio wyszkolone rezerwy. Najnowocześniejszy nawet czołg pozostaje bezużyteczny bez załogi, wyrzutnie przeciwlotnicze bez obsługi, a profesjonalnie wyposażony szpital polowy bez odpowiednio przygotowanego personelu.
Szczególnie wymownym przykładem jest tu właśnie wspomniana wcześniej Ukraina, która jeszcze w roku 2013 zmierzała ku całkowitej rezygnacji z obowiązkowej służby wojskowej, by już w maju 2014 w obliczu konfliktu w Donbasie przywrócić pobór. Nie sam ten krok przesądził oczywiście o jej zdolności przeciwstawienia się inwazji w 2022 roku. Zdecydowała o tym w znacznej mierze pomoc zagraniczna (w tym Polski) w postaci przekazanego sprzętu wojskowego, wsparcia wywiadowczego czy logistycznego. Szkolenie kolejnych grup obywateli poszerzało jednak zasób ludzi posiadających wojskowe przygotowanie. Należy przy tym wyraźnie odróżnić pokojowe przygotowanie poborowych od mobilizacji wojennej, która pozwala przygotować dodatkowych żołnierzy, nie daje wszakże możliwości nadrobienia w ciągu kilku tygodni wieloletnich zaniedbań. Dlatego państwo, które zaczyna szkolić swoich żołnierzy dopiero pod bombami, płaci za wcześniejszą bezczynność zdecydowanie wyższą cenę.
Na gruncie polskim dyskusja o przywróceniu poboru nabrała nowej ostrości za sprawą wypowiedzi posła Konfederacji Sławomira Mentzena, który 1 października 2026 roku stwierdził: „Powszechne szkolenia 19- latków trzeba przywrócić już teraz. A tak naprawdę, to trzeba ich było nigdy nie zawieszać”. Choć stwierdzenie to wydaje się być spóźnione o kilka dobrych lat to samo postawienie tego problemu na forum publicznym należy uznać za jak najbardziej zasadne. Przynależność do NATO, mimo naiwnych wyobrażeń wielu polityków nie zwalnia bowiem Polski z budowanie własnych zdolności obronnych, wśród których skuteczny system mobilizacji rezerw stanowi jeden z istotniejszych elementów.
W wywołaną dyskusję włączyło się środowisko Rozwoju Plus, proponując obowiązkowe szkolenie parlamentarzystów do sześćdziesiątego roku życia, obejmujące do pięćdziesięciu ośmiu dni zajęć teoretycznych i poligonowych. Sam pomysł, by osoby decydujące od strony legislacyjnej o polskiej obronności choć trochę poznały wojskowe realia zasługuje jak najbardziej na uwagę, choć wypowiadany ustami polityków, związanych wcześniej z obozem rządzącym brzmi co najmniej osobliwie, jeśli nie groteskowo. Mateusz Morawiecki przez kilka lat kierował przecież rządem, dysponując możliwościami wprowadzenia odpowiednich rozwiązań. Tym bardziej, że przywrócenie powszechnej służby wojskowej nie wymagało przecież uchwalania odrębnej ustawy, a jedynie najzwyklejszego w świecie odwieszenia zawieszonego wcześniej poboru. Powstały co prawda Wojska Obrony Terytorialnej oraz dobrowolna zasadnicza służba wojskowa, nie zdecydowano się jednak na obowiązkowe przygotowanie wojskowe kolejnych roczników. Trudno zatem powstrzymać się od pytania dlaczego ówczesnemu premierowi w okresie sprawowania władzy zabrakło dzisiejszej stanowczości?
Utworzenie wspomnianych Wojsk Obrony Terytorialnej poszerzyło społeczną bazę armii, umożliwiając służbę ludziom, którzy chcieli ją łączyć z pracą i życiem rodzinnym. Nie usunęło jednak problemu skali i tempa rozbudowy rezerw. WOT-owska „szesnastka” stanowi jedynie wstęp do trzyletniego cyklu szkolenia, obejmującego kolejne rotacje i coroczne szkolenie poligonowe. Przygotowanie specjalistyczne i zgranie pododdziałów wymagają bowiem czasu, którego nie zastąpi ani entuzjazm ochotników, ani uroczysta przysięga.
W tym właśnie kontekście powraca pytanie o przywrócenie powszechnego obowiązku obrony. Należy bowiem pamiętać, że samo wydrukowanie kart powołania nie załatwi kwestii kilkunastoletnich rażących wręcz zaniedbań. Zwiększenie liczby powołanych wymaga przecież odpowiedniego zaplecza. Potrzebne są przecież koszary, strzelnice i place ćwiczeń, które przez ostatnie lata pozostawione samym sobie, nie remontowane i nie obsługiwane po prostu niszczały i dziś w najlepszym wypadku zostały zamienione na przysłowiowe TBS-y.
Równie istotnym pytaniem jest także kogo i jak długo szkolić, gdyż jednakowe potraktowanie wszystkich powołanych mogłoby oznaczać zarówno niepotrzebne obciążenie ich życia zawodowego i rodzinnego, jak i niedostateczne wykorzystanie posiadanych przez nich kwalifikacji. Obecna dobrowolna zasadnicza służba wojskowa obejmuje 27 dni przeszkolenia podstawowego, zakończonego przysięgą oraz 11 miesięcy szkolenia specjalistycznego. Jednakże maksymalnego okresu szkolenia specjalistycznego nie należy traktować moim zdaniem jako jednakowo potrzebnego do stworzenia niezbędnej liczby specjalistów. Innego przygotowania wymaga bowiem strzelec, innego sanitariusz, a jeszcze innego operator stacji radiolokacyjnej czy kierowca bojowego wozu piechoty. Sama długość szkolenia powinna wynikać z zakresu obowiązków i wymaganych umiejętności na danym stanowisku. Jego zakończenie zaś powinno prowadzić do pokrywającego się ze specjalnością wojskową przydziału mobilizacyjnego. Bez tego bowiem otrzymamy kolejne nazwiska w ewidencji, za którymi nie będzie stała konkretna wiedza i przygotowanie. W aktualnej sytuacji rozsądnym wydaje się objęcie najmłodszych roczników, zwłaszcza osób nie mających jeszcze zobowiązań rodzinnych i zawodowych, dłuższym szkoleniem, obejmującym także przygotowanie specjalistyczne. Pozwoliłoby to tworzyć rezerwy dla poszczególnych jednostek, a zarazem budować zaplecze dla ewentualnego naboru do przyszłej służby zawodowej. Starszym powołanym można by z kolei zaproponować przede wszystkim szkolenie podstawowe, realizowane w miarę możliwości blisko miejsca zamieszkania. Wiek, stan rodzinny i zawodowy nie powinny wszakże stanowić sztywnej zaporowej granicy, zamykającej drogę do dalszego przygotowania tym, którzy posiadają umiejętności przydatne dla potrzeb sił zbrojnych, albo sami chcieliby zdobyć dodatkową wojskową specjalność.
Osobnego rozważenia wymaga także kwestia wykształcenia i zawodowego doświadczenia powoływanych. Trudno byłoby bowiem uznać za racjonalny system, który lekarza, inżyniera czy informatyka szkoli bez uprzedniego ustalenia, czy jego kwalifikacje mogłyby znaleźć zastosowanie na określonym stanowisku wojskowym. Osobom posiadającym wyższe wykształcenie oraz predyspozycje należałoby zatem umożliwić odbywanie służby w akademiach i szkołach wojskowych kształcących przyszłych oficerów i podoficerów. Sam dyplom wyższej uczelni nie powinien rzecz jasna zastępować oceny zdolności dowódczych czy przydatności do określonej specjalności, podobnie jak nie powinien automatycznie zobowiązywać do wyboru ścieżki oficerskiej czy podoficerskiej. Jeżeli człowiek z wyższym wykształceniem chciałby poprzestać na szkoleniu podstawowym to należałoby zachować taką możliwość.
Regionalizacja, o której wspomniano przy kwestii szkolenia starszych roczników pozwalałaby ograniczyć część obciążeń, lecz wymagałaby odpowiedniego zaplecza. WOT mógłby uczestniczyć w takim systemie, trudno jednak oczekiwać, aby samodzielnie udźwignął całe przedsięwzięcie, skoro znaczna część jego żołnierzy na co dzień pracuje poza wojskiem. Powraca tu zatem kwestia instruktorów oraz dowódców, którzy mieliby prowadzić zajęcia w dni robocze, a tym samym konieczność zwiększenia liczby etatów zawodowych bądź też wykorzystanie możliwości w postaci tzw. stałych powołań.
Liczbę potrzebnych rezerwistów należałoby określić na podstawie planów rozwinięcia armii, przewidywanych uzupełnień oraz możliwości wyposażenia powołanych, następnie zaś ustalić proporcje między szkoleniem podstawowym, specjalistycznym i przygotowaniem kadry rezerwy. Dopiero wówczas można odpowiedzialnie obliczyć czas oraz koszty całego przedsięwzięcia, pamiętając, iż budżet MON musi pokrywać również utrzymanie infrastruktury, wynagrodzenia instruktorów i rekompensaty związane ze szkoleniem.
Jeżeli zatem dotychczasowy dobrowolny system szkolenia nie zapewni niezbędnych zasobów, przywrócenie obowiązkowego przygotowania wojskowego stanie się koniecznością. Nie wystarczy jednak samo powołanie kolejnych roczników, jeżeli nie pójdzie za nim rozbudowa infrastruktury, przygotowanie kadry oraz zapewnienie środków na rzeczywiste wyszkolenie rezerw. Bez tego otrzymamy jedynie kolejną reformę, której powodzenie zostanie ogłoszone na konferencji prasowej, a słabości ujawnią się dopiero w chwili, gdy za zaniedbania rządzących przyjdzie płacić życiem żołnierzy.
Fot. źródło: Ministerstwo Obrony Narodowej




