„Męczeńskim sanktuarium narodu” nazwał Warszawę Prymas Tysiąclecia, kardynał Stefan Wyszyński. Trudno znaleźć słowa trafniej oddające sens miasta, które w sierpniu 1944 roku stało się nie tylko polem walki, ale także miejscem ofiary, świadectwa i wierności. W 70. rocznicę Powstania Warszawskiego znów jednak wracają stare spory, powielane przez telewizje, gazety i rozmaite autorytety od komentowania historii zza wygodnego biurka.
Zamiast jasnego spojrzenia na bohaterstwo, ofiarę i dramat tamtych dni, próbuje się wszystko rozmywać. Jedni mówią o „obłędzie ’44”, inni o „dumie ’44”, a w medialnym zgiełku coraz częściej zanika to, co najważniejsze: głos samych powstańców. Tych młodych ludzi, którzy nie walczyli z romantycznego kaprysu, lecz dlatego, że znaleźli się między dwoma śmiertelnymi wrogami – niemieckim okupantem i sowieckim kłamstwem.
Dzisiejsi „mądrale” chętnie oceniają decyzje ludzi, którzy mieli po kilkanaście lub dwadzieścia kilka lat i którzy przez pięć lat okupacji czekali na moment, gdy będą mogli wystąpić z bronią w ręku. Łatwo po dekadach przeliczać szanse, wytykać błędy, układać zimne kalkulacje. Znacznie trudniej zrozumieć atmosferę tamtego czasu: głód wolności, upokorzenie okupacją, świadomość nadciągającej Armii Czerwonej i przekonanie, że jeśli Warszawa nie przemówi sama, inni napiszą jej historię za nią.
„Czerwona zaraza” i odpowiedź dla współczesnych sędziów historii
Powstańcy doskonale wiedzieli, w jakiej sytuacji znajduje się Polska. Nie byli naiwnymi dziećmi pchniętymi bezmyślnie na barykady. Wiedzieli, czym jest niemiecki terror, ale rozumieli również, czym grozi sowieckie „wyzwolenie”. Najmocniej widać to w słynnym wierszu Józefa Szczepańskiego „Ziutka”, dwudziestojednoletniego poety i żołnierza, który na powstańczej barykadzie napisał „Czerwoną zarazę”.
To w tym utworze padają słowa: „Czekamy ciebie czerwona zarazo / Ty się nas boisz, my wiemy o tym / Naszej zagłady pod Warszawą czekasz”. Trudno o bardziej przejmujące świadectwo politycznej świadomości powstańczego pokolenia. Oni wiedzieli, że Sowieci stoją pod Warszawą i czekają. Wiedzieli, że Stalin może pozwolić Niemcom wyniszczyć stolicę Polski rękami niemieckiego okupanta.
„Ziutek” zmarł po odniesieniu ran przy ulicy Długiej. Jak wielu jego przyjaciół, nie doczekał wolnej Polski. Zostały po nim wiersze, piosenki i pamięć. I właśnie one są odpowiedzią na pytania tych, którzy dziś chcą mierzyć sens Powstania wyłącznie statystyką strat. Dla tamtego pokolenia Powstanie było nie tylko decyzją wojskową. Było moralnym obowiązkiem, krzykiem wolności i ostatnią próbą ocalenia honoru państwa.
Czy musieli zginąć?
W latach 90. zrealizowałam film dokumentalny zatytułowany „Czy musieli zginąć?”. Chciałam w nim zestawić dwie perspektywy. Z jednej strony dokumenty, depesze, wypowiedzi dowódców, raporty z rozmów Stanisława Mikołajczyka ze Stalinem w Moskwie oraz reakcje Churchilla i Roosevelta. Z drugiej – głosy ludzi, którzy byli w samym środku wydarzeń: dowódców Powstania Warszawskiego i zwykłych powstańców.
Piętnaście lat temu, 1 sierpnia, na warszawskich Powązkach można było jeszcze spotkać wielu uczestników tamtych walk. Byli wśród nich także ci, którzy współdecydowali o rozpoczęciu zrywu w stolicy. Ich świadectwa, zestawione z dokumentami i archiwaliami, prowadziły do odpowiedzi na tytułowe pytanie. Z zebranych materiałów wynikało jasno: Powstanie Warszawskie musiało wybuchnąć. Co więcej, przy innym zachowaniu aliantów zachodnich i Sowietów miało realną szansę zakończyć się zwycięstwem.
Nawet ci, którzy początkowo byli przeciwnikami decyzji o rozpoczęciu walki, z czasem zmieniali swoje spojrzenie. Generałowie Władysław Anders czy Kazimierz Sosnkowski, choć krytyczni wobec Powstania w momencie jego wybuchu, później mówili o powstańcach z dumą. Chlubili się nimi przed światem, bo wiedzieli, że Warszawa pokazała coś, czego nie da się zmierzyć wyłącznie rachunkiem militarnym.
Głos tych, którzy naprawdę tam byli
Nigdy nie zapomnę rozmowy z Markiem Raczyńskim, powstańcem warszawskim, człowiekiem wielkiego formatu, prawdziwym patriotą i arystokratą nie tylko z tytułu, ale przede wszystkim z ducha. Gdy tylko mógł, przylatywał ze Stanów Zjednoczonych do Warszawy, aby 1 sierpnia stanąć na Powązkach i oddać hołd kolegom.
Przed kamerą powiedział zdanie, które zostało ze mną na zawsze: za ten jeden dzień, za 1 sierpnia 1944 roku, oddałby całe swoje życie. Czekali na ten dzień przez całą okupację. Czekali, bo człowiek zniewolony, upokarzany, pozbawiony własnego państwa i godności, nie może wiecznie tylko milczeć i przetrwać. Przychodzi chwila, w której musi powiedzieć: dość.
Zachęcamy do lektury: Stanisław Sojczyński „Warszyc” – twórca KWP, Żołnierz Wyklęty
Podobnie mówił dr hab. Zbigniew Wolak, powstaniec, a później uznany ekspert ONZ w dziedzinie architektury. Pytał retorycznie: czy można było nie pójść do Powstania, skoro wszyscy czekali na tę chwilę? Dla nich nie była to abstrakcyjna decyzja sztabowa. To był moment, na który przygotowywali się latami.
Tak samo wspominała tamten czas dr Maria Wiśniewska, dziewczyna z „Parasola”, historyk, a przede wszystkim świadek pokolenia, które nie chciało żyć na kolanach. Mówiła, że nawet gdyby nikt formalnie nie wydał rozkazu, młodzi i tak zaczęliby walczyć. Taki był nastrój. Takie było napięcie. Tak ogromna była potrzeba wolności.
W ich głosach nie było pozy, resentymentu ani teatralnego patosu. Był błysk w oku, duma i młodzieńcza energia, która mimo upływu lat wciąż nie gasła. Kto słyszał te świadectwa, nie mógł mieć wątpliwości: oni mówili prawdę. Tak właśnie było.
Powstanie jako duma i zobowiązanie
Dla mnie Powstanie Warszawskie pozostaje świętością. Nie tematem do salonowych rozważań, nie pretekstem do kolejnych medialnych połajanek, nie materiałem do chłodnych eksperymentów historycznych. Jest świętością, bo było jednym z najczystszych świadectw polskiego pragnienia wolności.
Warszawa z sierpnia 1944 roku to miasto chłopców i dziewcząt „silnych jak stal”. Taką Warszawę pamiętał mój dziadek, mój ojciec, jego bracia i siostry. Warszawę dumną, zranioną, płonącą, ale niepoddaną. Warszawę, która wiedziała, że może zapłacić najwyższą cenę, a mimo to chciała dać świadectwo światu.
Przeczytaj artykuł o tym, „Chłopcy silni jak stal”
Można oczywiście dyskutować o decyzjach politycznych, o kalkulacjach dowództwa, o zdradzie aliantów i cynizmie Stalina. Ale nie wolno odbierać powstańcom sensu ich ofiary. Nie wolno z wygodnego dystansu pouczać ludzi, którzy w najtrudniejszym momencie historii wybrali honor.
Powstanie Warszawskie nie jest dla mnie ani „obłędem”, ani tematem do relatywizowania. Jest dumą, pamięcią i wskazaniem na życie. Jest przypomnieniem, że są wartości większe niż bezpieczeństwo, wygoda i polityczna ostrożność. Jest pieśnią o tych, którzy mieli odwagę być wolni, choć świat odmówił im pomocy.
O nich jest moja pamięć. O nich jest moja wdzięczność. O nich – moja pieśń.
Alina Czerniakowska
Artykuł ukazał się w najnowszym wydaniu “Naszej Polski” z 31 (978) 29 VII 2014



