W latach 1941–1944 do okupowanej Polski drogą powietrzną przedostało się 316 spadochroniarzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie – cichociemnych. Dr Krzysztof A. Tochman z rzeszowskiego oddziału IPN, autor „Słownika biograficznego cichociemnych”, w rozmowie z Mateuszem Rawiczem przypomina genezę formacji wymyślonej przez kpt. Jana Górskiego i kpt. Macieja Kalenkiewicza, system szkolenia w szkockich stacjach treningowych SOE oraz losy skoczków AK po 1945 r. – w tym 10 wyroków śmierci wykonanych w Polsce Ludowej.
Z dr. Krzysztofem A. Tochmanem, historykiem z Oddziału IPN w Rzeszowie, autorem m.in. „Słownika biograficznego cichociemnych”, rozmawia Mateusz Rawicz:
Geneza: Górski, Kalenkiewicz i SOE
– Jak narodził się pomysł powołania cichociemnych?
– Cichociemni byli tą grupą żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którym przypadł w udziale skok bojowy na teren opanowany przez okupanta niemieckiego – do kraju, gdzie drogą powietrzną przedostało się ich 316. Dalszych 41 spadochroniarzy PSZ wylądowało w innych państwach Europy: w Jugosławii, Grecji, Albanii, we Włoszech i Francji. Rosnąca w siłę podziemna armia (ZWZ-AK) w Polsce potrzebowała coraz większej liczby oficerów różnych broni i fachowców o różnych specjalnościach, by mogli oni wspomóc kadrę krajową. Ale nie tylko kraj potrzebował specjalistów np. w dziedzinie łączności, która była nerwem każdego konspiracyjnego działania. Budowa szlaków przerzutowych (kurierskich), lądowych i powietrznych pomiędzy krajem a Europą Zachodnią oraz Europą a centralą w Londynie była nieodzownym ogniwem w łączności Oddziału VI (Specjalnego) Sztabu Naczelnego Wodza PSZ. By szlaki te mogły w miarę normalnie funkcjonować w warunkach wojennych, konieczne były bazy oraz placówki, po osi których biegły te szlaki. Ponadto skrzynki do wymiany poczty, punkty kontaktowe i meliny dla kurierów. Później już, wraz ze zbliżaniem się niemieckiej klęski, pojawił się problem obywateli polskich w służbie niemieckiej, którym należało umożliwić dezercję w celu zasilenia składu II Korpusu, wykrwawionego w bitwie pod Monte Cassino. Tym właśnie zadaniom musieli sprostać przyszli cichociemni. W grudniu 1939 r. m.in. dwaj oficerowie WP, kpt. Jan Górski i kpt. Maciej Kalenkiewicz, zgłosili w Sztabie Naczelnego Wodza PSZ we Francji projekt nawiązania łączności z krajem drogą lotniczą i kierowania tą drogą oficerów i instruktorów do dyspozycji ZWZ-AK. W lipcu 1940 r. z rozkazu Naczelnego Wodza PSZ, już na terenie Wielkiej Brytanii, powstał Samodzielny Wydział Współpracy z Krajem, tzw. Oddział VI (Specjalny). Po wielu wstępnych projektach i studiach na różnych etapach sztabowych, w Ringway koło Manchesteru, w brytyjskim ośrodku spadochronowym Central Landing School, został zorganizowany pierwszy polski kurs spadochronowy z udziałem 12 oficerów. Tego samego miesiąca angielski premier Winston Churchill powziął decyzję o powołaniu tajnej organizacji, która miała nawiązać współpracę z podziemnym ruchem oporu w całej Europie i koordynować działania przeciwko Niemcom i innym państwom osi. Powstało „SOE” – Special Operations Executive, czyli Kierownictwo Operacji Specjalnych.
Polski wkład w taktykę spadochronową
– Przywykliśmy do cichociemnych, ale pomysł w momencie, kiedy zaczął być wprowadzany w życie, był niezwykle nowatorski. Można powiedzieć, że Polacy po raz kolejny wnieśli coś nowego do sztuki wojennej…
– Istotnie, pomysł powołania do życia tej specyficznej formacji spadochronowej był nowatorski nawet dla aliantów. Ale bardzo mało osób wie, że pochodzi on jeszcze z połowy lat 30. z Polski. W 1936 r. w jednym z ośrodków spadochroniarstwa, w Legionowie koło Warszawy, zorganizowano cztery kursy dla instruktorów spadochronowych, później pierwszy kurs spadochronowy, a rok przed wojną przystąpiono do szkolenia oddziałów spadochronowych w celu przeprowadzenia desantu bojowego podchorążych i oficerów różnych broni, przede wszystkim saperów, łączności i piechoty. Tak więc gdy wybuchła II wojna światowa, były już jakieś przedwojenne wzorce, które należało pogłębić i ściśle dostosować do ówczesnego pola walki i zapotrzebowania. Należy podkreślić olbrzymi udział polskich instruktorów z kadry oficerskiej IV Brygady Kadrowej Strzelców pod dowództwem płk. Stanisława Sosabowskiego w projektowaniu zupełnie nowych metod szkolenia, budowania tzw. torów przeszkód, które zmuszały ćwiczącego m.in. do czołgania się przez zasieki, przejścia na równoważni, wspinania się po linie, forsowania 4–5-metrowych płotów oraz korzystania z wymyślnych, specjalnie skonstruowanych huśtawek, z których spadało się nie wiadomo w którym momencie i kierunku, by zrobić „fikuśną” przewrotkę, niezbędną później przy prawdziwym lądowaniu ze spadochronem. Wszystkie te ćwiczenia miały na celu nie tylko usprawnienie mięśni i kondycji fizycznej, ale również uczyły odporności psychicznej, odpowiedniego refleksu oraz umiejętności powzięcia błyskawicznej decyzji. Należy również zaznaczyć, że na zakończenie treningu w Largo House wykonywano skoki z wieży spadochronowej – dzienne i nocne. Była to pierwsza wieża do skoków na terenie Wysp Brytyjskich, a zbudowali ją właśnie Polacy.
Przeczytaj artykuł o tym, Stanisław Sojczyński „Warszyc” – twórca KWP, Żołnierz Wyklęty
Skąd nazwa „cichociemni”
– Skąd wzięła się nazwa cichociemni? Co pierwotnie oznaczała?
– Nazwa cichociemni jest nieco problematyczna. Pochodzi ze szkockich stacji szkoleniowych z 1941 r. Oznaczała ona pierwotnie sposób znikania z jednostek PSZ na szkolenie („cichy”) oraz w niejasnych, „ciemnych” okolicznościach, kiedy to przyszli skoczkowie nie informowali nawet najbliższych kolegów, jaki mają przydział. Oznaczała także charakterystyczny sposób działania dywersantów: cicho i nocą. Na trwałe nazwa ta weszła do obiegu już po wojnie, a jej przypieczętowaniem była publikacja wydana na emigracji w Londynie w 1954 r. – zbiór wspomnień spadochroniarzy AK pt. „Drogi cichociemnych”.
Zachęcamy do lektury: Zdzisław Badocha „Żelazny” – postrach bezpieki
Rekrutacja, szkolenie i 316 skoczków
– Kto mógł być cichociemnym? Jakie cechy musiał mieć żołnierz, aby został skierowany na przeszkolenie dla cichociemnych? Czy żołnierze mogli zgłaszać się na ochotnika?
– Werbunkiem i szkoleniem przyszłych cichociemnych zajmował się Oddział VI Sztabu Naczelnego Wodza PSZ. Miał być instrumentem działania szefa Sztabu NW odnośnie całości PSZ, a również reprezentować na terenie Londynu potrzeby i postulaty kraju (ZWZ-AK). Chodziło o młodych ochotników, o dobrej kondycji fizycznej, inteligentnych, przedsiębiorczych, karnych, świadomych ryzyka, umiejących zachować tajemnicę, a więc twardych, odważnych, a nawet przysłowiowych podwórkowych „zabijaków”, którzy dawali sobie radę w każdych okolicznościach. Takim wymogom musiał sprostać przyszły cichociemny. Rekrutacja na skok bojowy była ochotnicza. Polegała na tym, że dowódcy jednostek zostali wtajemniczeni w ogólne plany i otrzymali zadanie wyszukiwania odpowiednich osób. Po osobistej, poufnej rozmowie z oficerami każdy miał prawo do samodzielnej decyzji. W razie odmowy żołnierz wracał do macierzystej jednostki, bez żadnych reperkusji. Tylko znalezienie pierwszych kilkudziesięciu natrafiało na trudności. Przyjęci czasem proponowali swoich kolegów, których dobrze znali. Do 1942 r. rekrutacja odbywała się w IV Brygadzie Kadrowej Strzelców (Kanadyjskiej), z której później powstała słynna I Samodzielna Brygada Spadochronowa pod dowództwem płk. dypl. Stanisława Sosabowskiego. Później przeprowadzano rekrutację także w innych oddziałach PSZ w Wielkiej Brytanii i na Bliskim Wschodzie.
– Jak wyglądało szkolenie cichociemnych?
– Pierwsze kursy spadochronowe, jak i częściowo specjalne (kursy sabotażowo-dywersyjne) odbywały się w Brygadzie Spadochronowej. Później już w innych stacjach treningowych (STS), głównie na terenie Szkocji. Po wyrażeniu zgody kandydaci byli kierowani na specjalne kursy. Były to kursy: spadochronowy, strzelecki, minerski, terenoznawczy, dywersji i sabotażu, propagandy i wywiadu oraz łączności, ponadto jeszcze inne, bardziej specjalistyczne, np. broni pancernej czy z zakresu lotnictwa. Na końcu kurs odprawowy przed skokiem do kraju czy innych krajów, gdzie głównie zaznajamiano spadochroniarza z sytuacją panującą na terenie okupowanym. Przede wszystkim początkowo była to mordercza zaprawa fizyczna, a później już bardziej wiedza teoretyczno-praktyczna w ramach poszczególnych szkoleń. Na każdym z nich bardzo dużo strzelano z różnej broni i ćwiczono różne sytuacje, w jakich mógł się znaleźć przyszły skoczek. Uczono walki wręcz i tzw. cichego zabijania na sposób komandoski.
– Wiek cichociemnych nie odgrywał kluczowego znaczenia: najstarszy cichociemny, gen. bryg. Tadeusz Kossakowski ps. „Krystynek”, w momencie skoku do kraju liczył 56 lat. Co było czynnikiem decydującym o przyjęciu do grona cichociemnych?
– Liczyła się wiedza wojskowa, inteligencja oraz dobra kondycja fizyczna, w przypadku gen. „Krystynka”, wybitnego specjalisty broni pancernej, najważniejsza…
– Czy wszyscy cichociemni, którzy przeszli przeszkolenie, byli zrzucani do kraju?
– Niestety nie wszyscy przeszkoleni spadochroniarze zostali zrzuceni. Ze statystyk opublikowanych po wojnie wiemy, że w kraju znalazło się 316 spadochroniarzy AK, natomiast przeszkolono i zaprzysiężono dalszych 370 kursantów. Kolejnych 41 skoczyło do innych krajów europejskich.
Cichociemni w „Wachlarzu”, Kedywie i wywiadzie
– Czym zajmowali się cichociemni po zrzuceniu do kraju?
– W okresie zrzutowym, w latach 1941–1944, spadochroniarze AK zasilili dywersję ZWZ-AK, „Wachlarz”, oddziały łączności, struktury wywiadu i sztaby na różnych szczeblach organizacyjnych. To były najważniejsze piony polskiej konspiracji niepodległościowej. Np. znamy dokonania zgrupowania partyzanckiego Kedywu dowodzonego przez cichociemnych: por. Jana Piwnika „Ponurego”, a następnie por./mjr. Eugeniusza Kaszyńskiego ps. „Nurt” w Górach Świętokrzyskich. Na Zamojszczyźnie i w Lubelskiem kolejni dowódcy oddziałów partyzanckich i instruktorzy dywersji to cichociemni: ppor. Jan Poznański „Ewa”, por. Stanisław Jagielski „Siapek” i słynny „Zapora” – ppor./mjr Hieronim Dekutowski. Pierwsi dwaj zginęli z rąk okupanta niemieckiego, a trzeci został zamordowany przez powojenną bezpiekę. Podobnie było na Kresach Wschodnich, gdzie kadrę „Wachlarza”, a później oddziałów Kedywu stanowili „zrzutkowie”. Nie sposób pominąć tutaj m.in. poruczników Wacława Kopisto ps. „Kra”, Franciszka Pukackiego ps. „Gzyms” (Wołyń), Adama Boryczki ps. „Brona”, Piotra Motylewicza ps. „Krzemień” i Jana Wiktora Wiącka z Wileńszczyzny. Szefem Oddziału II Wywiadowczego Komendy Głównej AK był płk Kazimierz Iranek-Osmecki „Makary”, „Heller”, a ostatnim komendantem Sił Zbrojnych w Kraju – gen. bryg. Leopold Okulicki „Termit”, „Niedźwiadek”, który został zamordowany przez Sowietów w Moskwie 24 grudnia 1946 r.
– Czy nie uważa Pan, że cichociemni dużo większe znaczenie niż dla Polski mieli dla Wielkiej Brytanii, która dzięki świetnie wyszkolonym polskim komandosom wiązała siły niemieckie daleko od swojego terytorium?
Zapraszamy do przeczytania podobnego artykułu: „Chłopcy silni jak stal”
– Nie można w sposób zasadniczy przeceniać roli cichociemnych, gdyż stanowili ułamek procenta walczących w kraju, ale mimo wszystko potrafili zaszczepić w ich szeregach bardzo duże morale i wolę walki – walki nowoczesnej, z użyciem nieznanych dotąd w kraju środków technicznych. Ich walka miała również spore znaczenie dla aliantów, a mam tu na myśli wspomniany „Wachlarz” na Kresach Wschodnich. Jednak w sumie, jeszcze w 1942 r., z powodu bardzo dużych strat akcja ta nie przyniosła spodziewanych efektów. Należy wspomnieć, że cichociemni brali udział w zdobyciu części broni V-1 i V-2. To cała siatka wywiadu AK o krypt. „Lombard”. I wielki sukces podziemia o ogromnym znaczeniu dla aliantów. Natomiast akcja „Burza” w kraju, wskutek zbrodniczego nastawienia Sowietów do Polski i zdrady aliantów, a przede wszystkim Wielkiej Brytanii, była wielkim błędem. Natomiast trzeba podkreślić, że bardzo duże usługi aliantom oddali cichociemni działający poza granicami kraju, przede wszystkim we Francji, Jugosławii i Grecji. We Francji wyrzutnie V-1 rozpracowywał słynny por./kpt. Władysław Ważny „Tygrys”. Do sztabu brytyjskiego przekazał kilkaset meldunków o ich lokalizacji – prawie wszystkie uległy zniszczeniu przez lotnictwo alianckie. Zginął podczas próby aresztowania przez Niemców w północnej Francji, już w trakcie inwazji kontynentu. Skok bojowy na teren nieprzyjaciela wykonał również ks. kpt. Konrad Stolarek ps. „Samson”, kapelan Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii ze zgromadzenia oblatów. Zmarł w 2007 r. we Francji. Nie sposób nie wymienić również słynnego kpt. „Nesha”, Józefa Maciąga, który wylądował w czerwcu 1943 r. we wschodniej Serbii, gdzie organizował szlak kurierski przez Rumunię, Jugosławię i Albanię. Zorganizował też polski oddział partyzancki działający u boku czetników w sile kompanii i zawiązek dwóch dalszych. Na jego czele stoczył szereg walk partyzanckich. Poległ pod koniec grudnia 1943 r.
Po 1945 r.: wyroki śmierci, łagry i emigracja
– Co się działo z cichociemnymi po 1945 roku?
– Niestety, komunistyczna rzeczywistość Polski powojennej dała się skoczkom mocno we znaki. Z 41 skoczków, którzy działali w innych krajach europejskich, do kraju powrócił tylko jeden – por. Jerzy Waletko ps. „Bart”, „Bytomski”, działający w Grecji. Zarówno on, jak i jego najbliżsi nie uniknęli szykan. Z 316 krajowych spadochroniarzy AK końca wojny nie doczekała jedna trzecia. 10 zostało skazanych przez sądy Polski Ludowej i zamordowanych w majestacie sowieckiego prawa, a ci, którzy pozostali w kraju, przeżyli szykany bądź więzienie lub wywózkę do sowieckich łagrów. Przynajmniej 40 z nich już w nowej, komunistycznej rzeczywistości uległo presji, a w wielu wypadkach i szantażowi, poddając się werbunkowi służb specjalnych i donosząc na swoich kolegów. Niektórzy z nich z wielkim powodzeniem, za wynagrodzeniem. Kilkudziesięciu, będąc na emigracji, nie wróciło już do kraju, a dalszych kilkunastu uciekło z kraju przez zieloną granicę, by już nigdy nie zobaczyć ojczyzny. Dzisiaj jeszcze dwóch żyje w kraju, a jeden w Argentynie.
ⓘ Informacja o publikacji
Wywiad Mateusza Rawicza pt. „Obietnice puste i bezczelne” ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym tygodnika „Nasza Polska” nr 28 (1026) z dnia 14 lipca 2015 roku, s. 18. Reprint na portalu naszapolska.pl w ramach digitalizacji archiwum redakcji. Wszelkie prawa do oryginalnego tekstu zastrzeżone – Mateusz Rawicz / „Nasza Polska”. Zdjęcie: archiwum „Nasza Polska”, skan wydania nr 28 (1026)/2015, s. 18.



