Zbigniew Romaszewski, jeden z najwybitniejszych działaczy opozycji w PRL i senator z najdłuższym stażem w III RP, zmarł 13 lutego 2014 r. Razem z żoną Zofią pomagał robotnikom represjonowanym po czerwcu 1976 r. w Radomiu, prowadził Biuro Interwencyjne KSS „KOR”, w stanie wojennym tworzył konspiracyjne Radio „Solidarność”, a za swoją działalność trafił do więzienia. Od 1989 r. siedmiokrotnie zdobywał mandat do Senatu RP, gdzie przez lata kierował Komisją Praw Człowieka i Praworządności. Redakcja „Naszej Polski”, z którą był zaprzyjaźniony, żegna go wspomnieniem pisanym w kilka dni po jego śmierci. Przypomina, że Romaszewscy nie poszli drogą wielu kolegów z opozycji, nie dorobili się majątku ani posad w radach nadzorczych, lecz woleli stać po stronie słabych i pokrzywdzonych przez „transformację”. To portret polityka, który myślał samodzielnie i nie znosił tematów zastępczych.
Pro memoria
Tak, właśnie Przyjaciela, bo Zbigniew Romaszewski był z „Naszą Polską” zaprzyjaźniony. Kiedy wielu innych polityków szukało sobie nowych znajomości w mediach – zwłaszcza w tych największych – on nie zapominał o naszej redakcji. Zawsze mogliśmy na niego liczyć przy okazji imprez jubileuszowych, ale i podczas kameralnych spotkań „opłatkowych” czy wielkanocnych. Pojawiał się zawsze, gdy go zapraszaliśmy, wraz z nieodłączną żoną Zofią, i zawsze miał coś ciekawego, a zarazem ważnego do przekazania.
I oto straciliśmy jednego z najlepszych przyjaciół. Ale – co gorsza – Polska straciła jednego ze swych najlepszych synów przynajmniej ostatniego półwiecza. Dopóki żył, mało sobie ten fakt uświadamialiśmy. Dopiero teraz, gdy go zabrakło, w pełni widzimy, jak niezwykłą postacią był Zbigniew Romaszewski.
Od Radomia do Radia „Solidarność”
Szlachetność, uczciwość, prawość – to słowa, które odruchowo przychodzą na myśl, gdy chcemy opisać Romaszewskiego. Pełno ich dzisiaj w pośmiertnych wspomnieniach. Ale cóż te słowa znaczyły w praktyce? Przede wszystkim niezwykłą konsekwencję w walce o najbardziej elementarne wartości: ludzką godność, sprawiedliwość – także tę społeczną, szacunek dla najsłabszych. Ta konsekwencja widoczna była u Romaszewskiego – a właściwie u Romaszewskich, bo Zosia była zawsze u boku Zbyszka – od początku działalności opozycyjnej w PRL: gdy to niezwykłe małżeństwo jeździło do Radomia, by pomagać robotnikom represjonowanym w czerwcu 1976 r.; gdy przez cztery trudne lata prowadziło Biuro Interwencyjne KSS „KOR”, dokumentujące komunistyczne bezprawie i pomagające poszkodowanym; gdy w stanie wojennym tworzyło konspiracyjne Radio „Solidarność”, a potem Komisję Interwencji i Praworządności podziemnej „Solidarności”; gdy organizowało Międzynarodowe Konferencje Praw Człowieka – pierwszą w Krakowie, drugą w Leningradzie; wreszcie gdy w przededniu „okrągłego stołu” przestrzegało przed zawarciem porozumień niedających gwarancji obrony interesów pracowniczych.
Senator Komisji Praw Człowieka i Praworządności
Ale na tym nie koniec. Bo kiedy w 1989 r. Zbigniew Romaszewski po raz pierwszy został senatorem, nie poszedł drogą tak wielu swoich kolegów z opozycji. Nie dorobił się majątku, nie związał się z biznesem, nawet nie starał się o jakiekolwiek inne stanowiska – w rządzie czy radach nadzorczych. Romaszewski pozostał sobą, stając na czele senackiej Komisji Praw Człowieka i Praworządności, a jego żona kierując Biurem Interwencji Kancelarii Senatu. Nadal, mimo zmiany ustroju, czuli się potrzebni i chcieli służyć – zwłaszcza tym najsłabszym, poszkodowanym przez „transformację”, pognębionym przez złe prawo lub niesprawiedliwe decyzje funkcjonariuszy państwa.
A przecież z takimi biografiami Romaszewscy mogli zrobić w III RP niezwykłe kariery! Gdyby zamknęli oczy na dziejącą się niesprawiedliwość i przyłączyli się np. do Unii Wolności, gdzie było wielu ich dawnych znajomych, mogliby liczyć na najwyższe zaszczyty i prestiż budowany przez największe media. Ale Romaszewscy nigdy tacy nie byli. Oni woleli iść ze słabymi, z przegranymi, z upokarzanymi niż ze zwycięzcami, za którymi nie stały moralne racje. Dlatego wiosną 1992 r. Romaszewski stanął u boku obalanego właśnie premiera Jana Olszewskiego, przyjmując na kilkanaście dni funkcję szefa Komitetu ds. Radia i Telewizji, dlatego też kilka lat później dołączył do Ruchu Odbudowy Polski, a potem do Prawa i Sprawiedliwości, pozostając z tą partią gdy była obiektem najbrutalniejszych ataków, ale też nieraz spierając się z nią, gdy rządziła i nie zawsze podejmowała rozsądne decyzje.
Przeczytaj również: Polska potrzebuje prawych charakterów. Felieton Wojciecha Reszczyńskiego o Zbigniewie Romaszewskim
Bo też miał Romaszewski tę wyjątkową w naszych czasach zaletę, że myślał i mówił samodzielnie. I nawet jeśli przyszło mu za to płacić wysoką cenę, to gotów był ją zapłacić. Bo skoro w PRL nieraz szedł za to do więzienia, to w III RP niestraszne mu były znacznie mniej dolegliwe przykrości. Np. wtedy, gdy zwycięska AWS odrzuciła jego kandydaturę na wicemarszałka Senatu, wybierając postkomunistę, którego nazwiska nikt już zresztą nie pamięta.
22 lata w Senacie
Omijały go więc zaszczyty i splendory, ale utrzymywała się sympatia wyborców. Dzięki temu był senatorem z najdłuższym stażem: wybierano go aż siedem razy, łącznie spędził w Senacie 22 lata! Tym większą niesprawiedliwością – bo trudno o lepsze słowo – była jego przegrana w 2011 r., gdy na warszawskiej Pradze Platforma Obywatelska i cała lewica zjednoczyły się przeciw Romaszewskiemu, wystawiając Marka Borowskiego, który niestety zwyciężył.
Wspominając dziś najwybitniejszego senatora ostatniego ćwierćwiecza, warto pamiętać, jak bardzo różnił się od całej „klasy politycznej”. Nie znosił tematów zastępczych, telewizyjnych pyskówek, zajmowania się głupstwami, o których nazajutrz już nikt nie pamięta. Interesowało go tworzenie dobrego prawa, rozwiązywanie problemów zwykłych ludzi, budowanie państwa naprawdę sprawiedliwego i praworządnego. Takich ludzi już dzisiaj w parlamencie nie ma…
(PS)
ⓘ Informacja o publikacji
Artykuł Pawła Siergiejczyka pt. „Żegnamy Przyjaciela” ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym tygodnika „Nasza Polska” nr 8 (955) z dnia 18 lutego 2014 roku, s. 4 (zapowiedź na s. 1). Reprint na portalu naszapolska.pl w ramach digitalizacji archiwum redakcji. Wszelkie prawa do oryginalnego tekstu zastrzeżone – Paweł Siergiejczyk / „Nasza Polska”. Zdjęcia: archiwum „Nasza Polska”, skan wydania nr 8 (955)/2014, s. 4 (zapowiedź na s. 1).



