Zapis rabowania Polski

12 min. czytania

Redakcja

09 października 2013 r.

12 min. czytania

Redakcja

09 października 2013 r.

Transformacja ustrojowa miała być początkiem wolności, dobrobytu i budowy nowoczesnego państwa. W praktyce dla polskiej gospodarki oznaczała jednak także ogromną wyprzedaż majątku narodowego, tworzonego przez pokolenia. Pod hasłami reform, prywatyzacji i dostosowania do rynku rozpoczął się proces, który doprowadził do likwidacji tysięcy przedsiębiorstw, przejęcia strategicznych branż przez obcy kapitał i trwałego osłabienia ekonomicznych podstaw państwa.

Na przełomie lat 1989 i 1990 zaczęto przygotowywać grunt pod przekształcenia własnościowe. Oficjalnie chodziło o odejście od gospodarki socjalistycznej i budowę wolnego rynku. Nieoficjalnie – jak twierdzi autor – jednym z elementów politycznego porozumienia tamtych lat było oddanie władzy politycznej obozowi „Solidarności” w zamian za możliwość uwłaszczenia się dawnej nomenklatury partyjnej. Właśnie w tym kontekście należy patrzeć na późniejszą prywatyzację: nie jako na neutralną operację gospodarczą, lecz jako na wielki transfer własności.

Początek transformacji i podział państwowego majątku

Na początku lat 90. mienie państwowe podzielono na trzy zasadnicze kategorie. Pierwszą stanowiły dobra, które nie miały być przedmiotem obrotu i powinny na stałe pozostać własnością państwa. Chodziło między innymi o złoża kopalin czy dobra kultury. Drugą grupę tworzyły dobra nabyte lub wytworzone ze środków publicznych przez jednostki państwowe, ale również nieprzeznaczone do normalnego obrotu. Trzecia grupa obejmowała majątek, który miał zostać sprywatyzowany.

Już sam sposób opisania i wyceny tych kategorii budził poważne zastrzeżenia. Majątek z pierwszej grupy określano głównie rzeczowo, opisowo albo rodzajowo. Dobra z drugiej grupy szacowano wartościowo. Natomiast majątek przeznaczony do prywatyzacji ujmowano według zasad rachunkowości i przepisów odnoszących się do jednostek państwowych.

Te szybko przyjęte reguły stworzyły chaos. Różne rodzaje mienia wyceniano według różnych kryteriów, co uniemożliwiało zastosowanie jednego, uczciwego miernika wartości. Wyceny dokonywano raz przez ekspertów, innym razem przez samo Ministerstwo Skarbu Państwa, kiedy indziej na podstawie operatów szacunkowych, danych od starostów albo protokołów przekazania zakładu pracy nowemu właścicielowi.

W efekcie przyjmowane kwoty bardzo często nie odpowiadały rzeczywistej wartości majątku. Szczególnie duża uznaniowość dotyczyła gruntów państwowych. A to właśnie ziemia – zwłaszcza rolna – od początku była obiektem zainteresowania zarówno rolników, jak i krajowych oraz zagranicznych spekulantów.

Ile naprawdę miał Skarb Państwa?

Jeszcze w 1997 roku działało 415 jednoosobowych spółek Skarbu Państwa, których nominalna wartość akcji wynosiła ponad 26,4 mld zł. Wśród nich 39 spółek, o wartości ponad 110 mln zł, znajdowało się w likwidacji. Istniało również 1347 spółek z częściowym udziałem państwa, w których wartość udziałów Skarbu Państwa wynosiła niemal 9 mld zł. Część z nich także była już w likwidacji.

Wszystkie te spółki podlegały nadzorowi ministra skarbu. Do ich organów zarządzających partie polityczne delegowały swoich ludzi, co – jak nietrudno się domyślić – sprzyjało późniejszym decyzjom prywatyzacyjnym. Państwowy majątek stawał się w ten sposób nie tylko przedmiotem reform gospodarczych, lecz także politycznego podziału wpływów.

W tym samym czasie przedsiębiorstwa państwowe i banki państwowe, których organami założycielskimi byli minister skarbu i wojewodowie, posiadały fundusze własne o łącznej wartości szacowanej na ponad 42 mld zł. W normalnych warunkach gospodarczych majątek taki powinien rosnąć, bo taki jest cel działalności przedsiębiorstw. W Polsce transformacyjnej stało się jednak inaczej: zamiast pomnażania majątku rozpoczęto jego wyprzedaż.

Do tego dochodził jeszcze majątek narodowy wniesiony przez ministra skarbu do 38 różnego rodzaju fundacji. Jego łączna wartość wynosiła ponad 17 mld zł. W wielu przypadkach majątek ten – jak twierdzi autor – został w dziwny sposób „uwłaszczony” i nadal po cichu znikał z pola publicznej kontroli.

Dziesięć lat później, w 2007 roku, Skarb Państwa wciąż posiadał akcje i udziały w 1344 spółkach. Spośród nich 982 prowadziły działalność gospodarczą, a wartość państwowych udziałów i akcji wynosiła około 198 mld zł. Tylko 410 spółek było jednoosobowymi spółkami Skarbu Państwa, z kapitałem wartym około 80 mld zł. Na giełdzie notowano zaledwie 40 spółek, których akcje miały wartość około 73 mld zł. Najcenniejsze były spółki energetyczne, wyceniane na około 56 mld zł, oraz spółki kolejowe, warte około 12 mld zł.

To pokazuje, jak ogromnym majątkiem dysponowało państwo i jak wielka była stawka prywatyzacyjnej gry.

Najpierw po cichu, potem już otwarcie

Pierwsze prywatyzacje zaczęły się jeszcze przed oficjalnym początkiem transformacji, bo od 1988 roku. Odbywały się po cichu, bez jawnej ewidencji i dotyczyły przede wszystkim środowisk nomenklatury partyjnej, rządowej oraz esbeckiej. Według przywoływanych szacunków objęły majątek wart około 200 mln zł.

Prywatyzacja jawna ruszyła w 1990 roku. Wtedy istniały 8453 zarejestrowane przedsiębiorstwa państwowe. W latach 1990–2000 sprywatyzowano 5216 z nich, czyli około 62 procent stanu wyjściowego. W 2002 roku działalność prowadziło jeszcze 1386 państwowych zakładów. Cztery lata później czynnych pozostało już tylko 551, 94 zlikwidowano, a 188 znajdowało się w upadłości.

Oficjalnie mówiono o modernizacji, urynkowieniu i pozbywaniu się niewydolnych „molochów”. W rzeczywistości – według autora – chodziło przede wszystkim o przejęcie uzbrojonych terenów, zwłaszcza miejskich, budynków, infrastruktury i wyposażenia technicznego. Wielkie przedsiębiorstwa państwowe były niszczone nie dlatego, że nie miały znaczenia, ale właśnie dlatego, że posiadały ogromną wartość.

Zagraniczne firmy, korzystając z pomocy polskich pośredników i politycznych kondotierów, wypierały polskie przedsiębiorstwa z ich dawnych rynków zbytu. Równocześnie likwidowano centrale handlu zagranicznego, zwłaszcza te odpowiedzialne za eksport. Skutek był dramatyczny: załamał się polski eksport przemysłowy oraz eksport budownictwa. Wzrosła natomiast skala importu – często zbędnego, niskiej jakości, wręcz śmietnikowego.

Struktury eksportowej, którą Polska posiadała wcześniej, nigdy już nie odbudowano. Co więcej, problem ten właściwie zniknął z rządowych programów. Polska gospodarka coraz częściej stawała się zapleczem produkcyjnym dla innych państw, a nie samodzielnym podmiotem konkurującym finalnymi wyrobami.

Zagraniczni właściciele po przejęciu polskich zakładów często zmieniali profil produkcji. Zamiast gotowych produktów wytwarzano części, elementy i półfabrykaty. Jeśli zaś produkowano wyrób finalny, rzadko podkreślano, że powstał w Polsce. Kraj tracił nie tylko majątek, ale także markę, rynki i przemysłową tożsamość.

Pętla Balcerowicza i ekonomiczne duszenie przedsiębiorstw

Kluczową rolę w tym procesie odegrała polityka finansowa Leszka Balcerowicza, który jako minister finansów i wicepremier wprowadził rozwiązania przedstawiane jako konieczna terapia szokowa. W praktyce – według autora – była to polityka ekonomicznego podporządkowania Polski Zachodowi.

Na początku 1989 roku oprocentowanie kredytów inwestycyjnych wynosiło średnio 4–7 procent, a kredytów obrotowych 7–10 procent. Od początku 1990 roku Balcerowicz gwałtownie podniósł wszystkie stopy procentowe, w tym również odsetki od zaległości podatkowych oraz odsetki ustawowe stosowane w relacjach między podmiotami a obywatelami.

W 1990 roku stopy kredytowe wzrosły do ponad 72 procent, a stopa redyskontowa nawet do 106 procent rocznie. Odsetki ustawowe sięgnęły średniorocznie 92 procent, odsetki od zaległości podatkowych 212 procent, a okresowo nawet 720 procent. Trudno nazwać to zwykłą restrykcyjną polityką finansową. Był to ekonomiczny szok wymierzony w przedsiębiorstwa, które nie miały żadnej możliwości dostosowania się do nowych warunków.

Najbardziej drastyczne było to, że nowe stopy procentowe objęły nie tylko nowe umowy kredytowe, ale także kredyty zawarte wcześniej. Warunki zmieniono więc już w trakcie trwania umów. Przedsiębiorstwa, które kalkulowały koszty przy zupełnie innych stopach, nagle zostały obciążone wielokrotnie wyższymi należnościami. W praktyce skazano je na straty.

Sprawdź także: Domański chroni Gazprom? Ministerstwo blokuje 174 mln zł dla polskiego budżetu

Mechanizm przypominał domiary z czasów stalinowskich, stosowane do niszczenia prywatnej własności. Przedsiębiorstwa nie były w stanie spłacać nie tylko kapitału, ale nawet odsetek. Dodatkowo przyjęto zasadę, że każda wpłata dłużnika w pierwszej kolejności zaliczana jest na odsetki, a dopiero potem na spłatę kredytu. To tworzyło sytuację wiecznego zadłużenia.

W takich warunkach przedsiębiorstwa państwowe szybko stawały się niewypłacalne. Powstawały zatory płatnicze, banki blokowały kredytowanie, a władze mogły mówić, że zakłady są nierentowne i wymagają prywatyzacji. Zadłużenie często traktowano jako cenę sprzedaży przedsiębiorstwa. Wycena była uznaniowa, a wartość majątku trwałego zaniżano pod pretekstem jego amortyzacji i rzekomej niskiej przydatności produkcyjnej. Z reguły nie doliczano też wartości gruntu, na którym znajdował się zakład.

Przeczytaj artykuł o tym, Kredyt na partycypację TBS: rząd daje gwarancję, minister mówi „nie”

Banki przejmowały przedsiębiorstwa w zamian za należności kredytowe i odsetkowe. Zamieniały swoje wierzytelności na udziały lub akcje. W części odsetkowej, sztucznie zawyżonej przez politykę finansową, uzyskiwały majątek niemal za darmo.

Tak wyglądała ekonomiczna pętla, która zaciskała się na polskim przemyśle. Najpierw doprowadzano zakład do niewypłacalności, potem ogłaszano, że nie ma innego wyjścia niż sprzedaż. Innymi słowy: chodziło o to, aby polskie przedsiębiorstwa wyprzedać szybko i tanio.

Apogeum wyprzedaży za rządów AWS-UW

31 października 1997 roku władzę objęła koalicja AWS-UW, a premierem został Jerzy Buzek. Najważniejsze resorty gospodarcze trafiły do ludzi, których poglądy na gospodarkę były bliskie Unii Wolności. Wicepremierem i ministrem finansów ponownie został Leszek Balcerowicz. W Ministerstwie Skarbu Państwa kluczową rolę odegrał Emil Wąsacz, który gorliwie wspierał proces wyprzedaży majątku narodowego.

Rządy Buzka były szczytowym momentem prywatyzacji. Szczególnie rok 2000 zapisał się jako czas masowej sprzedaży najważniejszych składników polskiego majątku. W 1999 roku majątek Skarbu Państwa, w tym państwowe zasoby rolne, wyceniono na 159 mld zł, czyli około 41 mld dolarów. Same przedsiębiorstwa, banki państwowe, jednoosobowe spółki Skarbu Państwa oraz udziały i akcje państwa w różnych podmiotach gospodarczych miały wartość około 137 mld zł.

Teoretycznie przyjmowano, że część majątku służąca zadaniom publicznym nie będzie prywatyzowana. Wyceniono ją na około 21 mld zł. W praktyce jednak granice tego, co można sprzedać, przesuwały się coraz dalej.

Tylko w 2000 roku sprzedano między innymi Polski Koncern Naftowy, Telekomunikację Polską, Bank Handlowy w Warszawie, Bank PBK, Bank Pekao oraz Orbis. Rozpoczęto także przygotowania do prywatyzacji kluczowych sektorów: energetyki, hutnictwa, cukrownictwa, górnictwa węgla kamiennego, a nawet przemysłu obronnego.

Przyspieszano również prywatyzację bezpośrednią, czyli całkowitą sprzedaż przedsiębiorstw. Równocześnie prowadzono prywatyzację pośrednią, kapitałową, polegającą na sprzedaży udziałów i akcji spółek Skarbu Państwa. Wśród spółek objętych tym procesem znalazły się między innymi Kogeneracja, Elektrociepłownie Warszawskie, Polskie Linie Lotnicze LOT, Polfarma, Opoczno, zakłady nawozowe, wapiennicze i gipsowe.

W 2000 roku minister skarbu sprzedawał udziały i akcje w 24 spółkach, rozpoczął sprzedaż w 80 nowych, a w 32 wznowił proces sprzedaży. Wznawiano także procesy upadłościowe. Całkowicie sprywatyzowano 35 spółek, a w kolejnych 12 rozpoczęto sprzedaż.

Z niepełnych danych wynika, że przez 20 lat prywatyzacji wpływy wyniosły zaledwie 94,54 mld zł, w tym 22,52 mld zł ze sprzedaży banków. Szczególnie charakterystyczne jest to, że w materiałach sejmowych trudno znaleźć rzetelne informacje o wpływach dewizowych z prywatyzacji. Brakuje też pełnego wykazu zakładów sprywatyzowanych lub przekształconych w spółki, danych o nabywcach, uzyskanych kwotach oraz kosztach sprzedaży.

W państwie poważnie traktującym własny majątek taka dokumentacja powinna być oczywistością. W Polsce pozostała mgła, za którą skryły się miliardy.

Kto zarabiał na doradzaniu przy wyprzedaży?

Na prywatyzacji zarabiali nie tylko nabywcy majątku. Ogromne pieniądze płynęły również do zagranicznych firm doradczych, banków inwestycyjnych i kancelarii, które obsługiwały proces sprzedaży. Polski podatnik płacił więc nie tylko za utratę majątku, ale także za doradców pomagających w jego wyprzedaży.

W 1993 roku wydatki na obsługę prywatyzacji wyniosły ponad 37 mln zł. Sprzedawano wtedy 184 przedsiębiorstwa, a w 100 przypadkach uczestniczyli zagraniczni doradcy, najczęściej obce banki. Habros Bank za obsługę sprzedaży pięciu zakładów papierniczych otrzymał 4,4 mln zł. Bain and Compagnie za doradztwo przy przedsiębiorstwach telekomunikacyjnych pobrał 7,3 mln zł. Price Waterhouse, Samuel Montagu, Creditanstalt Investment, Societe Generale, Arthur Andersen, Deloitte and Touche, ING Bank i wiele innych firm również pobierały sowite wynagrodzenia.

Łącznie zagraniczni doradcy kosztowali budżet 26 mln zł, czyli 69 procent kosztów obsługi prywatyzacji w 1993 roku.

W 1994 roku koszty te wyniosły 22,893 mln zł, z czego firmom zagranicznym wypłacono 16,8 mln zł, czyli 73,5 procent całości. Price Waterhouse zajmował się hutami szkła, Bain and Company fabrykami baterii, Rothschild doradzał przy prywatyzacji Orbisu, Morgan Grenfell przy fabrykach tytoniowych.

W 1995 roku obsługa prywatyzacji 121 zakładów kosztowała 34,8 mln zł, a firmy zagraniczne otrzymały ponad 21 mln zł, czyli niemal 70 procent tej kwoty. International Finance Corporation za prywatyzację cementowni Ożarów i Kujawy dostał razem prawie 4,8 mln zł. Morgan Grenfell zajmował się zakładami tytoniowymi w Augustowie, Radomiu, Łodzi, Krakowie i Poznaniu. Inne firmy otrzymywały prowizje za „sukces prywatyzacyjny”, negocjacje i doradztwo.

W 1996 roku koszty prywatyzacji wyniosły 39,446 mln zł. Przy najważniejszych transakcjach znów dominowali zagraniczni doradcy, głównie banki. Na ich usługi wydano ponad 31 mln zł, czyli około 80 procent wszystkich kosztów. Sam Morgan Grenfell za doradztwo przy sprzedaży sześciu największych zakładów tytoniowych otrzymał ponad 22,9 mln zł, a dodatkowo państwo zapłaciło za niego VAT.

W 1997 roku prywatyzacja kosztowała 65,726 mln zł, z czego 69 procent przypadło obcym doradcom. Rok 2000 był już szczytem udziału zagranicznych firm w tym procederze. Ich usługi były przeciętnie czterokrotnie droższe niż analogiczne usługi polskich podmiotów.

Najdroższa była prywatyzacja banków i wielkich instytucji finansowych. Credit Suisse First Boston za PKO SA otrzymała 4,6 mln zł, Nikom Konsulting za Bank Zachodni – 6,625 mln zł, a ABN Amro Bank Polska za prywatyzację PZU policzył sobie 12 mln zł. Za obsługę Warty, zakładów tytoniowych, odszkodowań i kolejnych transakcji wypłacano następne miliony.

Polskie firmy za podobne usługi otrzymywały w tym samym czasie średnio około 52,5 tys. zł. Różnica pokazuje, komu naprawdę pozwalano zarabiać na prywatyzacji.

„Wolni najmici” we własnym kraju

Ten obraz wyprzedaży majątku narodowego jest wstrząsający. Kolejne ekipy, raz nazywające się lewicowymi, raz prawicowymi, sprzedawały dorobek wielu pokoleń Polaków. Nie była to jednak wyprzedaż bezmyślna, choć łatwo byłoby tak ją nazwać. Konsekwencja i determinacja, z jaką oddawano polski majątek obcym, świadczy raczej o czymś przeciwnym. Była to operacja zaplanowana, rozłożona na etapy i prowadzona z pełną świadomością skutków.

Państwo, które nie kontroluje strategicznych gałęzi gospodarki, traci realną niezależność. Jego suwerenność staje się papierowa. W Polsce posunięto się jeszcze dalej: nie tylko oddano sektory strategiczne, ale także ogromną część innych branż, które decydowały o sile gospodarczej kraju.

Cynizm całego procesu polegał również na tym, że Polacy płacili z własnych kieszeni za prywatyzację przeprowadzaną na rzecz obcych. Budżet państwa opłacał zagranicznych doradców, kancelarie i banki, a polskie firmy odsuwano na bok. Własny majątek sprzedawano cudzym rękom, a za techniczną obsługę tej sprzedaży płacono jeszcze dodatkowo.

Więcej na ten temat w tekście: Wyższy ryczałt dla przedsiębiorców od 2027 r. Kto zapłaci więcej?

Na początku proces ten mógł wyglądać chaotycznie. Z czasem przybrał jednak charakter systemowy. W ciągu prawie ćwierćwiecza średniej wielkości, zasobny i uprzemysłowiony kraj w centrum Europy został w dużej mierze pozbawiony własnej gospodarki.

Autor pisze „w dużej mierze”, bo do całkowitego domknięcia tego procesu pozostała jeszcze ziemia. Ostatnie dobro narodowe, którego sprzedaż również postępuje. Część Polaków posiada jeszcze nieruchomości, ale i na to znaleziono sposób: podatek katastralny, do którego wprowadzenia kolejne rządy przymierzają się od lat. Ziemie Odzyskane natomiast, jak twierdzi autor, są już stopniowo przejmowane przez Niemców.

Polacy stali się „wolnymi najmitami” – ludźmi formalnie wolnymi, ale zmuszonymi do szukania pracy i chleba za granicą. Ponad dwa miliony obywateli opuściło kraj, bo we własnym państwie nie znalazło dla siebie miejsca.

Od 2007 roku proces gospodarczego wygaszania kontynuuje koalicja PO-PSL. Mimo wcześniejszych „osiągnięć” prywatyzacyjnych poprzednich rządów w polskich rękach wciąż pozostała część majątku. Ta kolejna „sześciolatka” wymaga już jednak osobnego omówienia.

Bo historia prywatyzacji w Polsce nie jest jedynie historią gospodarki. To historia państwa, które oddawało własne narzędzia rozwoju, własną produkcję, własne banki, własne rynki i własną przyszłość. A naród, który traci majątek, prędzej czy później traci również wpływ na swój los.

Napisane przez

Cykl

Osoby

Tematy

Tagi

Udostępnij

Napisane przez

Najnowsze

Ukrainki chcą wyjechać z Polski? Co naprawdę mówią badania

„Krwawy piątek” w szkołach: policja w 15 tys. placówek, są zatrzymania. Challenge nie istnieje?

Zdążyła pomachać dzieciom. Darię zabił 15-letni nożownik

Sejm przyjął ustawę o blokowaniu treści w sieci. Cenzura w internecie czy walka z hejtem?

Sejm uchwalił nocną prohibicję w całej Polsce. Największa rewolucja od czasów PRL

Emerytury dla artystów? Sejm przegłosował dopłaty do składek za 375 mln zł

Rosyjskie drony nad Polską. Prokuratura umorzyła śledztwo, w maszynach były polskie karty SIM

Zamknięte szkoły, policja w placówkach. Co wiadomo po atakach w Ostrołęce i pod Wyszkowem?

Inne kategorie

Czytaj także