Wigilia pod czerwoną gwiazdą

7 min. czytania

Redakcja

07 marca 2016 r.

7 min. czytania

Redakcja

07 marca 2016 r.

Kanonada artyleryjska oddalała się z każdą godziną. Tu, w folwarku oddalonym od
Wilna o kilka kilometrów, zapanował spokój. Niemieckie samoloty przestały krążyć
nad naszymi głowami i tak od czasu do czasu, pewnie dla fantazji, siekły z
karabinów maszynowych. Sąsiednią wieś kompletnie zgruchotano bombami
zapalającymi.

Pociski artyleryjskie przestały gwizdać nad naszymi głowami, a inne już nie
waliły w okoliczne zagony. Ale nasze menu to dalej truskawki i truskawki
(obrzydły mi do dzisiaj). Po wielu dniach życia na linii frontu zapanował
spokój.

Jeszcze w oczach mieliśmy potężne wybuchy czarnego dymu. To oddziały niemieckie,
jeszcze walczące na obrzeżach Wilna, systematycznie paliły dom po domu, ulicę po
ulicy. Chluśniecie z kanistra benzyny do wnętrza kamienicy, granat i czarne
kłęby dymu widoczne były z oddali.

Do miasta po ciężkich walkach wkroczyły oddziały Armii Czerwonej. Wkroczyły
również oddziały Armii Krajowej, walnie przyczyniające się do zdobycia Wilna.
Chłopcy z biało-czerwonymi opaskami chcieli wkroczyć na główną ulicę Wilna –
ulicę Mickiewicza – i odbyć zwycięską defiladę. Sowieci nie dali i kilka tysięcy
młodych ludzi, żołnierzy AK, zakochanych w rodzinnym mieście, „defilowało” w
eskorcie krasnoarmiejców do Zamku w Miednikach Królewskich, a później poprzez
Kaługę do wyrębu lasów na wschód od Moskwy.

Z chrzęstem tłuczonego szkła szliśmy ulicami rodzinnego miasta. Wszędzie
wypalone czołgi z czarnymi krzyżami i czerwonymi gwiazdami, rozbite armaty,
walająca się broń i oporządzenie wojskowe. Udało mi się mieć zdobycz wojenną w
postaci niemieckiego plecaka z cielęcą skórą. Na ulicach walały się rozbite
pojemniki, którymi Niemcy dostarczali zaopatrzenie swoim oddziałom w mieście.
Transportowano je samolotami przelatującymi nisko nad naszymi głowami w folwarku
Nowe Sady. W ten sam sposób zrzucono do miasta 600 spadochroniarzy.

Front oddalał się na zachód. Sowieci w Wilnie mówili o wyzwoleniu, Polacy – o
zmianie okupanta z niemieckiego na rosyjskiego. Szło się ulicami z chrzęstem
tłuczonego szkła pod butami. Unosił się swąd spalenizny, trupiego odoru i
jeszcze innych zapachów – jedyny, niepowtarzalny smród wojny.

Całe ulice straszyły wypalonymi kamienicami. Już walki toczyły się na obrzeżach
Wilna, a Niemcy szli od budynku do budynku: chluśnięcie z kanistra benzyny,
granat, wybuch i z budowli pozostawały tylko wypalone mury. Mieliśmy szczęście –
nasza kamienica ocalała, tylko niewielki pocisk artyleryjski, a może granat,
wpadł do sąsiedniego pokoju i posiekał wszystko. Ten dom jakimś cudem ocalał, a
sąsiadujące z nim budynki Niemcy spalili. Budynek stoi do dziś na ówczesnej
wielkiej Pohulance, dzisiejszej Basanoviciusa.

Zdobywanie Wilna przez Sowietów odbywało się w pierwszej połowie lipca 1944
roku. W dwa dni po zakończeniu walk zachorował mój czteroletni brat. Nie było
rady i biorąc na swoje dziesięcioletnie plecy strach, ruszyłem sam do miasta
oddalonego o jakieś osiem kilometrów. Lasy i lasy, szerokie pola i ten trupi
odór cały czas towarzyszył „samarytaninowi”. Powstrzymywany przez czujki
sowieckie, dotarłem do miasta i z tym samym lękiem, ale i jakimiś lekarstwami,
wróciłem do folwarku Nowe Sady, aby po paru dniach na dobre powrócić do Wilna.

Przeczytaj również: Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” – biografia legendarnego dowódcy 5. Brygady Wileńskiej AK

Głodno było. Coś tam pichciliśmy na żelaznym piecyku zwanym „kozą”, ale i o opał
było trudno. Nie było rady i zbierało się każde drewienko, by móc coś ugotować.
Niewiele minęło tygodni, a jakaś komórka organizacyjna Polskiego Podziemia
zorganizowała kuchnię dla polskiej ludności. Nie były to luksusy i tylko z
trudem dało się przełknąć jakąś bebeluchę zwaną zupą. Ale głód ma swoje twarde
prawa.

Wojska frontowe odeszły na zachód, po mieście krążyć zaczęły formacje specjalne.
Granatowe czapki z czerwonym otokiem i inne, zielone z otokiem błękitnym,
wzbudzały trwogę. Raz po raz słyszało się o znajomych i innych wilnianach, jak
wyszli z domu i ślad po nich zaginął. Kładło się spać z trwogą, czy przed świtem
nie załomoczą do drzwi. Później NKWD, NKGB, Smiersz. Przesłuchania na ulicy
Ofiarnej i wyroki. „Szczęśliwcy” zapełniali więzienie na Łukiszkach, Łubiankę,
Syberię, Kazachstan, łagry od Workuty po Kołymę. „Pechowców” strzałem w tył
głowy pozbawiano życia.

Jesienne chłody szybko mroziły się, a dokuczliwe zimno nie dawało spać. Pod
stertami kołder, koców i czego jeszcze tam nie było, jakoś przesypialiśmy od
wieczora do ranka, ale wygramolenie się spod tej sterty na zewnątrz, do mroźnego
pokoju, powodowało tylko dreszcze.

Nasz tajny komplet nauczania rozpadł się. Niektórzy koledzy przenieśli się do
innych dzielnic miasta, innym rodzice zakazali uczęszczać na naukę w warunkach
sowieckiego terroru. Takie lekcje mogły skończyć się łagrem dla nauczycielki, a
i uczniów mogli pognać w stepy Kazachstanu. Terror sowiecki był o wiele
groźniejszy i bardzie bezwzględny niż niemiecka okupacja.

Inwigilacja agenturalna była ogromna. Czuliśmy to instynktownie, ale o jej
rozmiarze dowiedziałem się dopiero kilkadziesiąt lat później. W okresie okupacji
niemieckiej na Wileńszczyźnie były cztery tysiące bolszewickich agentów.
Prawdopodobnie każda brygada AK miała swego „opiekuna”. Penetracja polskich
oddziałów partyzanckich była głęboka. W archiwach KGB i GRU były dokładne dane,
jakich nie można było odnaleźć w Archiwach Polskiego Państwa Podziemnego. Nic
więc dziwnego, że większość żołnierzy AK, których nie pognano do Miednik
Królewskich, dosyć szybko było rozszyfrowanych i znalazło się w sowieckich
łagrach.

W mieście obowiązywała godzina milicyjna. Nawet bez tego utrudnienia każdy po
zmroku siedział w domu. Po mieście grasowali maruderzy z Czerwonej Armii,
rozplenił się bandytyzm, z którym NKWD specjalnie nie walczyło. Każde wyjście w
mroki ulic mogły skończyć się dramatem.

Polecamy także: „Chłopcy silni jak stal”

W mieście nie było elektryczności. Kiedy opuszczałem Wilno w początkach marca
1945 roku, elektrownia jeszcze nie działała. Wieczory spędzaliśmy przy
karbidówkach. Dawały one sporo światła, ale i cuchnęły okropnie. Karbidówka
składała się ze szczelnego pojemnika z karbidem zalanym wodą, wydzielającym
palny gaz i palnika dającego światło. Nakrywało się palnik kapturkiem i koniec
oświetlenia. Na szczęście wodociągi i kanalizacja działały prawie od pierwszego
dnia wejścia Sowietów. Tak mijały tygodnie i miesiące, aż przyszło Boże
Narodzenie.

Myślami byliśmy przy ostatniej Wigilii w 1938 roku. Przy stole siedział dziadek,
tata, mama i ja. Ostatnie radosne Święta, pełne skromnych upominków – takie
wówczas panowały obyczaje. Kolejna Wigilia, w 1939 roku, smutna, w oczekiwaniu,
z pustym talerzem dla taty. Doszła wiadomość z obozu w Kozielsku, że jest cały i
zdrowy. Mama zdołała wysłać paczkę z nadzieją, że dojdzie do Bożego Narodzenia.
Doszła… odwrotną pocztą, gdzieś w okolicy Wielkanocy, z adnotacją: „Pod adresem
Kozielska nie ma Leonarda Korowajczyka”. W 1943 roku doszła wiadomość o Katyniu,
lecz pozostało złudzenie, trwające latami, że może to nieprawda…

Wigilia 1944 roku. Przy stole zabrakło dziadka, zmarł śmiercią naturalną w 1941
roku, zamartwiając się losami syna, Mieczysława Kuczyńskiego, zięcia Leonarda
oraz szwagra, Tadeusza Tyszki – wszyscy byli jeńcami Kozielska. Przy stole
pozostały tylko wspomnienia i mały brat, pięcioletni Wojtek, urodzony w styczniu
1940 roku, trochę beztrosko rozrabiał.

Przeczytaj artykuł o tym, Łukasz Ciepliński „Pług” – biografia, grypsy do syna i śmierć

Wigilia 1944 roku. Nie było choinki z Gwiazdą Betlejemską, były czerwone gwiazdy
nad Wilnem. Do stołu, przy karbidówce, zasiadli mama, Wojtek, mój brat, i pan
Roman. Stół był bardzo skromny. Jakieś śledzie z czarnym, kartkowym chlebem,
żur, gniot z ciasta upieczonego, a może usmażonego na „kozie”. Pan Roman
przyniósł kilka mandarynek. Zdobył je jakimś własnym sposobem. Na widok
egzotycznych owoców Wojtek zawołał: „O, jaka śmieszna marchewka!”.

W parę dni później NKWD zapukało do drzwi pana Romana i wylądował on w sowieckim
łagrze…

Mimo mrozów gorąco było w Wilnie. Niebezpieczeństwo zwiedzania krainy białych
niedźwiedzi stawało się coraz realniejsze. Korzystając z „chodów” udało się nam
wkręcić do dodatkowego transportu ewakuacyjnego w pierwszych dniach marca 1945
roku i wyjechać do Polski Ludowej, która – choć komunistyczna – była lepsza niż
Związek Sowiecki. W trzaskający mróz załadowaliśmy się do bydlęcych wagonów, by
po trzech tygodniach koczowania wagonowego wylądować w Lublinie, a dalej,
poprzez Warszawę, dotrzeć do Łodzi.

Władysław Trzaska-Korowajczyk

Napisane przez

Cykl

Osoby

Tematy

Tagi

Udostępnij

Napisane przez

Najnowsze

Wojskowe honory dla esesmana z SS Galizien. Ukraina pożegnała Zenona Wróblewskiego.

Ius primae noctis: prawo pierwszej nocy. Prawda czy mit

Porzucanie dzieci w starożytnym Rzymie. List Hilariona do żony

Kolejna rocznica na Reducie Ordona, która odbyła się na szczątkach jej obrońców.

Wolf Messing – jasnowidz Stalina, który przewidział klęskę Hitlera

Zmarła Danuta Szlajmer „Siódemka”. Powstanka miała 99 lat

Kłomino – opuszczone miasto widmo w Polsce. Zostały cztery budynki i garstka ludzi

Czy Muzeum Żydów Polskich „POLIN” chce wybielić komunistyczną prokurator?

Inne kategorie

Czytaj także