Stanisław Michalkiewicz: „Brzemię ideologii”

5 min. czytania

Redakcja

26 września 2010 r.

5 min. czytania

Redakcja

26 września 2010 r.

Komentarz Redakcji „Naszej Polski”

Stanisław Michalkiewicz w felietonie „Brzemię ideologii” z września 2010 r. (NP 37/776 z 14.09.2010) bierze na warsztat sylwetkę publicysty Tomasza Wołka – byłego opozycjonisty z „junosti miatieżnoj” Aleksandra Puszkina, założyciela Forum Prawicy Demokratycznej z 1990 r. i uczestnika wyjazdu do Wielkiej Brytanii w 1999 r. dla złożenia hołdu uwięzionemu Augusto Pinochetowi. Publicysta rozprawia się z trzyletnim bilansem rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, konstatując, że intelektualne ambicje zostały wymienione na apetyty stołecznych elit – „wypić i zakąsić na koszt podatników”. Felieton wpisuje się w polską dyskusję o transformacji polityków opozycji antykomunistycznej i ich pochodzenie ideowe w III RP.

Zachęcamy do lektury: Kim są maślarze i kim są harcerze

Pan redaktor Tomasz Wołek dość długo zachowywał znamiona młodości, a nawet – jak to określił Aleksander Puszkin w Eugeniuszu Onieginie – „junosti miatieżnoj”, która skłoniła go nie tylko do przystąpienia do opozycji demokratycznej za komuny, w 1990 roku – do Forum Prawicy Demokratycznej, zaś 9 lat później – nawet do wyjazdu do Wielkiej Brytanii w celu złożenia uszanowania uwięzionemu przez tamtejszych totalniaków generałowi Augustowi Pinochetowi.

Sprawdź także: Grzegorz Lorek wraca do PiS. Kim jest poseł z Piotrkowa?

Sprawdź także: Rozwój Plus Morawieckiego ma klub parlamentarny. Rozłam w PiS

Tymczasem jednak lata mijały, a wobec zgonu – śmiercią bankruta – dwu kierowanych przez red. Wołka dzienników pod tytułem – nomen omen – „Życie”, trzeba było rozejrzeć się za jakimś cyrografem do podpisania. Bo w takich momentach czasami diabeł pojawia się z cyrografem osobiście, ale częściej trzeba samemu go sobie poszukać, a kiedy już się go odnajdzie i cyrograf podpisze – należy się jakoś z podjętych zobowiązań wywiązywać. Diabły, jak wiadomo, zainteresowane są duszą sygnatariusza cyrografu, a takie zaprzedanie duszy w praktyce sprowadza się do gruntownej zmiany dotychczasowych zapatrywań. „Palę wszystko, co kochałem, kocham wszystko, co paliłem”. Toteż bez zaskoczenia przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” kolejny panegiryk red. Wołka ku czci Platformy Obywatelskiej „PO: pierwsza zwykła partia”. Nie byłoby najmniejszego powodu, by publikacji tej poświęcać jakąkolwiek uwagę, gdyby nie osobliwa argumentacja autora. Redaktor Wołek krytykuje tam ideologię, jako przyczynę politycznych paroksyzmów i szkodliwym „partiom ideologicznym” przeciwstawia Platformę Obywatelską, którą zachwala jako partię „normalną”, a nawet pierwszą normalną partię w Polsce. W publicystyce politycznej, zwłaszcza tak zaangażowanej jak w przypadku red. Wołka, używane są często określenia niezbyt precyzyjne, być może dlatego, że niezbyt przemyślane. Mam tu na myśli termin: ideologia. Zresztą co tu się czepiać poczciwego red. Wołka, który stara się, jak może, kiedy nawet taki tęgi filozof jak prof. Krzysztof Michalski w rozmowie w red. Adamem Leszczyńskim z „GW” bezlitośnie chłoszcze Kościół w Polsce, że nie potrafi dotrzymać kroku „nowoczesności”? Co to jest ta „nowoczesność”, na czym polega jej istota – tego już nie wyjaśnia, chociaż z całego jego wywodu przebija niezachwiana pewność, że jest to coś niewątpliwie pozytywnego, do czego Kościół bezwarunkowo powinien się akomodować. Najwyraźniej nie chce czytelnikom „GW” zdradzić tej tajemnicy, skazując ich na domysły. Ja wobec tego domyślam się, że pan profesor „nowoczesnością” nazywa utratę wiary w życie wieczne. Być może, że jest to jakieś signum temporis, zwłaszcza wśród „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, którzy chcą w takim razie przynajmniej żyć długo, żeby – zanim wyłączą im prąd – maksymalnie nażreć się świata i dlatego uprawiają jogging, różne diety, medytacje transcendentalne, seks w wielkim mieście, a poza tym każdy „drogi kawior cukrem słodzi, obżartości swej dogodzi i słoninę z rodzynkiem”. I pewnie chodzi o to, żeby Kościół za to ich chwalił, żeby – wzorem „Jurka Owsiaka” – zapewniał ich nieustannie, że „jesteście wspaniali, kocham was!”. Skoro takie uniki robią tędzy filozofowie, to nic dziwnego, że i red. Wołek chłoszcze „partie ideologiczne” i – chwalebnie cytując starszego rangą proroka Jacka Żakowskiego – wychwala Platformę Obywatelską, że „zrzuciła ze swoich barków nadmiernie ciążące brzemię ideologii”. Że zrzuciła, to chyba prawda, o czym świadczy casus posła Antoniego Mężydły, który z okazji przejścia z PiS do PO wygłosił deklarację, że nie musiał przy tym zmieniać poglądów. Czy jednak to rzeczywiście powód do dumy i liść do wieńca sławy? Gdybyśmy schwytali wszystkich naszych Umiłowanych Przywódców, zamknęli ich pod kluczem i zagrozili, że będą tam siedzieć o chlebie i wodzie, dopóki nie odpowiedzą nam na pytanie: czy chcą, by w Polsce był dobrobyt, to znaczy – obfitość materialna z jednej i poczucie bezpieczeństwa z drugiej strony – to jestem pewien, że każdy z nich odpowiedziałby na to pytanie twierdząco. Skoro tak, skoro wszyscy chcą tego samego, to o co w takim razie PO tak wojuje z PiS-em, dlaczego SLD nie zleje się z PO albo PiS – z PSL-em? Być może dlatego, że okupujący Polskę starsi i mądrzejsi uznali, że dla lepszego zachowania pozorów tak będzie lepiej, ale nawet gdyby Polska nie znajdowała się pod okupacją razwiedki, to takie międzypartyjne wojny można by objaśnić różnicami w poglądach na sposób osiągania dobrobytu. Na przykład: partie lewicowe uważają, że dla osiągnięcia dobrobytu trzeba ograniczyć, a niekiedy nawet znieść, własność prywatną, wprowadzić planowanie gospodarcze aż „do każdego stanowiska pracy” oraz wytresować wszystkich w politycznej poprawności – i wtedy będzie dobrobyt. Partie prawicowe z kolei uważają przeciwnie – że własność prywatną należy upowszechnić, że państwo nie powinno wtrącać się do gospodarki, tylko przestrzegać prawa, tzn. nie tylko własnych ustaw, ale i umów prywatnych, nikogo w niczym nie tresować, tylko chwytać złodziei, wieszać bandytów – i wtedy będzie dobrobyt. Jak widać już choćby z tego przykładu, tych sposobów nie da się zastosować jednocześnie, gdyż wzajemnie się wykluczają. Te sposoby to nic innego jak ideologie. W tej sytuacji jest oczywiste, że partie powinny mieć ideologie, to znaczy – opowiadać się za jakimś konkretnym sposobem osiągania dobrobytu. Tymczasem za pośrednictwem red. Wołka dowiadujemy się, że PO „zrzuciła brzemię ideologii”. Czyżby zatem na kwestię dobrobytu w Polsce nie miała żadnego poglądu, a całą swoją pomysłowość skupiała już wyłącznie na tym, żeby wypić i zakąsić na koszt podatników? Patrząc na trzyletni bilans rządów PO-PSL, wykluczyć tego, niestety nie można. Stanisław Michalkiewicz Artykuł ukazał się w tygodniku „Nasza Polska” Nr 37 (776) z 14 września 2010 r.

Napisane przez

Cykl

Tematy

Tagi

Nie masz jeszcze konta na naszym Portalu? ZAREJESTRUJ SIĘ

Udostępnij

Napisane przez

Najnowsze

Amerykanie zostają na dłużej. Co Polska oddaje w zamian

Rażące błędy, podejrzenie o plagiat i „przypisy z przyszłości”. Ekspert miażdży doktorat Jakuba Wiecha

Pokój uśpił czujność. Polska płaci dziś cenę wieloletnich zaniedbań w obronności

Czy Europa popełnia samobójstwo po raz drugi? Felieton z 2015 roku, który sprawdził czas

Protest bez głowy

Czy nasze serwery wyborcze są nadal w Rosji? Felieton z 2014 roku, który sprawdził czas

Mordobicie „ruskich onuc”

Czy jesteśmy kondominium niemiecko-rosyjskim? Felieton z 2013 roku, który sprawdził czas

Inne kategorie

Czytaj także