Dziennikarz Bogusław Chrabota w „Rzeczpospolitej” ostrzega przed „pełzającym samobójstwem Zachodu” i rewolucją, która ma przetoczyć się przez Europę. Twierdzi, że chaos na ulicach Francji to w rzeczywistości interes Władimira Putina. Problem w tym, że protesty we Francji i zapowiadane demonstracje w Niemczech to przede wszystkim skutek złych decyzji samych europejskich elit. Zamiast rozliczać się z błędów, wygodniej jest wskazać palcem na Kreml.
Co napisał Chrabota?
Tekst byłego redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” ukazał się 25 października pod tytułem „Pełzające samobójstwo Zachodu. Czy Europie grozi rewolucja?”. Publicysta przekonuje, że protesty we Francji, Włoszech i Portugalii zamiast wygasać będą narastać. Kolejna fala rewolty ma niedługo uderzyć w Niemcy. Wydarzenia we Francji opisuje jako barbarzyństwo, wskazując na splądrowane sklepy i podpalone budynki publiczne. W tej kwestii trudno się z nim nie zgodzić. Najważniejsza teza przedstawiona przez Chrabotę brzmi jednak tak, że obecny chaos służy nie mieszkańcom Unii, tylko Putinowi. Jego zdaniem wspiera go zresztą sama europejska klasa polityczna.
Co naprawdę dzieje się we Francji?
Zamieszki we Francji są faktem i nikt rozsądnie myślący nie odważyłby się go bagatelizować. 17 października na ulice wyszło według władz ok. 550 tys. osób, a według organizatorów protestów liczba ta miała sięgać nawet 800 tys. uczestników. Zatrzymano dotychczas ponad 1800 osób. W międzyczasie splądrowano setki sklepów, a w Limoges spłonął zabytkowy ratusz. Protestujący domagali się działań ze strony rządu przeciwko rosnącym kosztom życia i fatalnej sytuacji w szkołach.
Sam prezydent Emmanuel Macron winą za przemoc obarczył skrajną lewicę i zwykłych przestępców. W orędziu do narodu nie szukał wymówek.
„Nic tego nie usprawiedliwia, nic tego nie tłumaczy. Dziś wieczorem wszyscy czujemy gniew i wstyd”
– Emmanuel Macron, prezydent Francji
Większość marszów przebiegła spokojnie. Przemoc była dziełem radykalnych grup i zwykłych chuliganów.
Paryż zjada własny ogon
Zamieszki we Francji nie są niczym nowym. Kraj od lat zmaga się z problemem przedmieść, na których mieszkają kolejne pokolenia imigrantów, w dużej mierze żyjące z pomocy socjalnej. Wielu z nich nigdy nie zintegrowało się ze społeczeństwem, a w części dzielnic własne porządki wprowadzają działające tam gangi. Francja przyjmowała kolejnych przybyszów, prowadząc dość na oślep swoją politykę socjalną i nie wymagała w zamian większej integracji. Dziś zbiera żniwo.
To nie Putin otworzył francuskie granice i nie on zbudował system socjalny, który zniechęca do pracy. To nie Kreml podniósł też ceny energii przez forsowanie Zielonego Ładu i rezygnację z taniego gazu. Za te decyzje odpowiadają rządy w Paryżu, Berlinie i Brukseli.
Niemcy: bunt pokolenia Z, nie rewolucja
Zapowiadana przez Chrabotę „fala rewolty” w Niemczech odnosi się do zapowiadanych demonstracji młodzieży pod hasłem „Gen Z regelt” („Pokolenie Z to załatwi”). Protesty są zaplanowane na 31 października w ponad 20 miastach. Uczestnicy buntują się przeciwko zniszczonym szkołom, rosnącym kosztom życia i możliwemu powrotowi poboru do wojska. Organizatorzy podkreślają, że sprzeciwiają się wszelkiej przemocy.
Jednocześnie w Niemczech rośnie poparcie dla AfD, która osiąga historyczne wyniki. To odpowiedź wyborców na politykę migracyjną i energetyczną, której elity przez lata nie chciały korygować. Tymczasem kanclerz Friedrich Merz woli przekonywać, że Rosja codziennie próbuje destabilizować Niemcy.
W Polsce sklepy nie płoną
Najlepszym dowodem na to, że problem nie leży stricte w Moskwie, jest Polska. Graniczymy z Rosją i Białorusią, jesteśmy celem rosyjskich ataków hybrydowych, a mimo to na naszych ulicach nikt nie plądruje sklepów, nie pali samochodów czy ratuszy. Polska nie prowadziła polityki otwartych drzwi, a od lat broni swojej granicy przed celowo wywołanym naporem migrantów.
Rosja z pewnością cieszy się z każdego kryzysu na Zachodzie i chętnie go podsyca. Zrzucanie jednak na Kreml odpowiedzialności za wszystko, co złe, to wygodna wymówka dla polityków, którzy nie chcą przyznać się do własnych błędów. Prawdziwe „pełzające samobójstwo Zachodu” nie odbywa się na ulicach. Ono swój początek ma w gabinetach, w których zapadały decyzje o migracji, energetyce i socjalu.



