Ekonomia
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny
Długość granicy morskiej Polski wynosi 440 km, a całego wybrzeża 770 km. Trudno
w to uwierzyć, że pod polską flagą w 2003 r. pływały tylko 3 jednostki handlowe,
ok. 110 zarejestrowano pod tanimi banderami, w tym jeden statek pod flagą
Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej! Rząd bardzo chciał przepisy
zmienić, ale widać jakiś diabeł stał na ich straży. Rząd mówił, że wychodzi ze
skóry, „żeby ratować branżę stoczniową”, nie wychodziło, poza ambitnymi planami,
o których szkoda wspominać, gdyż nie weszły w życie. Nic innego, tylko siła
nieczysta. Na przykład do końca roku 2001 polski armator, który chciał zamówić
statki w polskiej stoczni, musiał zapłacić 22 proc. podatku VAT. W jaki sposób
coś tak zgubnego dla stoczni i gospodarki przeforsowano nikt się nawet nie
zastanawiał, no bo czy tylko to było w Polsce chore? Armatorzy sarkali, że
dziesiątki tysięcy dolarów musimy wydawać poza krajem. To durne, ale co robić?
Roztrząsana była nieudana, zdaniem wielu publicystów, prywatyzacja Państwowej
Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego (w 1992 r.) wyciągniętej z
bankructwa, ale potem utopionej. Stocznia Szczecińska prawie przez 10 lat
podawana była, jako przykład modelowej prywatyzacji, osiągała przez jakiś czas
świetne wyniki, ale „złe” musiało się wytrącić. W 1999 r. firma stała się
holdingiem (Stocznia Szczecińska Porta Holding, skrót SSPH), a w 2002 r.
wszystko runęło i ratunek był jeden: znów znaleźć się pod skrzydłami państwa.
– Stocznie będą istnieć – mówił wiceminister gospodarki Jacek Piechota. Prezes
Agencji Rozwoju Przemysłu (stuprocentowej spółki skarbu państwa) – Aleksander
Krężel o tym zapewniał, mimo że wszystkie nasze stocznie produkcyjne w
Szczecinie, Gdyni i Gdańsku znajdowały się w trudnej sytuacji i ich kondycja się
pogarszała. Polska była wtedy po Japonii, Korei i Chinach czwartym na świecie
producentem statków. Prezesem Stoczni Szczecińskiej (potem Stoczni Szczecińskiej
Porta Holding) został Krzysztof Piotrowski, były doradca ekonomiczny premiera
Włodzimierza Cimoszewicza. Zaproponował Cimoszewiczowi przejęcie przez Stocznię
Szczecin – Stoczni w Gdyni, która posiadała dwa suche doki. Ani Stocznia
Szczecińska, ani Stocznia Gdańska suchych doków nie miały, były w nich
pochylnie. W suchych dokach rozpowszechnionych na świecie i zastępujących
powszechnie pochylnie można budować większe statki, albo na raz kilka małych.
Doki Stoczni Gdynia (wtedy im. Komuny Paryskiej) zbudowano w latach 60. i 70.
Opuszczały je jednostki nawet do 165 ton nośności, tj. bardzo duże. Piotrowski
wiedział więc, czego chciałby. Cimoszewicz propozycji przyklasnął, ale Stocznia
Gdynia była już „zaklepana”. Kupiły ją trzy osoby. Panowie założyli trzyosobową
spółkę Stoczniowy Fundusz Inwestycyjny w Warszawie, która wystąpiła o zakup
udziałów w Stoczni Gdynia. W Radzie Nadzorczej SFI zasiadły żony udziałowców
oraz brat jednego z trzech panów – Szlanty. O Januszu Szlancie mówiono
„bankowiec”, ponieważ poprzednio pracował w banku. To on był duszą interesu i
został prezesem Stoczni Gdynia. Ludzie w Gdyni się dziwili, skąd ma miliony, i
spekulowali, że może dorobił się, na przykład prowadząc w Radomiu firmę
produkującą klamerki do butów narciarskich. Do Szlanty na audiencję trudno się
było dostać: był ważny jak król. Drugi dżentelmen z trójki Jan Buczkowski wrócił
do Gdyni z wysp Fidżi na Pacyfiku, gdzie pracował w niewielkiej stoczni jako
ekspert. Trzecim był Hubert Kierkowski, kolega Szlanty z Banku Rozwoju Eksportu.
Określano go „urzędnikiem”, ale nie był to urzędnik szeregowy, tylko dyrektor
departamentu w Ministerstwie Skarbu Państwa.
Stocznia Gdynia przejęła Stocznię Gdańską (1998). Za Peerelu Stocznia Gdańska
nosiła imię Lenina, a stała się sławna jako kolebka „Solidarności”. Sąd ogłosił
jej upadłość w 1996 r. Natomiast prezes Stoczni Szczecińskiej zamierzał
zdywersyfikować działalność firmy, m.in. opierając się na branży paliwowej i
zakładając, że połowę przychodów holdingu będzie osiągał w walucie obcej, a
połowę w złotówkach, bo – wyjaśniał – chce firmie zapewnić stabilność. Mówił, że
polskim stoczniom brakuje zaplecza finansowego, bez którego trudno o zysk. Na
razie jednak SSPH wpadła w kłopoty. Banki zagraniczne, a także PKO Bank Polski,
odmówiły kredytowania. Kierownictwo SSPH wyjaśniało, że niewielka suma i rządowe
gwarancje na poręczenie 40 mln dol. kredytu uratowałyby firmę. O tym jednak nie
było mowy. W 2002 r. – prywatna SSPH stała się bankrutem. To samo groziło
sprywatyzowanej Grupie Stoczni Gdynia. Kierownictwo SSPH znalazło się w
więzieniu. Marek Tałasiewicz, były wiceprezes Stoczni w Szczecinie, wypuszczony
warunkowo, nie za bardzo przychylał się do tego, że model prywatyzacji
menedżerskiej w stoczniach się nie sprawdził. Zarzucił rządom III RP, że od 12
lat nie prowadziły żadnej polityki morskiej i nie wypracowały żadnego sensownego
programu dla gospodarki Wybrzeża. Czuł się niewinny. Siedział, ponieważ
członkowie zarządu stoczni rzekomo wyprowadzili z firmy na prywatne konta jakieś
pieniądze. Sąd rozpatrywał skalę przestępstwa. – Tego przestępstwa przecież nie
ma – zaręczał Tałasiewicz. Przypomniał sądny dla niego dzień, kiedy szefowie
stoczni wyprowadzani byli w kajdankach do aresztu, a załoga tak niedawno nosząca
ich na rękach skandowała: zło-dzie-je! Mało kto pamięta, że upadek SSPH
udrzerzył w… Związek Artystów Scen Polskich, który nabył za 9,5 mln zł papiery
dłużne stoczni. Kredytowanie holdingu zakończyło się w listopadzie 2001 r. –
zrobiły to jak na komendę wszystkie banki. Mimo to jeszcze w lutym 2002 r.
kontynuowana była sprzedaż obligacji stoczni. Organizatorem, agentem i dealerem
emisji był ING Bank, czyli dawny Bank Śląski kupiony przez Holendrów.
Polecamy także: Walcownia Metali Dziedzice zwalnia w 130. rocznicę. Ile etatów uda się uratować?
Wiesława Mazur
NASZA POLSKA NR 15/2009



