Niedzielny poranek przyniósł bezprecedensowy zwrot akcji na froncie wschodnim. Ukraińcy rzucili na terytorium Federacji Rosyjskiej prawdziwą armadę bezzałogowców, fundując mieszkańcom Moskwy i dwudziestu innych regionów brutalną pobudkę. Ponad tysiąc maszyn rozerwało rosyjską obronę przeciwlotniczą, uderzając prosto w serce imperium Putina – i to w samym środku tamtejszych wyborów parlamentarnych. Czy to definitywny koniec mitu o „nietykalnej” stolicy agresora?
Apokalipsa nad Moskwą. Propaganda kontra rzeczywistość
Zaczęło się w nocy 20 września. Nad rosyjskim niebem zaroiło się od ukraińskich bezzałogowców, które niczym szarańcza paraliżowały kolejne strefy obrony powietrznej.
Rosyjskie Ministerstwo Obrony, próbując nerwowo pudrować rzeczywistość, ogłosiło zestrzelenie 1110 maszyn nad dwudziestoma regionami i akwenem Morza Czarnego. Narracja Kremla szybko jednak rozjechała się z paniką lokalnych urzędników. Mer Moskwy, Siergiej Sobianin, zmuszony był publicznie przyznać, że stolica Rosji stanęła w obliczu „największego ataku” od początku konfliktu. Z jego szacunków wynika, że Ukraińcy wystrzelili ponad 1600 maszyn, z czego co najmniej 450 pruło prosto na Moskwę.
Mimo buńczucznych zapewnień Sobianina, że „atak został odparty”, prawda okazała się dla moskiewskich elit bolesna. Kłęby czarnego dymu nad moskiewską rafinerią oraz płonące budynki mieszkalne dobitnie pokazały, że rosyjskie niebo przypomina dziś szwajcarski ser. Co ciekawe, do tak zmasowanego uderzenia doszło w cieniu trwających na tamten moment wyborów parlamentarnych w Rosji, co zadało potężny cios wizerunkowy reżimowi Władimira Putina.
Kijów gra va banque i ignoruje apele Trumpa
Nalot ten ma również drugie, niezwykle ważne dno geopolityczne. Wołodymyr Zełenski zdecydował się na ten potężny krok pomimo wyraźnych i głośnych nacisków ze strony amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa. Przypomnijmy, że Waszyngton wielokrotnie apelował do Kijowa o wstrzymanie ataków na rosyjską infrastrukturę energetyczną, obawiając się destabilizacji globalnych rynków paliwowych. Ukraina stara się jednak udowadniać, że w obliczu śmiertelnego zagrożenia zamierza prowadzić podmiotową politykę i bić wroga tam, gdzie boli go to najbardziej.
Ukraiński prezydent nie krył satysfakcji z rezultatów tej brawurowej operacji. W niedzielnym oświadczeniu opublikowanym w mediach społecznościowych bez ogródek podsumował efekty działań swoich żołnierzy, wskazując na porażające skutki uderzeń dalekiego zasięgu.
W swoim komunikacie Zełenski wprost potwierdził, że precyzyjne trafienia wyłączyły z użytku jeden z kluczowych obiektów rosyjskiego przemysłu naftowego oraz ważny punkt logistyczny, z którego korzystała machina wojenna agresora.
Wojna bez skrupułów. Rosyjski odwet uderza w ukraińskie cerkwie
Światło reflektorów skupiło się na Moskwie, ale bilans ofiar po obu stronach granicy przeraża. Gubernator obwodu moskiewskiego Andriej Worobiow poinformował o śmierci trzech osób oraz dwudziestu rannych – w tym trojgu bezbronnych dzieci. Z kolei w okupowanej części obwodu chersońskiego pod ostrzałem znalazł się autobus cywilny, w którym zginęły dwie osoby.
Rosyjski niedźwiedź, raniony na własnym podwórku, natychmiast odpowiedział potężnym, ślepym odwetem rakietowym na Ukrainę. W obwodzie kijowskim rosyjskie pociski odebrały życie kobiecie i jej dwójce małych dzieci. Do potwornego, barbarzyńskiego aktu doszło także we wsi Czerwonyj Majak (obwód chersoński). Rosyjski bezzałogowiec uderzył tam bezpośrednio w Monastyr św. Grzegorza Bizjukowa, należący do Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego. Efekt? Śmierć na miejscu poniósł najstarszy mnich tej wspólnoty, a cztery inne osoby zostały ciężko ranne.
Uderzenie w monastyr to kolejny dowód na to, że dla Kremla i jego armii nie ma już żadnych świętości, a brutalna eskalacja konfliktu wkracza właśnie w nową, jeszcze krwawszą fazę.






