Zamieszanie wokół archeologii smoleńskiej. Ile szczątków tupolewa zostało w ziemi?

5 min. czytania

Redakcja

04 lutego 2014 r.

Archeolodzy w Smoleńsku: poszukiwania szczątków tupolewa detektorem Garrett Ace 250

5 min. czytania

Redakcja

04 lutego 2014 r.

Archeolodzy w Smoleńsku pracowali jesienią 2010 r., pół roku po katastrofie prezydenckiego tupolewa, pod kierunkiem prof. Andrzeja Buko z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN. Na początku 2014 r. tygodnik „W Sieci” dotarł do ich raportu, z którego wynika, że Tu-154M rozpadł się na co najmniej 20 tysięcy elementów, a rozrzut i osmolenia szczątków mogą świadczyć o wybuchu. „Rzeczpospolita” odpowiedziała opinią Marka Poznańskiego, uczestnika badań, a dziś posła Twojego Ruchu. W tym tekście głos zabiera redakcja, która od 2010 r. zajmuje się poszukiwaniami z wykrywaczami metali. Pokazujemy, dlaczego dwanaście osób w dwanaście dni nie mogło przebadać terenu, czym są ograniczenia detektora Garrett Ace 250 i dlaczego na miejscu wciąż mogą leżeć dziesiątki tysięcy szczątków tupolewa. Dla porównania przypominamy poszukiwania po zamachu nad Lockerbie.

Po kilku latach od katastrofy smoleńskiej i przeprowadzonych tam badaniach archeologicznych media zaserwowały nam eksplozję informacyjną dotyczącą efektów prac polskich naukowców w okolicy upadku tupolewa.

Raport archeologów: Tu-154M rozpadł się na 20 tysięcy elementów

Tygodnik „W sieci” dotarł do raportu archeologów, którzy stwierdzili, że Tu-154M rozpadł się przynajmniej na 20 tys. elementów. Rozłożenie w terenie, kształt i osmolenia części poszycia oraz olbrzymia ilość fragmentów samolotu świadczyć ma – według Marka Pyzy z tygodnika „W Sieci” – o wybuchu na pokładzie samolotu. Argumentacja dziennikarza jest spójna. Tezę tę podważyła sprytnie „Rzeczpospolita”, która od słynnego artykułu trotylowego stara się każdorazowo obnażać swoją „poprawność polityczno-smoleńską”. Tym razem „Rzeczpospolita” powołała się głównie na interpretację znalezisk uczestnika badań, Marka Poznańskiego, archeologa, a obecnie posła Twojego Ruchu, do którego opinii na temat badań w Smoleńsku odnosi się z dystansem sam dr hab. Andrzej Buko, który kierował wyprawą. Argumenty „W Sieci” i „Rzeczpospolitej” bezradnie próbowały ważyć takie media, jak Fronda, która bezmyślnie postawiła rzekomo kluczowe pytanie: „Czy polscy archeolodzy świadomie zbierali i fotografowali znalezione materiały w celu przekazania ich Rosjanom, czy może zostali zmuszeni do oddania dowodów?”. Tyle że wszyscy wiedzieli od samego początku (o czym „Nasza Polska” pisała wielokrotnie), że misja archeologiczna realizowała z góry ustalony scenariusz zaakceptowany przez obie strony. „Prace naszych archeologów i wolontariuszy prowadzone były na potrzeby rosyjskiej, a nie polskiej prokuratury, czyli każde znalezisko będące nie tylko pewnego rodzaju relikwią narodową, ale także dowodem w śledztwie mającym ustalić przyczyny katastrofy, było od razu oddawane Rosjanom” – mówił „Naszej Polsce” jeszcze w 2010 r. Piotr Pałys, na co dzień zajmujący się poszukiwaniami i obsługą używanych w Smoleńsku detektorów metali.

„W Sieci” poinformowało, że polska inicjatywa misji archeologicznej była przez Rosjan blokowana przez pół roku. To prawda. Zabrakło jednak informacji, którą podaliśmy jeszcze w 2010 r., że pomysł zabezpieczenia i zbadania miejsca katastrofy został zgłoszony przez archeologów tuż po katastrofie, a polski rząd przez miesiąc nic w tej sprawie nie robił. Tygodnik „W Sieci” nie uwzględnił też kilku czynników technicznych (co nie zmienia faktu, że artykuł „Ukryty dowód na wybuch” jest materiałem rzetelnym i ciekawym).

Przeczytaj również: Generał był trzeźwy. Dlaczego nikt nie przeprosił wdowy?

Detektor Garrett Ace 250 i granice badań w Smoleńsku

Po pierwsze, 12 osób badających tak duży areał przez 12 dni mogło jedynie pobieżnie zlokalizować potencjalne przedmioty (większości nie wydobywając). Po drugie, detektory metali używane przez Polaków w Smoleńsku (w tym Garrett Ace 250 – jeden z „najpłytszych” detektorów, używany na miejscu katastrofy m.in. przez posła Marka Poznańskiego) w przypadku najechania sondą na kilka przedmiotów zalegających w minimalnej odległości od siebie (kilku centymetrów) wskażą jeden sygnał, co było bez wątpienia hipotetycznie odnotowywane jako jeden obiekt. W rzeczywistości więc liczba szczątków tupolewa i rzeczy prywatnych ofiar może być dużo większa niż dowiadujemy się z artykułu „W Sieci”. Po trzecie, większość małych przedmiotów metalowych, wykonanych z innego materiału niż aluminium (poszycie samolotu), jak np. nikiel czy drobne elementy stalowe, wychwytywane są z dużo mniejszej głębokości niż warstwy przemieszanej ziemi (tam do 60 cm), a nawet przytoczonej w raporcie archeologów głębokości 20 cm. Przykładowo: telefoniczna karta SIM, czyli w przypadku prezydenckiego telefonu – baza danych bezcennych ze względu na bezpieczeństwo państwa, przez przytoczony detektor Garret Ace 250 sygnalizowana jest zaledwie z głębokości kilku centymetrów!

Przeczytaj również: Wywiad z Piotrem Pałysem: „Archeologia śmierci”

Wszystko więc wskazuje, że na miejscu katastrofy znajduje się wciąż kilkadziesiąt tysięcy obiektów po katastrofie, nie licząc szczątków ludzkich, które odnajdywali także archeolodzy. Dla rzetelnego zbadania terenu przed smoleńskim lotniskiem ziemia faktycznie powinna być niemalże przesiana, o czym kłamliwie mówiła w Sejmie Ewa Kopacz. Dla porównania – po katastrofie nad Lockerbie w 1998 r. spowodowanej wybuchem bomby (co udowodniły poszukiwania, w których brało udział ponad tysiąc osób, a nie dwanaście!) odnaleziono ok. 10 tys. fragmentów samolotu. Pod Smoleńskiem jest ich kilkakrotnie więcej.

Szczątki tupolewa a hipoteza wybuchu

To poważna przesłanka za wybuchem jako przyczyną tragedii z 10 kwietnia 2010 r. Jednak strona rządowa do dzisiaj nie tylko nie wyciągnęła z raportu archeologów podobnego wniosku, ale nie postawiła nawet takiej hipotezy, co jest ewidentnym skandalem.

Redakcja

 


ⓘ Informacja o publikacji
Artykuł Redakcji „Naszej Polski” pt. „Zamieszanie wokół archeologii smoleńskiej” ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym tygodnika „Nasza Polska” nr 6 (953) z dnia 4 lutego 2014 roku, s. 4. Reprint na portalu naszapolska.pl w ramach digitalizacji archiwum redakcji. Wszelkie prawa do oryginalnego tekstu zastrzeżone – Redakcja / „Nasza Polska”. Zdjęcia: archiwum „Nasza Polska”, skan wydania nr 6 (953)/2014, s. 4.

Napisane przez

Cykl

Tagi

Udostępnij
Najnowsze

Zełenski wzywa Ukraińców do powrotu. „Potrzebujemy 9,5 miliona ludzi”

Ukraińscy żołnierze będą szkolić Polaków w prywatnej akademii dronowej. Drony lecą na Kreml w spocie promocyjnym

Pomysłodawca roku UPA z zakazem wjazdu do Polski. Szeremeta przez 5 lat nie wjedzie do strefy Schengen

8 lat więzienia za śmierć trzech osób. Sebastian Majtczak skazany, ale wyrok budzi oburzenie

Publikujemy nagranie z firmy od surogacji. Płeć dziecka w VIP, dopłata za bliźnięta, Black Friday. Europoseł Śmiszek: „Europa idzie do przodu”.

800 plus bez corocznych wniosków? Tusk ogłasza koniec biurokracji, ale jest haczyk

Żołnierz z ukraińskim obywatelstwem zatrzymany za szpiegostwo. Miał przy sobie telefony, pieczątki i złoto

Ukraińcy wyjeżdżają z Polski? Największy spadek w UE. Ekspert ostrzega przed skutkami dla gospodarki

Inne kategorie

Czytaj także