Prosty pierścień. Gruba złota obrączka, w niej prostokątny diament tabelowy w skromnej kasetce. Nic więcej. Właśnie ten skromny renesansowy pierścień – jeden z niewielu przedmiotów osobistego użytku króla Zygmunta I Starego, jakie przetrwały do naszych czasów – wraca do Muzeum Czartoryskich w Krakowie po osiemdziesięciu sześciu latach. Został skradziony przez Niemców we wrześniu 1939 roku, gdy Ci grabili polskie zbiory muzealne. Odnalazł się w 2007 roku w niemieckim muzeum biżuterii w Pforzheim. Powrót zajął niemal cztery kolejne dziesięciolecia.
Skromny pierścień, wielka historia
Kto spodziewa się zobaczyć królewski klejnot z dziesiątkami brylantów w monumentalnej oprawie, będzie zaskoczony. Pierścień Zygmunta I Starego to renesansowy przedmiot codziennego użytku, wykonany w warsztacie złotniczym na poziomie epoki: gruba obrączka z czystego złota, cofnięta ku górze, zwieńczona prostokątnym kamieniem szlifowanym w typie „tabelowym” – czyli z płaską górną powierzchnią i skromnymi ścianami bocznymi. Kamień, uznawany za diament, mocuje niewielka kaseta ze złota, otwarta od dołu, żeby światło mogło do niego docierać.

To nie jest przedmiot na paradę koronacyjną. To pierścień, który król naprawdę nosił – może na palcu, może przypięty do stroju. Mała, dyskretna insygnia władzy. Właśnie dlatego pozycja tego pierścienia w polskiej historii sztuki jest wyjątkowa: pamiątek osobistego użytku po Zygmuncie zachowało się bardzo niewiele.
Kim był Zygmunt I Stary
Zygmunt I Stary panował Polską przez czterdzieści dwa lata – od 1506 do 1548 roku. Piąty syn Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki, urodzony w 1467 roku w Kozienicach, do tronu polskiego doszedł drogą, jakiej mało kto się dzisiaj uczy w szkole: przez kolejne obejmowane księstwa, potem po śmierci starszego brata Aleksandra Jagiellończyka. Zygmunt nie przygotowywał się do rządzenia Polską od kołyski. Doszedł do tego stopniowo, przez kompetencję.
To za jego panowania renesans w Polsce dorobił się swojego kształtu – Wawel przebudowano w stylu włoskim, kaplicę Zygmuntowską wybudowano z fundacji króla, mennice biły monetę o jakości uznawanej w Europie za wzorcową. „Mennicą Zygmuntowską” nazywa się do dziś tamtejszy system pieniądza, jedne z najlepiej zorganizowanych mennic w XVI-wiecznej Europie. Osobisty pierścień takiego władcy to nie tylko przedmiot z metalu i kamienia. To fragment tamtej epoki.
Szkatuła Królewska Czartoryskich – kolekcja pamiątek po władcach
Po śmierci Zygmunta w 1548 roku pierścień, jak wiele przedmiotów królewskich, przechodził z rąk do rąk – spadkobiercy, urzędnicy dworscy, kolekcjonerzy. W XIX wieku trafił do Szkatuły Królewskiej – historycznej kolekcji pamiątek po dawnych władcach Polski, którą przez pokolenia gromadził ród Czartoryskich. Szkatuła zawierała klejnoty, medale, drobne przedmioty osobistego użytku, dokumenty, autografy – wszystko, co udało się zebrać z rozproszonych po Europie prywatnych zbiorów.
Kolekcja Czartoryskich stała się jedną z podstaw powstałego w drugiej połowie XIX wieku Muzeum Czartoryskich w Krakowie – pierwszego prawdziwego muzeum publicznego w Polsce. Do 1939 roku pierścień Zygmunta figurował tam w rejestrach jako jeden z ważniejszych obiektów historycznych.
Wrzesień 1939 – Szkatuła znika
Kiedy w pierwszych tygodniach wojny niemieckie oddziały weszły do Krakowa, jednym z ich pierwszych zadań – obok militarnego przejęcia miasta – była grabież zasobów kulturalnych. Muzeum Czartoryskich stało się celem nadrzędnym. Wywożono obrazy (w tym „Damę z gronostajem” Leonarda, „Portret młodzieńca” Rafaela), rękopisy, mniejsze przedmioty. Szkatułę rozebrano. Wywieziono ją częściowo do Niemiec, częściowo zdeponowano w niemieckich urzędach administracji okupacyjnej.
Pierścień Zygmunta zniknął z polskich rejestrów muzealnych. Nikt nie wiedział, dokąd konkretnie trafił. Powojenne inwentarze strat wojennych wymieniały go wśród setek innych zaginionych obiektów. Przez lata – po prostu nie było na jego temat wiadomo nic.
Heinz Battke – artysta, kolekcjoner, człowiek, który go kupił

I tu wchodzi do historii postać, o której polskie podręczniki milczą. Heinz Battke (1900–1966) był niemieckim artystą modernistycznym – malarzem, rysownikiem i grafikiem. Wykładał w berlińskiej akademii sztuki, po wojnie w Halle. Jego druga, prywatna pasja to była historia europejskiego rzemiosła artystycznego, przede wszystkim złotnictwa. Battke przez trzy dziesięciolecia gromadził kolekcję historycznych pierścieni i sygnetów – od starożytnych rzymskich, przez wczesnośredniowieczne, aż po renesansowe. Do połowy lat 60. XX wieku miał w gabinecie ponad 180 unikatowych obiektów.
W 1963 roku, na trzy lata przed śmiercią, opublikował książkę, w której opisał całość zbioru – Ringe aus vier Jahrtausenden („Pierścienie z czterech tysiącleci”). W tym samym roku cały jego zestaw kupiło Schmuckmuseum Pforzheim – jedno z ważniejszych europejskich muzeów biżuterii, mieszczące się w niemieckim mieście od dwustu lat kojarzonym z rzemiosłem złotniczym.
Wśród 180 obiektów Battkego, jak katalog dokumentuje, figurował pod numerem porządkowym 40 renesansowy złoty pierścień z diamentem. W opisie z książki nie ma ani słowa o Zygmuncie Starym. Battke – o ile wiadomo – nie miał pojęcia, że kupił na antykwariacie w latach 1954–1962 zrabowaną polską rzecz. W jego notatkach figurował po prostu jako „cenny renesansowy zabytek sztuki złotniczej”.
Łańcuch, o którym się nie mówi
To jest ten delikatny cień w całej tej historii. Battke – modernistyczny artysta, który zbierał pierścienie z pasji, bo lubił złotnictwo – nie kupił pierścienia na czarnym rynku wiedząc, co kupuje. Kupił go zapewne od antykwariusza, który zapewne dostał go od pośrednika, który zapewne dostał go od kogoś, kto był w sztabach niemieckich urzędów okupacyjnych na Wawelu i w Krakowie w 1939 roku. Łańcuch zbrodni działa cicho, po ludziach uczciwych. Battke był kolekcjonerem, którego motywem była pasja do sztuki. Ale kupił obiekt, którego pochodzenia nikt mu wtedy nie wyjaśnił – bo wyjaśnienie prowadziło prosto do wagonu towarowego, który wyjechał z Krakowa jesienią 1939 roku.
Rok 2007 – polscy badacze rozpoznają swojego króla

Rozpoznanie przyszło późno, ale konkretnie. W 2007 roku polscy historycy sztuki porównywali muzealne rejestry ze Szkatuły Królewskiej z opublikowanymi zdjęciami w książce Battkego i katalogach Schmuckmuseum Pforzheim. Zidentyfikowali pozycję numer 40 jako obiekt, który jeszcze w sierpniu 1939 roku znajdował się w krakowskiej ekspozycji Czartoryskich. Cechy techniczne, wymiary, kamień, charakterystyka złota – wszystko pasowało.
Sam pierścień trafił do niemieckich rejestrów muzealnych jako „renesansowy pierścień z diamentem” bez atrybucji królewskiej. To dlatego przez półwiecze nikt go nie szukał – figurował po prostu jako jedna z 180 pozycji katalogu Battkego, obok wielu innych pierścieni tego samego typu.
Powrót – cztery kolejne dziesięciolecia
Od tamtej pory sprawa toczyła się drogą dyplomatyczną i muzealną. Restytucji polskich dzieł sztuki zagrabionych w 1939 roku sprzyja fakt, że kolejne pokolenia niemieckich muzealników coraz częściej sami z siebie proszą o audyt swoich zbiorów – zwłaszcza obiektów pozyskanych w latach 40. i 50. na antykwariatach niepewnego pochodzenia. Schmuckmuseum Pforzheim to instytucja poważna, z długą tradycją współpracy z polskimi instytucjami muzealnymi.
Ostatnie tygodnie przyniosły finał. Pierścień Zygmunta I Starego wraca do Muzeum Czartoryskich w Krakowie – do zbiorów, z których został zrabowany osiemdziesiąt sześć lat temu. Trafi z powrotem do gabloty, do której przynależy od początku swojej muzealnej biografii. Głośno mówią o tym media, i słusznie. Bo to nie jest zwykły muzealny obiekt – to jeden z niewielu przedmiotów osobistego użytku króla, o którym uczy się w szkołach, i z którego dziedzictwa wywodzi się część polskiej kultury renesansowej.
Co jeszcze może wrócić
Trudno oprzeć się myśli, że ten powrót jest tylko fragmentem znacznie większej historii. Niemieckie muzea – także prywatne kolekcje niemieckich artystów, akademików, kolekcjonerów – mają w swoich magazynach dziesiątki, jeśli nie setki, przedmiotów o niejasnym pochodzeniu. Wiele z nich to obiekty polskie, zrabowane w 1939 roku i sprzedane na antykwariatach w latach 40., 50. i 60. Byli kupcami tacy jak Battke – kolekcjonerzy pasjonaci, którzy nie wiedzieli, co kupują. Byli też tacy, którzy wiedzieli, i kupowali cicho.
Historia pierścienia Zygmunta pokazuje, że warto szukać. Warto porównywać rejestry, przewracać stare katalogi, sprawdzać pozycje bez atrybucji. Zygmunt Stary czekał 68 lat na to, żeby ktoś rozpoznał w numerze 40 katalogu jego renesansowy pierścień. Ile jeszcze podobnych „numerów 40″ leży w piwnicach niemieckich muzeów?
Redakcja





