Wybitny ekonomista Janusz Szewczak wylicza konkretnie, w jaki sposób można sfinansować obietnice Andrzeja Dudy i jak skorzysta na tym każdy obywatel. Pełny zapis rozmowy ukazał się w miesięczniku „WPIS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Polecamy!
Leszek Sosnowski: Dziennikarze sprzyjający rządowi mają poważny dylemat: skąd Andrzej Duda weźmie środki na to, co obiecywał w kampanii? Rządzący dziś krajem twierdzą wprost, że na takie pomysły w państwie pieniędzy nie ma. Postaramy się pokazać, że władza może się mylić – tak jak myli się w wielu innych kwestiach. Zacznijmy od rezerw. Gdzie ich szukać?
Janusz Szewczak: Sądzę, że nie ma już dziś alternatywy – albo przyjmujemy program z elementami gospodarczymi kandydata Andrzeja Dudy, miejmy nadzieję przyszłego prezydenta, albo godzimy się na rolę gospodarczej półkolonii, głównie niemieckiej, choć nie tylko. Półkolonii, która sprawnie wyprowadza kapitał za granicę. Jesteśmy dużym rynkiem zbytu, ale dla towarów niemieckich, europejskich i chińskich, nie polskich. Jesteśmy też w środku Europy wielkim zapleczem taniej siły roboczej i młodych pracowników. Możemy dziś powiedzieć: „Panie Prezydencie Duda! W Polsce, mimo dwudziestu pięciu lat dobrze zorganizowanego rabunku, wciąż jest sporo pieniędzy!”.
Ale chyba nie do zrabowania?
Oczywiście, że nie do zrabowania. To pieniądze, które dotąd trafiały i wciąż trafiają do obcych, bo dla Polaków ich nie było i nie ma. Można pokazać skalę marnotrawstwa publicznych środków, bezmyślnego szastania dziesiątkami i setkami miliardów, a także skalę patologii w spółkach skarbu państwa, zamienionych w swego rodzaju folwarki władzy – w tym przypadku Platformy i PSL. Żeby z tego finansowego dzbana nalać coś Polakom, trzeba najpierw zatkać wszystkie dziury, przez które bezpowrotnie wyciekają miliardy. To dziś zadanie podstawowe.
Podobnie mówią rządzący, tyle że winą obarczają samych Polaków – twierdzą, że unikają płacenia podatków i dlatego budżetowi brakuje pieniędzy.
To oczywiście nieprawda. Owszem, skuteczność ściągania podatków spada. Zaległości podatkowe wraz z odsetkami sięgają dziś 50 miliardów złotych. Ale to nie są długi „Kowalskich”, najsłabszych, małych i średnich firm, które ledwo dyszą.
A te łatwo zmusić do zapłaty.
Właśnie. Wobec nich represyjność fiskusa jest największa. Tymczasem łączna kwota ulg i zwolnień podatkowych – dla wszystkich firm i osób prywatnych – wynosi aż 81 miliardów złotych!
Zachęcamy do lektury: Niemcy: budżet 2027 z 203 mld euro długu – co to oznacza dla Polski?
Straty są też na VAT…
Szacuje się – nie ekspert Szewczak, lecz Komisja Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy – że straty na VAT wynoszą w Polsce około 50 miliardów złotych rocznie. To tzw. karuzele VAT-owskie, czyli wyłudzenia podatku przez firmy, które w ogóle nie istnieją. Zjawisko masowe, o gigantycznej skali. MFW zarzuca rządowi PO, że aparat skarbowo-fiskalny jest niewydolny i nieprofesjonalny, i że musi w nim nastąpić – jak to ujęto – moralno-etyczna zmiana. (…) Widzę byłego ministra finansów Jana Vincenta-Rostowskiego, tego „sztukmistrza z Londynu”, martwiącego się, skąd „niepoważny” Duda weźmie 15 miliardów na 500 złotych dla dziecka z biednej rodziny, i jak zatroskał go pomysł obniżenia wieku emerytalnego z 67 do 65 i 60 lat. Powiem tak: albo Rostowski opowiada „bajki z mchu i paproci”, bo nie rozumie mechanizmów ekonomicznych, albo je rozumie – a wtedy wchodzi w rolę lobbysty dbającego o cudze interesy i o zyski obcego kapitału, i nie chce uczciwie odpowiedzieć, skąd wziąć te pieniądze. Podczas swoich rządów zafundował nam ponad 400 miliardów złotych nowego długu. To rzecz bez precedensu – jeden minister przez 8 lat zadłużył kraj niemal tak jak kilkunastu jego poprzedników przez wcześniejsze niecałe 20 lat. I to jeszcze przy napływie środków unijnych…
Dodajmy, że na tych długach ktoś zarabia.
Wielu na tym żeruje. Od 25 lat trwa prawdziwe eldorado dla kapitału lichwiarsko-bankowego. Zarabia się tu fantastycznie, a do tego nas okradają. Według raportu znanej waszyngtońskiej fundacji Global Financial Integrity (GFI) Polska należy do niechlubnej światowej czołówki krajów najbardziej drenowanych finansowo. GFI szacuje tę kwotę na blisko 10 miliardów dolarów rocznie, czyli prawie 40 miliardów złotych.
Wyjaśnijmy, na czym polega ten drenaż – jak te 40 miliardów wypływa z Polski?
Najpierw dodam, że co roku zagraniczne koncerny i banki działające w Polsce transferują z kraju około 70 miliardów złotych w postaci zysków, dywidend i manipulacji kosztami. To jest legalne. Natomiast owe 40 miliardów szacowane przez GFI powstaje w wyniku przestępstw – prania pieniędzy, oszustw podatkowych i finansowych – to odrębna kategoria.
Nie chodzi o to, by firmy i osoby prywatne nie zarobiły tych 70 miliardów, ale by pieniądze te zostały w kraju i tu były inwestowane albo choćby trzymane w polskim banku, który by na nich pracował.
Oczywiście. Ekonomia to nie tylko księgowość. Poszukiwanie źródeł finansowania to łańcuch przyczynowo-skutkowy. Niech ci, którzy opłakują koncepcje gospodarcze Andrzeja Dudy, pochylą się choćby nad zasadą mnożnikową, nad mnożnikiem konsumpcji – z tych 15 miliardów trafiających do rodzin w postaci 500 złotych na dziecko zwróci się często znacznie więcej.
Bo pieniądze wrócą do obiegu gospodarczego – biedny człowiek nie będzie ich chomikował.
Właśnie. Prof. Jerzy Żyżyński, wybitny ekonomista, dokładnie to policzył: z tych 15 miliardów ponad 12 od razu trafiłoby na rynek, co bardzo korzystnie wpłynęłoby na koniunkturę, wzrost dochodów, wpływy z VAT, produkcję i inwestycje. Jeśli przedsiębiorca sprzedaje, to się rozwija, bierze kredyt itd. Według profesora także podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. złotych dałoby rynkowi dodatkowe 36 miliardów.
Trzeba zaznaczyć, że wpływy z podatku dochodowego nie są największą pozycją budżetu – są nieporównanie mniejsze niż z VAT.
Nawet znacznie mniejsze niż z akcyzy. Akcyza od paliw silnikowych to ok. 27 miliardów, z rynku tytoniowego ok. 17 miliardów, z alkoholowego ok. 7 miliardów, a piwo daje ok. 3 miliardów – w sumie ogromne kwoty. Ale ciągłe podwyżki akcyzy powodują, że wpływy zaczynają maleć, a rośnie szara strefa, szacowana dziś na 15–20 proc. PKB, czyli 300–350 miliardów złotych. Żaden kraj nie jest wolny od szarej strefy, ale czy musi być ona aż tak wielka? To bardzo uszczupla dochody państwa.
Co sprzyja szarej strefie?
Między innymi to, o czym mówiłem: systematyczne podwyżki akcyzy przy niskich dochodach, płacach, rentach i emeryturach. Rząd podniósł akcyzę, nie podnosząc kwoty wolnej od podatku ani progów podatkowych czy zryczałtowanych kosztów uzyskania przychodu. Wracając do pytania, skąd Duda ma wziąć pieniądze – zapytajmy, jakim cudem rząd Kopacz, prezydent Komorowski, prezes NBP Marek Belka i minister Szczurek znaleźli 8 miliardów euro, czyli 32 miliardy złotych, na dołożenie się do planu Junckera? My, Polacy, dokładamy tyle samo co najbogatsze Niemcy i Francja, które też zadeklarowały po 8 miliardów euro.
A z planu Junckera prawdopodobnie w ogóle nie skorzystamy, bo ma on rozwijać przemysł głównie w strefie euro, a nie złotówki.
Tak! Ale te 32 miliardy nagle się znalazły. Na 15 miliardów dla polskich rodzin pieniędzy nie ma, a tu wydajemy 32 miliardy – na rozbudowę przemysłu w Hiszpanii, Portugalii, Irlandii, Niemczech, Francji i we Włoszech. To ekonomiczny absurd albo po prostu rabunek i oszustwo. A kiedy Duda mówi, że można skrócić wiek emerytalny, słyszymy, że środków brak. (…) Skoro pieniędzy nie ma, to skąd bierze się prawie 40 miliardów rocznie na obsługę długu? To praktycznie całość wpływów z PIT. Czyli wszyscy Polacy pracują na spłatę samych odsetek, nie kapitału! Na to pieniądze być muszą. I skąd władza – rzekomo bez pieniędzy – bierze środki na utrzymanie aż 700 tysięcy urzędników? To gigantyczne koszty.
Wlicza się w to policję, nauczycieli itd.?
Nie, mówimy tylko o urzędnikach państwowych i samorządowych. Idzie na nich rocznie ok. 20 miliardów, a łączna kwota zaległych składek ZUS to blisko 55 miliardów.
To zapewne pieniądze nie do ściągnięcia – nie od Kowalskiego czy małej firmy, lecz od gigantów.
Andrzej Duda coraz śmielej mówi o opodatkowaniu wielkich, głównie zagranicznych sieci handlowych. Mają obroty rzędu 130–140 miliardów złotych, a płacą z tytułu CIT około miliarda – to nawet nie 1 procent. Co więcej, niektórym z tych sieci podatek się zwraca.
Dodajmy, że wciąż obowiązuje ustawa z początku transformacji, zgodnie z którą wielka firma handlowa wchodząca do Polski jest przez 10 lat zwolniona z podatku dochodowego.
To dotyczyło nie tylko firm handlowych, ale i produkcyjnych. Fiat na przykład dostał 20-letnie zwolnienie z podatku i ceł! Pan Olechowski, współzałożyciel Platformy, był jako minister finansów bardzo hojny. Każdy polski przedsiębiorca chciałby płacić tyle, ile w praktyce płacą wielkie sieci, czyli 1 procent. (…) Można zadać wiele pytań, choćby: jak to możliwe, że rzekomo nierentowne, deficytowe kopalnie węgla – ta „kula u nogi” – płacą w Polsce więcej podatków niż wielkie, dochodowe banki?!
Temat kontynuujemy w artykule: Dzień Wolności Podatkowej 2026. Ponad pół roku pracowaliśmy na państwo – czy ta data w ogóle coś znaczy?
Kopalnie obciąża 31 różnych danin.
Tak. W sumie dało to za 2014 r. około 7 miliardów złotych, podczas gdy wielkie banki zapłaciły około 4 miliardów – przy 16,2 miliarda zysku netto! Więc są te pieniądze czy ich nie ma? Skoro te rzekome kule u nogi potrafią zapłacić 7 miliardów, to dlaczego banki niemal o połowę mniej? Widać, jak wielkie są rezerwy w państwie i ile można by mieć, gdyby rządził dobry gospodarz umiejący liczyć.
Niektórzy liczą bardzo dobrze – jak ci, którzy przed laty forsowali kredyty frankowe…
Właśnie. Dziś ich wartość to równowartość ok. 155 miliardów złotych. Problem dotyczy 500–600 tysięcy kredytobiorców, także posiadaczy polisolokat – z rodzinami zapewne ponad milion osób. Twierdzę, że banki „ostrzygły” Polaków na co najmniej 40–50 miliardów złotych. Gdyby był w kraju gospodarz i właściwy nadzór finansowy, gdyby KNF zajmowała się takimi sprawami, a nie głównie SKOK-ami, te 50 miliardów byłoby dziś w polskiej gospodarce. Andrzej Duda powinien wyraźnie zapowiedzieć, że jedną z jego inicjatyw ustawodawczych będzie przewalutowanie kredytów frankowych po kursie z dnia zawarcia umowy – jak w wielu innych krajach, choć w Polsce jeszcze nie.
Nie tylko na Węgrzech?
Nie – takie próby podjęto też w Chorwacji i Hiszpanii, zastanawiają się nad tym Austriacy, prawdopodobnie podobnie rozwiąże to Francja. Gdy pytają Dudę, skąd weźmie pieniądze, wystarczy odpowiedzieć: jeśli będzie uczciwy, przyzwoity gospodarz, nie będziemy budować najdroższych na świecie autostrad, najdroższego metra ani najdroższych ekranów akustycznych, zwłaszcza w lesie czy w szczerym polu. Na to wszystko idą ciężkie pieniądze. To wielki rezerwuar, ale trzeba postępować gospodarnie, oszczędnie i uczciwie, a nie „kręcić lody” na wszystkim, na czym się da.
Gdzie jeszcze szukać pieniędzy?
Ogromne środki może odzyskać Andrzej Duda i propolski, profesjonalny rząd, ograniczając przemyt towarów akcyzowych. Według różnych szacunków przemyt wódki, papierosów i paliw oraz hazard on-line powodują straty rzędu 10–15 miliardów złotych rocznie. To już nie szara, lecz czarna strefa – gdyby ukrócić tę przestępczą działalność, kilka miliardów można by od razu przeznaczyć choćby na wsparcie polskich rodzin.
Ale nasz kraj podobno wzbogaci się dzięki prostytucji…
To kwestia nowych zasad rachunkowości ESA 2010. Od września ubiegłego roku obowiązuje nowy sposób liczenia PKB, w którym do produktu krajowego można doliczać wpływy z prostytucji, handlu narkotykami i przemytu towarów akcyzowych. Byłem specjalnie w GUS, by to sprawdzić, bo nie mogłem w to uwierzyć. GUS oszacował to łącznie na ok. 15 miliardów złotych.
Sprawdź także: Wyższy ryczałt dla przedsiębiorców od 2027 r. Kto zapłaci więcej?
Jak w ogóle można taką działalność przestępczą doliczać do PKB?
Można – Unia Europejska wprowadza tę zasadę jako obowiązkową.
W jakim celu?
Moim zdaniem po to, by kraje członkowskie płaciły wyższą składkę do unijnego budżetu, bo składka zależy od wielkości PKB. Im wyższe PKB, tym wyższa składka. A więc popierajmy prostytucję, przemyt i narkotyki, to polskie PKB urośnie w siłę – absurd, ale fakt. Kolejna sprawa: przerwy w dostawie prądu kosztują nas prawie 1,5 miliarda złotych rocznie. Mam też złą wiadomość dla rządu: po raz pierwszy od 25 lat Polska w tym roku zaimportowała energię elektryczną.
Dotąd ją eksportowaliśmy. Od kogo kupujemy?
Od Niemców, choć idzie to przez Czechy. Dalej: podpisanie pakietu klimatycznego przez panią Kopacz będzie nas kosztować co najmniej 100 miliardów złotych – nas, czyli firmy, zwłaszcza przemysł ciężki: nie tylko górnictwo, ale i cementowy, chemiczny oraz hutniczy, który jest na skraju załamania. Inny przykład na to, gdzie są pieniądze: mamy jedne z najwyższych w Europie prowizji od kart płatniczych. Policzyłem, że przez około 10 lat straciliśmy na tym my, obywatele, między 12 a 15 miliardów złotych. Nawet nasze sklepy niewiele zarabiały – zyskiwały zagraniczne korporacje kartowe. Dojono nas tymi prowizjami w sposób nieprawdopodobny.
Bez sprzeciwu władzy.
Przy jej pełnej akceptacji.
Gigantyczne zyski notują w Polsce zagraniczne banki…
To ich eldorado. Przez ostatnie 10 lat (2004–2014) banki, w 70 proc. zagraniczne, zarobiły netto 100 miliardów złotych, z czego co najmniej połowa została wytransferowana za granicę.
Zarabiają dziś więcej na opłatach nakładanych na klientów niż na gospodarowaniu pieniądzem.
Gdyby te banki były polskie i zarobiły 100 miliardów, coś by tu zainwestowały. A nawet gdyby ulokowały te środki na rynkach zagranicznych, wciąż byłyby to polskie pieniądze. Ale gdy sprzedaje się dojną krowę, mleko trafia do kupca. W krajach, które dbają o swoje interesy – nie w gospodarczych półkoloniach, jak Polska i część Europy Środkowo-Wschodniej – udział kapitału zagranicznego w sektorze bankowym waha się od 5 do najwyżej 20 proc.
Andrzej Duda mówi o naprawie państwa i ponownym uprzemysłowieniu Polski jako o rzeczy nieodzownej.
Kraj bez przemysłu nie ma przyszłości. Niemcy dawno to zrozumieli, a Francuzi i Amerykanie ściągają swoje przedsiębiorstwa z Chin, by produkować u siebie. Żeby mieć zyski, trzeba mieć firmę; żeby mieć firmę, trzeba ją zbudować. A my przez 25 lat firmy jedynie sprzedawaliśmy. Proszę sobie wyobrazić: z 8,5 tysiąca polskich firm przeznaczonych do ewentualnej sprzedaży w 1989 r. pozostało tylko 250. Czyli z majątku narodowego zostało nam jeszcze 2–3 procent. (…)
W naszej rozmowie stale wraca ten sam motyw: wielkie marnotrawstwo publicznego grosza i brak prawdziwego gospodarza.
By pokazać skalę tego marnotrawstwa, podam jeszcze jeden fakt: przez ostatnie 4 lata zniszczono w Polsce 300 tys. litrów krwi, a za granicą kupujemy jej rocznie za 150 milionów złotych. Dlaczego? Bo nie mamy fabryki osocza. Dlatego polską krew – rzecz najcenniejszą – w ilości 300 tys. litrów utylizowaliśmy przez ostatnie lata. To pokazuje skalę upadku państwa. Uważam, że na dzieci, rodziny wielodzietne i podniesienie kwoty wolnej od podatku (niższej u nas niż w Kolumbii, Wietnamie czy Kambodży) pieniędzy wciąż jest sporo. Trzeba tylko lepiej gospodarować groszem publicznym i lepiej zarządzać spółkami skarbu państwa, o których nieraz Pan mówił i pisał. Polska nie może być prywatnym folwarkiem jakiejś partii czy kilku osób u władzy.
A do tego nieznających się na tym, co robią.
Bo są ze służb, a nie z ekonomii. (…) Trzeba przeprowadzić repolonizację sektora bankowego i zacząć godziwie płacić Polakom, bo bez godziwych płac nie będzie godziwych emerytur.
Ani godziwych dochodów podatkowych.
Gdy powstają nowe fabryki, powstają nowe miejsca pracy – wtedy program Dudy nie będzie kosztował miliardów, lecz te miliardy Polacy zdołają zarobić. I przeznaczą je na własny rozwój i dobrobyt, a nie na cudzy rozwój czy emerytury w Holandii, Belgii lub Francji, jak dzieje się dziś. To w ogromnej mierze zadania nowego rządu, nie prezydenta. Ale inicjatywa i dobry przykład powinny iść z góry. Prezydent ma prawo i obowiązek stać na straży nie tylko konstytucji – w której zapisano, że władza zwierzchnia należy do narodu i że obywatele są równi wobec prawa – lecz także bezpieczeństwa ekonomicznego Polaków. Bez niego państwo jest zagrożone. Są powiaty, zwłaszcza przy zachodniej granicy, gdzie 60 proc. ziemi rolnej znajduje się w rękach obcych spółek – przez podstawione osoby. To nieprawdopodobne wielkości, a PSL nie widzi w tym żadnego zagrożenia. Wybór Dudy to dla Polaków być albo nie być – niezależnie od tego, jak wypadają telewizyjne debaty. Nie chodzi bowiem o wizerunek prezydenta w telewizji, lecz o przyszłość Polski. Andrzej Duda musi powiedzieć Polakom wprost: nie będzie dalszej wyprzedaży i wygaszania Polski.





